wtorek, 22 lipca 2014

Rozdział 6

 Słońce już zachodziło, gdy Zoja i David znaleźli się nad rzeką. Pomalowanym ongiś przez hipisów w psychodeliczne wzory i kolory garbusem artystki objechali wcześniej Moskwę śladami bohaterów "Mistrza i Małgorzaty", przy czym największą uciechę sprawił im napotkany gdzieś na Sadowej trzepak, na którym przez dłuższy czas pokazywali sobie wzajem ulubione sztuczki gimnastyczne z dzieciństwa, zaśmiewając się przy tym do rozpuku. Gadali przy tym, gadali cały czas, o powieści Bułhakowa, o tym co lubią, a czego nie, o swoich pasjach, o życiu i o mnóstwie innych spraw.
Wreszcie, gdy garbus zaparkował na nadrzecznej łące, słowa im się skończyły, więc tylko siedzieli na masce, machając bosymi stopami i patrzyli, nic nie mówiąc. A było na co, bo słońce już nikło z wolna za drzewami na drugim brzegu, barwiąc niebo różem i fioletem. Znad zarumienionej wieczorną zorzą wody bił biały opar, spowijający niczym welon aksamitne łąki, na których trawa mieszała się z kwiatami.
- Nie wiedziałem, że Rosja jest taka... magiczna - szepnął David.
Zoja uśmiechnęła się do niego.
Loczek spojrzał na ten uśmiech i poczuł, że rozpływa się w nadziemskiej błogości.
- Jest bardzo magiczna - szepnęła malarka. - Zawsze taka była. Dziwna, trudna i magiczna.
- To całkiem jak Brazylia - Loczek oparł swą kędzierzawą głowę o jej ramię.
Poczuła zapach jego włosów, ciepły i dziwnie kojący. Musnęła je ustami, potem koniuszek różowego ucha, wystający spomiędzy orzechowych sprężynek. David odwrócił twarz w jej stronę, ich usta znalazły się blisko, bliziutko siebie.
I wtedy w zaroślach, gdzieś z boku, parsknął koń.
Malarka i piłkarz odskoczyli od siebie, akurat we własciwym momencie by ujrzeć jak rosły siwek o długiej grzywie i mocnym zadzie płynąc przez mgłę schodzi ku wodzie, wyciąga szyję i zaczyna pić.
- Skąd on się tu wziął? - zapytał cicho David.
- Nie mam pojęcia - Zoja nie odrywała oczu od czworonożnego zjawiska wśród falującej mgły. - Ej, a może on tez jest...
- Magiczny? - dokończył Loczek.
Zaśmiali się. Koń poderwał głowę, strzygąc uszami w ich stronę.
- To tylko my - Luiz wstał zwinnie z maski. - Dwójka wariatów. Nie masz się czego bać.
Niemal bezszelestnie podszedł do konia i położył dłoń na jego chrapach, szepcąc coś, zoja nie wiedziała co, bo była za daleko, by dosłyszeć słowa. Siwek, jakby uspokojony, czy przekonany słowami Davida parsknął, skubnął wargami powietrze, potem czuprynę Loczka, dając się poklepywać i głaskać po szyi.
Zoja chłonęła tę scenę szeroko otwartymi oczyma, usiłując niczego nie uronić, wiedząc że po prostu będzie musiała to namalować. Wysoki, szczupły chłopak, z niesforną strzechą szalonych loków, stał po kolana we mgle, głaszcząc siwego konia. W tle falowała mleczna kurtyna oparu, przetykana srebrem rzeki i zwieńczona szarofioletowym sklepieniem mroczniejącego nieba.
On też, pomyślała Zoja, on też jest magiczny, ten Loczek.
Jakby w odpowiedzi na jej myśli David odwrócił się i wyciągnął dłoń.
- Chcesz się przejechać? - zapytał. - On nie ma nic przeciwko.
- Na oklep i bez wędzidła? - zdziwiła się lekko. - Umiesz tak?
- Nie umiem - wyznał Loczek z rozbrajającą szczerością. - Ale on obiecał, że nam nie zrobi krzywdy.
Zwinnie wskoczył na koński grzbiet i posadził Zoję przed sobą, zupełnie, jakby nic nie ważyła. Oparła się wygodnie o jego pierś, pozwalając, by otoczył ją ramionami, dłońmi trzymając końską grzywę. Wierzchowiec ruszył spokojnie nadrzeczną ścieżką.
Kiedy Loczek i Zoja oddawali się hippice, Frank Lampard, niechętnie rozstawszy się z Ludmiłą, wkraczał właśnie w progi ociekającej przepychem rezydencji jej ojca. Jego mottem na ten wieczór było powiedzenie pewnego polskiego noblisty, brzmiące "Nie chcem, ale muszem".
Serce mu pękało, gdy musiał wypuścić Ludmiłę z ramion i skierować samochód z powrotem na szosę wiodącą do willi cioteczki Alony. Z ogromną niechęcią odstawiał kremowy klejnot motoryzacji do garażu, z jeszcze większą żegnał się na podjeździe z klejnotem kobiecości - Ludmiłą. Gdyby mógł, nie wypuszczałby jej z ramion nigdy, no, ewentualnie z przerwami na granie w piłkę.
Cóż jednak mógł zrobić... Obowiązek patriotyczny wzywał. A także niecierpliwiący się H. Dobrze przynajmniej, że ciotka Alona zaprosiła ich oboje na wieczór w kasynie, co oznaczało, że będzie miał okazję pobyć sam na sam z Ludą już następnego dnia.
Blady i sztywny lokaj poprowadził go przez niezliczone korytarze, kapiące od złoceń, ozdobione mnóstwem nowoczesnej rzeźby i malarstwa, przy czym Frank sam nie wiedział który z tych dwóch działów sztuki miał tam straszliwszych przedstawicieli.
Zaanonsowany przez służącego, wkroczył Lampard do salonu, urządzonego całkiem tak samo bogato i niegustownie, jak te części rezydencji które piłkarz już zdążył zobaczyć. Stąpając po posadzce z obłędnie kolorowej mozaiki i spoglądając na ściany, na których wszechobecne złocenia mieszały się w arabeskach z intensywnymi barwami, miał wrażenie, że znalazł się w pudełku landrynek, zaprojektowanym przez Ludwika XIV. Gospodarz siedział na fotelu, oczywiście złoconym, z którego wstał na widok gościa, wyciągając pomarszczoną prawicę.
- Witam, witam panie Lampard - rzekł. - Widzę, że opowieści o angielskiej punktualności nie są przesadzone.
Frank uśmiechnął się powściągliwie. Jakim cudem, pomyślał, ten dośc odpychający, pospolity typ, spłodził tak piękną, inteligentną i generalnie cudowną córkę jak Ludmiła?
- Cieszę się, że mogliśmy się dzisiaj spotkać - zełgał. - I porozmawiać jak dwaj ludzie interesu.
- Dobrze powiedziane - Fiodorow zademonstrował w uśmiechu pożółkłe zęby. - Cygaro?
Frank odmówił. Cygara palił bowiem wyłącznie wtedy, gdy był pijany w sztok.
- U nas w Rosji taki zwyczaj jest, a my tradycję szanujemy i zwyczajów przestrzegamy. - rzekł gospodarz, odkładając ozdobną szkatułkę z cygarami. - Nigdy nie pijemy wódki i nie robimy interesów na pusty żołądek.
Podwójne i jakżeby inaczej, pozłacane, drzwi na przeciwległym końcu pomieszczenia otworzyły się bezszelestnie. Ukazał się w nich wyfraczony lokaj, skłonił się jak marionetka i zniknął.
- Zapraszam do stołu - rzekł Nikita Fiodorow, wskazując gościowi drogę gestem. - Ot, taka mała, skromna kolacyjka.
Mała, skromna kolacyjka okazała się wystawną ucztą, w której prym wiodła dziczyzna, od ptactwa, poprzez zające (w postaci pasztetu) i sarny, aż po pieczyste z dzika i wytworne dania z łosiny, do dziczyzny zaś zaserwowano rozmaite dodatki, w większości kiszone. Nawet rydze, w eleganckiej, porcelanowej salaterce, były kiszone. Frank jadł z umiarem, nie usiłując nawet spróbować wszystkich dań, gdyby bowiem to zrobił, spasłby się tak, że Mou dostałby apopleksji, a potem przegoniłby go wokół Londynu.
Gospodarz wykazał się ogromnym kulinarno-geograficznym znawstwem, opowiadając Lampardowi o poszczególnych daniach, ich pochodzeniu i przygotowaniu, rozwodził się także dość długo o winach, wódkach i nalewkach. Alkoholi bowiem także nie brakowało, zwarte szeregi lśniących karafek stały na stoliczku z boku, przy nim zaś czuwał lokaj, gotów na najmniejsze skinienie nalewać i dolewać oczekujących w szkle dobroci.
Dereniówka, na którą zdecydował się Frank, okazała się piekielnie mocna. Przeciętny Anglik by tego wypić nie zdołał, ale życie piłkarza przygotowuje organizm na różne wyzwania. Lampard pochłonął swoją porcję trunku, zaledwie trochę wytrzeszczając oczy.
- My Słowianie - uśmiechnął się Fiodorow. - Wiemy jak mocne alkohole pić. Nikt nam w tym kroku dotrzymać nie może.
- Łatwo nie jest - przyznał Frank. - Znam kilku Słowian osobiście...
Karafkę później panowie wstali od stołu. Frank musiał przyznać, że nieco zaszumiało mu w głowie, ale jego nogi spisywały się nieźle.
- Frank, mój przyjacielu - gospodarz, któremu tez już nieco dymiło z czuba, zarzucił mu poufale ramię na szyję. - Chodź, pokażę ci moje skarby.
Poszli bombonierkowymi korytarzami do windy, którą zjechali do piwnic, jeśli tak luksusowe pomieszczenia można było nazwać tym mianem. Wykładzina była tak miękka i puchata, że Frank z trudem zwalczył w sobie chęć by się po niej troszkę poturlać.
Fiodorow zaprowadził go do pokoju, który mógłby uchodzić za salonik, jeśli sądzić po eleganckich (i na niefachowe oko Franka dziewiętnastowiecznych) kanapach, fotelu i eleganckim, mahoniowym stole, wrażeniu temu jednak przeczyły ściany, rzędami pancernych skrytek przywodzące na myśl bankowy sejf.
Godzinę później spora część skrytek stał otworem, a Lampardowi mieniło się w oczach od złota, srebra, pereł, szafirów, rubinów, szmaragdów, diamentów i kolorowej emalii. Większość tych skarbów, naszyjników, tiar, kolczyków i brosz, pochodziła z zaginionej carskiej kolekcji, Frank rozpoznałby je z odległości kilometra.
- To są prawdziwe klejnoty carów - rzekł Fiodorow. - Robione przez Faberge'a i innych jubilerów na zlecenie Romanowów. Za pieniądze klas pracujących!
Frank pokiwał głową, ogarniając spojrzeniem migotliwą chmurę klejnotów, zaściełającą stół.
- Widzisz to cacuszko? - Nikita podniósł jedną z brosz, gęsto sadzoną diamentami i rubinami i wetknął ją Lampardowi w dłoń. - Kiedy je znaleziono był na nim jeszcze ślad po kuli. Carówna Tatiana miała to zaszyte w gorset, tam, w piwnicy u Ipatiewa, kiedy strzelali do nich bolszewicy.
Fala obrzydzenia podeszła do gardła Franka. Mało brakowało, a spożyta przez niego dziczyzna przywitałaby się z carskimi klejnotami, na lśniącym, mahoniowym blacie. Stłumił mdłości i przyjrzał się broszy, mając nadzieję, że na jego twarzy maluje się zaciekawienie.
- Jeszcze coś ci pokażę - Fiodorow podniósł się i otworzył kolejną skrytkę, zmagając się przez chwilę z malutkimi przyciskami elektronicznego zamka. Wyjał z niej kwadratowe pudełko ze szlachetnego drewna, podobne do tych, zaściełających fotele i podłogę dookoła. - Patrz, Frankie.
W pudełku, na atłasowej, białej wyściółce spoczywała tiara o lekko ostrołukowym kształcie, stworzona ręką jubilera z filigranowych, wysadzanych diamentami i bladoniebieskimi szafirami kwiatowych wzorów, wyglądających jak te, które zamróz zostawia na szybach. Poniżej tiary znajdowała się brosza od kompletu, równie olśniewająca.
- Piękne... - wyszeptał Frank.
- To kokosznik carycy Marii - objaśnił Fiodorow. - Też robiony przez Faberge'a. Podarowała ją jakiemuś pomniejszemu Romanowowi, dla jego narzeczonej, bo żenił się akurat. Ale to nie na sprzedaż jest, to dla Ludmiły.
Lampard wyobraził sobie Ludmiłę, jak płynie nawą w białej sukni i kokoszniku Faberge, piękna jak królowa śniegu, by zostać jego żoną. Z wrażenia zaparło mu dech w piersi.
- Bo ja rodzinny człowiek jestem - ciągnął rozrzewniony Nikita. - Luda pójdzie w tym do ślubu ze swoim kuzynem, Jurijem Fiodorowem. Opiera się, jak to dziewucha, ale w końcu zmądrzeje, zrozumie, że trzeba nam nowych Fiodorowów...
W tym momencie Franka Lamparda trafił epicki szlag, na samą myśl o tym, że ktoś inny mógłby zostać mężem Ludmiły, a już szczególnie i zwłaszcza ten arcybuc Jurij.
- Po moim t... - wyrwało mu się, zanim zdołał ugryźć się w język. Natychmiast się poprawił. - Po moim tatusiu odziedziczyłem głowę do interesów. Piękna biżuteria, ale szukam czegoś innego. Bardziej... kolekcjonerskiego.
"Jak już będzie po wszystkim" pomyślał, "zaproszę Ludę do Londynu. I niech się jej tatuś z Jurijem powieszą, żadnego ślubu nie będzie. Nowi Fiodorowie, też coś. Jak na moje oko i tak jest ich o dwóch za dużo."
- Masz łeb, dzieciaku, masz - zarechotał Fiodorow. - Ale to nie dzisiaj. Jutro jadę na Kreml... Pojutrze. Zobaczymy się pojutrze i wtedy ci pokażę takie kolekcjonerskie okazy, że ci oko zbieleje.
Frank spojrzał na niego, najzupełniej niewzruszony.
- Mnie nie jest łatwo zaskoczyć - rzekł. - Co to za okazy?
Niezbyt świeży oddech magnata owionął twarz Lamparda, gdy Fiodorow szepnął mu do ucha.
- Jaja Faberge.
Brew Franka powędrowała w górę, w wyrazie wzgardy.
- Mogę je kupić choćby u Sotheby's - odparł zimno.
- Tych nigdzie nie dostaniesz - zapewnił Nikita, po czym klepnął Franka w plecy. - Pojutrze, Franuś. Pojutrze wszystko ci pokażę.
Rezydencję oligarchy opuszczał Frank w burzliwym nastroju. Gdyby był nieco bardziej podobny do swojego kumpla, Terry'ego, pewnie pojechałby do Jurija i odręcznie by mu wytłumaczył niestosowność pomysłu żenienia się z Ludmiłą. Na szczęście jednak różnili się z Johnem jak ogień z wodą, a on, Frank, był człowiekiem spokojnym i opanowanym. Zamiast więc klepać michę rywalowi, myślał intensywnie jak by tu wywieźć Ludę z Rosji. Oczywiście, najpierw miał zamiar poważnie z nią porozmawiać, wyjawić swoje uczucia i upewnić się, że ona je odwzajemnia. Była przecież kobietą, a nie kredensem, który można przestawiać z kąta w kąt.
Wysiadłszy przed domem z limuzyny, stwierdził, że jego kumple nie mieli najmniejszego zmiaru kłaść się spać. Wszystkie okna w salonie były odsłonięte, wnętrze rzęsiście oświetlone, podobnie jak patio i basen, Frank widział zatem jak na dłoni siedzącego na barze i machającego nogami Luiza, pochylonego nad stołem bilardowym Terry'ego, oraz Petra z kuflem w jednej dłoni i kijem w drugiej.
Uśmiechnął się kątem ust, po czym raźnym krokiem wszedł do środka. Terry zepsuł strzał, zaklął paskudnie, po czym się wyprostował.
- Gdzie byłeś tyle czasu? - zapytał z pretensją. - Grilla chciałem zrobić, a żaden z tych dwóch nie potrafi porządnie mięsa upiec!
- A co cię to? - Frank cisnął marynarkę na kanapę. - Załatwiałem swoje sprawy.
Terry klepnął w ramię szykującego się do strzału Cecha.
- Patrz no, Peterku, następny - rzekł. - Frankie, mogłeś przynajmniej powiedzieć, kiedy wrócisz!
- Chcecie parę talerzy do stłuczenia? - zapytał niewinnie Loczek.
Petr tymczasem, odstawiwszy kufel na brzeg stołu, metodycznie i całymi seriami wbijał bile do łuz.
- Ty się młody nie mądrzyj, bo jesteś taki sam ananas jak Frank - John pogroził Luizowi palcem, po czym odwrócił się do Lamparda. - Nasz baranek z krętym runem poszedł na spacerek przed szóstą i wrócił jakiś kwadrans przed tobą, a jest już po północy.
- Tu takie świeże powietrze i w ogóle... - rzekł David jeszcze niewinniej, strzygąc zabawnie brwiami.
- Tak, w stajni chyba - prychnął Terry. - Powąchaj go.
Frank przysunął się do Loczka i pociągnął nosem.
- Koń... i damskie perfumy - orzekł.
- No właśnie - zatriumfował John. - To jak to było, młody, koń się perfumował, czy ty?
- Udzieliło mi się od ciebie - odparł Loczek, trzepocząc rzęsami. - Tak pięknie pachniesz ostatnio piżmem i różami...
- Róże, powiadasz - rzekł Frank. - A miałem pytać czemu Johnny taki podrapany. Ta różyczka musiała być kolczasta...
- Nie wasz interes - burknął Terry. - Poza tym podrapałem się w żywopłocie, jakiś kretyn chciał mnie przelecieć. Znaczy przejechać samochodem.
- To przez to piżmo - orzekł Loczek. - Przyciągasz samców.
John zarumienił się przelotnie, potem zaś rzucił się na Davida, udając, że chce go udusić. Ściągnął go z baru i zaczęli się kotłować na podłodze, a czyjaś wierzgająca kończyna zrzuciła kufel Petra ze stołu. Grube szkło wytrzymało, jednak napój rozlał się szeroką strugą po podłodze.
- Moje piwo! - jęknął dramatycznie Cech.
- Zaraz ci naleję świeże... - stęknął Loczek, odplątując się z Terry'ego. - Kapitanie, polataj na mopie!
- Frankie, widzisz tam gdzieś mopa? - John wrócił do pozycji pionowej. - Podaj no!
Śmiejąc się, Lampard podał Terry'emu utensylia do mycia podłogi, Loczek zaś z rzadką gorliwością napełniał kufel Cecha. Petr bowiem, jak na stuprocentowego Czecha przystało, nie lubił gdy marnowało się porządne piwo.
Ogarnąwszy z grubsza piwne rozlewisko Terry odstawił mopa w kąt i rozbawione towarzystwo wróciło do gry w bilarda oraz dogryzania sobie nawzajem. Poobserwowawszy przez chwilę jak Petr ogrywa Johna, Frank doszedł do wniosku, że napiłby się kawy, poszedł więc za bar, odpalić czajnik elektryczny.
- Frankie, jak tam jesteś, nalej mi piwa - poprosił Terry, nie odrywając oka od bil na stole. - Młodego gdzieś wcięło.
- Poszedł popływać - Petr pociągnął tęgi łyk ulubionego napoju i zgarnął kciukiem piankowy wąsik z górnej wargi.
Lampard nasypał sobie rozpuszczalnej do filiżanki, wyjął kufel ze stojaka, nalał tak, jak lubił Terry, żeby było mało piany, po czym pomaszerował w stronę stołu.
I wtedy nastąpiły dwie rzeczy, jedna ułamek sekundy po drugiej.
W ogrodzie coś pyknęło, brzęknęła lekko szyba w oknie. Frank pośliznął się na mokrej podłodze, wywinął imponującego orła, chlapiąc piwem na lewo i prawo, coś świsnęło mu nad głową, po czym utknęło w ścianie, pomiędzy barem a stołem, wywierciwszy w niej małą, zgrabną dziurkę.
- Przestańcie rozlewać piwo! - zażądał wzburzony Cech.
- Pośliznąłem się - wymamrotał Frank, zbierając się z podłogi.
- Było widać - rzekł Terry. - Przez chwilę myślałem, że planujesz robić konkurencję Neymarowi.
W podwójnych, oszklonych drzwiach na patio stanął David w samych kąpielówkach. Był mokruteńki od stóp do głów, a w oczach malowało mu się wzburzenie.
- Tam ktoś był! - krzyknął. - W ogrodzie!
- Jakieś gówniarze pewnie - prychnął Terry. - Z wiatrówki walą.
- Jak złapię to im nogi z dupy powyrywam - warknął Lampard, rozcierając dyskretnie lewy pośladek.
Petr pokręcil głową. Pomijając dwa rozlane kufle, coś mu się nie podobało. On jeden wiedział, e znajduje się w kraju, w którym wszystko może się zdarzyć, a słowo "niemożliwe" już dawno wykreślono ze słowników.
- Może i dzieciaki - David podrapał się w mokre loki. - Mamy jakieś straty?
- Tak - westchnął Cech. - Piwo...
Gromki śmiech z trzech gardeł rozdarł na moment ciszę nocną.
- Ani słowa nikomu na ten temat - zażądał Lampard, gdy się już uspokoili. - Bo jeszcze Luda będzie mieć nieprzyjemności.
Dwie godziny później, kiedy panowie poszli spać, nawet Terry, który w czasie urlopowym lubił kłaść się o brzasku, do salonu kocim, bezszelestnym krokiem wszedł Petr Cech, trzymając w dłoni swój zestaw do manicure, w eleganckim, skórzanym etui. Zapalił lampy nad barem, rozłożył zestaw na blacie, wyjął pęsetę, podszedł do ściany i jął dłubać w dziurze.
- Co robisz?
Cech nie podskoczył wyłącznie dlatego, że miał bramkarskie stalowe nerwy. W progu stał Terry, w samych gatkach, nonszalancko oparty o framugę.
- Sprawdzam - wyjaśnił Petr, ponownie wtykając pęsetę w przestrzelinę.
- Daj to - Terry wyciągnął rękę. - Jeśli chodzi o wsadzanie w otwory, jestem niepobity.
Bramkarz westchnął ciężko nad poczuciem humoru swojego kolegi, ale pęsetę oddał.
- Niech... zgadnę, Peterku - Terry energicznie wsunął narzędzie w dziurę. - Tobie też się wydaje dziwne, że najpierw ktoś... aaaaa, coś tam jest... mnie próbuje... już prawie mam! Przejechać, a potem strzela nam w okno?
- Nie w okno - odparł Cech. - We Franka. Gdyby się nie pośliznął, stalby na linii strzału.
- A widzisz... - John wystawił język. - Mój brak... zamiłowania do babskich zajęć czasami się przydaaaaaa... Mam!
Triumfalnie zademonstrował Petrowi tkwiącą w pęsecie niedużą kulkę ze srebrzystego metalu.
- Proszę, masz swój pocisk - rzekł. - Rozłóż dłoń.
- Nie dotykaj tego - ostrzegł Cech. - Tam może być trucizna.
Terry zamienił się w posąg.
- Trucizna? - zapytał.
Petr streścił mu zwięźle historię Georgi Markowa, pisarza i dysydenta, który w roku 1969 zbiegł ze znajdującej się wówczas za Żelazną Kurtyną Bułgarii, rządzonej twardą ręką przez okrutnego dyktatora, Todora Żiwkowa. Wyjawienia komunistycznych tajemnic Markowowi za Kurtyną nie wybaczono. Bułgarskie KGB dopadło go dziewięć lat później, w Londynie, na moście Waterloo. Tajny agent postrzelił wtedy pisarza z wiatrówki, sprytnie ukrytej w parasolu, malutką platynową kulką. W nawierconych w niej otworkach kryła się rycyna, jedna z najsilniejszych trucizn znanych światu. Georgi zmarł po trzech dniach od postrzału.
- I myślisz, że tam może być rycyna? - Terry spojrzał ze zgrozą na kulkę.
- Albo inne gówno - odparł Cech. - Czekaj.
Poszedł do swojej sypialni, by po chwili wrócić z pustą fiolką po lekarstwie przeciwbólowym.
- Włóż to tu - polecił.
John wpuścił kulkę ostrożnie do naczynia.
Pęsetę komisyjnie utopili w wychodku, po czym wrócili do salonu, gdzie na barowym blacie wciąż stała fiolka z potencjalnie morderczą zawartością.
- Ty słuchaj, Peterku, tym dwóm ani słowa - rzekł John. - Miłość ich oczadziła ze szczętem, oni teraz w ogóle nie myślą.
- Zgoda - odparł Petr. - Ale musimy ich pilnować aż do wyjazdu.
- Schowaj gdzieś to cholerstwo - mruknął Terry. - Słuchaj, ja jestem podła świnia i jebaka, to się zgadza. Ale jeśli ktoś myśli, że będę patrzył bezczynnie jak się z moich kumpli robi kaczki na polowaniu, to przepraszam, ale coś mu się popierdoliło.

_____________________________________________________________________________
W wasze ręce oddaję rozdział szósty, w którym wciąż okropnie rządzi się Loczek. Zatem, dla równowagi, w ramach bonusu zapodaję Lamparda. Futro na klacie included!


"Pójdź w me ramiona!"
Martina

3 komentarze:

  1. To raczej takie trochę joooooooooooł ;) Meow na futro nawet. Ja wam dam robić polowanie na kaczki z chłopaków...Dobrze że jednak Lampsik szybciej myśli niż mówi ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. No tym razem to mi Terry zaimponował. Jaki jest, każdy widzi, ale kumple są najważniejsi i tyle.
    Zoja i David mnie rozwalają. To jest po prostu tak urocze, że brak słów.
    A ty, Franiu uważaj, żeby cię ktoś przypadkiem nie odstrzelił.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kochana przepraszam za poślizg! Wiesz, że cierpię na chroniczny brak czasu i zepsuty komputer a zastępczy zasilany opóźnia mi neta, jakby dostarczano go wiadrami :D
    Rozdzialik jak zwykle zajebisty, Frank boski a akcja cud mjót i orzeszki! Jaki ten Lampsio hirołiczny! :D <3

    OdpowiedzUsuń