czwartek, 13 marca 2014

Prolog

 Szuflada secesyjnego biureczka była niedomknięta, wystawał z niej bowiem rożek papierowej torebki.Wystawał, można powiedzieć, kusząco, wręcz wabił syrenim śpiewem, zachęcając do otwarcia szuflady i sięgnięcia do wnętrza torebki.
Kobieta w eleganckim beżowym kostiumie odwróciła pospiesznie wzrok od biurka i nerwowym gestem poprawiła nienagannie ułożone, krótkie blond włosy. Nie ulegnie, nie pozwoli sobie na chwilę słabości. Jest silna. Ma niezłomny charakter. Szkolono ją, by wytrzymała wszystko, nawet najgorsze tortury.
Zaczęła spacerować nerwowo po pokoju, stukanie jej obcasów tłumił kosztowny, zabytkowy dywan. Z portretów, wiszących na obitej dębową boazerią ścianie, patrzyły na nią oczy jej szacownych poprzedników. Ciekawe, co oni by zrobili w takiej sytuacji.
Blondynka prychnęła gniewnie. No gdzież jest ten pułkownik? Zerknęła na zegarek. Miał tu być kwadrans temu, z najświeższymi danymi, zupełnie jakby nie mogli tych danych dostarczyć na jej służbowy laptop, podpięty przecież do firmowej sieci i zabezpieczony po zęby. Zdecydowanie trzeba tu będzie przeprowadzić gruntowne reformy. Przecież to absurdalne!
Zerknęła ponownie na wystający z niedomkniętej szuflady rożek torebki. Potem jeszcze raz.
Jest szefową MI6, do licha, nie może tak...
Poddała się. Zdecydowanym ruchem otworzyła szufladę i zagłębiła dłoń w papierowym opakowaniu. Pod palcami poczuła znajomy, chłodny kształt.
Polskie krówki!
Z westchnieniem błogości szefowa wywiadu Jej Królewskiej Mości odwinęła cukierek z papierka i wpakowała go sobie do starannie uszminkowanych ust. Nic nie mogło równać się z tym smakiem. Odkąd rzuciła palenie dwadzieścia lat temu, polskie krówki były jej jedynym nałogiem.
Drzwi szczęknęły, jęknęły żałośnie zawiasy, oliwione ostatnio chyba za czasów Wilhelma Zdobywcy, do pokoju wpadł zaś zdyszany mężczyzna w pożałowania godnym stanie. Elegancki krawat miał poluzowany, koszulę zmiętą, włos zmierzwiony, a do tego brakowało mu marynarki.
Szefowa wywiadu skrzywiła się, ledwie zauważalnie. Taki stan... rozebrania uważała za fatalny brak etykiety, a do jej wymogów miała stosunek porównywalny do cesarza Austrowęgier Franciszka Józefa, który, bliski uduszenia się na śmierć podczas silnego ataku kaszlu, ostatkiem sił pytał interweniującego lekarza, czemuż ten nie ma na sobie przepisowego fraka.
- Cóż to się stało, pułkowniku? - zapytała szefowa cierpko., przełykając resztki krówki.
- Katastrofa, proszę pani, katastrofa - wyziajał pułkownik. - Dane na temat naszej siatki przez głupi błąd wpadły w ręce Rosjan. Nasz człowiek w Kurniku zabity, znaleziono go w jego mieszkaniu. Oficjalnie przedawkował kokainę.
- A nieoficjalnie?
- Nieoficjalnie ktoś mu tę kokę pomógł zażyć. Ewakuujemy resztę, wszystko stracone, nie mamy tam ludzi! I nie mamy czasu na odbudowanie siatki!
Szefowa pochłonęła gwałtownie kolejną krówkę, na uspokojenie, po czym przez pięć minut intensywnie medytowała z zamkniętymi oczyma. Gdy je otwarła, w jej porcelanowoniebieskich tęczówkach malowała się absolutna pewność.
- Dzwoń do H - oznajmiła.
- Alealeale... przecież... - zająknął się pułkownik. Przestąpił z nogi na nogę. - On dla nas już nie pracuje!
- Pracuje. Nieoficjalnie - odparła niecierpliwie jego przełożona. - Dzwoń do H, natychmiast. On będzie wiedział co zrobić.
Biba po zdobyciu mistrza była potworna. Cała ekipa schlała się równo (wódeczkę, na wyraźne życzenie zespołu polską, zasponsorował i dostarczył osobiście Abramowicz), nawet Mou się zalał w pestkę. Co prawda trochę po tym rozrabiał, najpierw wlazł na stół i wrzeszczał, że jest najlepszym trenerem na świecie, a Real go może tu, o tu pocałować, po czym spuścił spodnie i zademonstrował co mają całować Królewscy. Potem wziął łysego Moraisa za Pepa Guardiolę i chciał mu dać w mordę, bełkocząc coś o Lidze Mistrzów, z której Niebiescy wszakże odpadli w ćwierćfinale, do akcji wkroczyli zatem Cech, Lampard i Ivanovic, którzy zręcznie obezwładnili furiata i położyli go spać w jednym z klubowych pomieszczeń.
Przy tej okazji odkryli, że w schowku na szczotki śpi półnagi i urżnięty Terry, w towarzystwie równie urżniętej i świecącej niczym nie okrytymi silikonami aktualnej partnerki Ashleya Cole. Pragnąc uniknąć scen brutalnych i krwawych, które niechybnie by nastąpiły, gdyby Ash odkrył niewierność swej bogdanki i zdradę kumpla, panowie obudzili rozkoszną parę, starli Terremu z gęby ślady szminki i kazali iść na salę, dziewczynę Cole'a zaś przyokryli nieco, wsadzili w taksówkę i wysłali do domu. Nie zauważyli, że do pokoju trenerskiego, w którym spał Mou, zakradł się David Luiz, z szelmowską miną i niezmywalnym markerem w dłoni.
Następnego dnia Mou przyjechał do klubu w szaliku, zawinięty jak arabska narzeczona, chociaż termometr wskazywał dwadzieścia pięć stopni w cieniu.
- A temu co? - zdziwił się Branislav, gdy minęli się w korytarzu z trenerem. - Przeziębił się?
- Może jeszcze go trzyma od wczoraj - zaśmiał się złośliwie Nando, wchodząc do szatni.
- No, panowie, wdziewać gatki, będą okolicznościowe słitfocie - pogonił Terry. - Cholera, który mi wczoraj podrzucił do kieszeni szminkę i puderniczkę?
- A co, kolory ci nie pasują do karnacji? - zakpił Eto'o.
- Nie współgrają mu z bielizną - zachichotał Schurrle. - Wieczorową!
Cole zamarł z koszulką w ręku.
- A to ciekawe co mówisz, John - zauważył lodowato. - Bo mojej dziewczynie zginęły akurat szminka i puder. Wczoraj. Dziwne, nie?
Petr, Frank i Branislav wymienili porozumiewawcze spojrzenia, natomiast Terry pobladł lekko.
- Stary, ja nie mam pojęcia co się wczoraj działo - odparł z pozorną swobodą. - Film mi się urwał, ale totalnie.
- Doprawdy? - Ashley uniósł brew.
- To Loczek ci podrzucił - odezwał się znienacka Lampard. - Sam widziałem. Petr, ty nie? Siedziałeś obok Johna.
- Zgadza się - przyświadczył flegmatycznie Cech. - Loczek się wygłupiał, jak zwykle.
Cole przyglądał im się ze zmarszczonymi brwiami, widocznie nie dowierzając. Potem posłał kose spojrzenie Terremu, by wreszcie skupić się na Luizie, który z wielkim zajęciem dłubał w swoim telefonie.
- Ej, Loczek! - Cole klepnął Brazylijczyka w plecy. - Wiesz coś o tym?
- Co? O czym? - oderwany od smartfona Loczek miał nieprzytomne spojrzenie.
- Ktoś podrzucił Johnowi szminkę i puder do kieszeni - rzekł z naciskiem Lampard. - Wiemy, że to ty.
- Ja? - zdziwił się Loczek. Lampard spojrzał na niego z niemym błaganiem, aż wreszcie pod strzechą orzechowych loków zaiskrzyło. - A, no jasne, że ja! Zawsze robię głupie rzeczy przecież! Taki motylek debilek ze mnie!
Luiz zatrzepotał dłońmi, jakby chciał odlecieć. W szatni rozległy się śmiechy.
- Ale nie gniewasz się Johnny, prawda? - teraz David zatrzepotał na odmianę rzęsami.
- Idź, świrze jeden - Terry machnął ręką, starannie kryjąc ulgę.
Cole mruknął coś pod nosem i dokończył się ubierać. W sam czas, bo do szatni wszedł Mourinho.
- Co się panu stało, trenerze? - zapytał Frank, wskazując szal, spowijający dolną część twarzy Mou, aż po sam nos.
- Ffffpadaj - prychnął Mourinho, nieco niewyraźnie, bo przeszkadzał mu szalik. - Fłufajcie, Felfea offiera w Moffie nofą szkółkę piłkarfką. W liffu. Delegaffja zafodnikóf pojedzie ją fromować.
- Trenerze, nic nie rozumiem - jęknął Ramires.
- Ja też - poparł go Nando. - Pan zdejmie ten szalik!
Mou rzucił mu mordercze spojrzenie i kontynuował, dalej zmagając się z włochatą tkaniną.
- Fskład delegaffi fejdzie fterech ludzi. Ferry, Lamfart, Fech...
Tu urwał, ponieważ w szatni zapadła grobowa cisza. Dwadzieścia parę par oczu patrzyło na niego z baranim zdziwieniem, gdy dwadzieścia parę mózgów usiłowało zdekodować usłyszane właśnie nazwiska.
- Ale że kto? - zapytał Azpilicueta.
- Ferry, Lamfart i Fech! - wrzasnął Mou, a widoczne nad szalikiem części jego twarzy wyraźnie zczerwieniały.
- Sorry, szefie, nie rozumiemy - oznajmił Terry.
Trener pozbył się szalika jednym gestem i ryknął na całe gardło.
- Terry, Lampard i Cech! A jako czwarty jedzie ten skurwysyn, który mi to namalował! - wskazał palcem swoją górną wargę, na której widniały wielkie, czarne, ozdobnie zakręcone wąsy.
Najpierw zapadła cisza. Potem w szatni odezwały się zduszone chichoty, tu i tam. Potem dwadzieścia parę gardeł eskplodowało potężnym rechotem..
- Mam w dupie wasze plany urlopowe, mam w dupie wasze matki, żony i kucharki... kochanki! - Mou przekrzykiwał hałas. - Łapiecie?! Ktokolwiek to zrobił, zawlekę go do Rosji za łeb i będzie się z białymi niedźwiedziami całował!
- Ale szefie - Terry ocierał z oczu łzy radości. - My nie wiemy kto to.
- Niech się przyzna! - zabulgotał Mourinho. - To może go nie zabiję! Jak ja mam teraz pozować do zdjęć?
- Spokojnie, trenerze, zaraz coś zaradzimy - Lampard jął lać oliwę na wzburzone morze. - Mam dzieci, nie takie rzeczy jak marker już z nich zmywałem. Panowie, niech któryś skoczy do stołówki po oliwę!
Poderwali się Eto'o i Nando, tymczasem Frank posadził Mou na krześle obok umywalki i jął przygotowywać się do operacji zmywania wąsów ze skupieniem godnym chirurga.
- Terry, na szafce Cesara stoi miseczka, opłucz ją z kurzu i nalej ciepłej wody - komenderował. - Oscar, podaj czysty ręcznik. Eden, daj ten twój hypoalergiczny żel do mycia twarzy.
Zaczął szorować purpurowe jeszcze ze złości oblicze trenera wodą i żelem, tak, że czarne namalowane wąsy pokryły się białymi, stworzonymi z piany.
- Teraz osuszyć... - starannie wytarł pianę ręcznikiem.
- Mamy oliwę! - zdyszany Nando wpadł do szatni z małą buteleczką w dłoni. Za nim wsunął się ubawiony Samuel.
- Bardzo dobrze - rzekł Lampard. - Trochę oliwy...
- Żeby mi to skóry nie zniszczyło - burknął Mou.
- Szefie, ale to z pierwszego tłoczenia, bardzo dobra oliwa! - zapewnił Torres.
- Dziewicza - wyrwało się Terremu.
- Widzi szef, już schodzi - rzekł Lampard, trąc ręcznikiem naoliwione wąsy na twarzy Mourinho.
Wąsy istotnie znikały w miarę jak Frank przemywał skórę Mou na przemian oliwą i żelem i już się wydawało, że czyn ów straszliwy ujdzie sprawcy płazem, gdy drzwi się otwarły i stanął w nich asystent trenera, Steve Holland.
- Panowie, fotopstryki dostają sraczki - rzucił. - Pospieszcie się trochę. Aha, Loczek, oddaj mi tego markera co wczoraj pożyczałeś.
Mou zerwał się z krzesła, ochlapując Franka mydlinami i ciskając ręcznik na głowę Azpilicuety.
- To ty! To ty... tyyyy... tyyyyy... Zbrodniarzu! - ryknął, stając przy Loczku.
Wyraz nieskazitelnej, dziecięcej niewinności wypłynął na twarz Luiza.
- Ja? - zapytał David. - No co też trener, czy ja wyglądam na takiego?
- Wyglądasz! - wrzasnął Mou, wspinając się na palce, tak, by znaleźć się z Luizem nos w nos. - I jedziesz do Rosji! I mam nadzieję, że cię tam coś zeżre!
Odwrócił się i spojrzał na pozostałych zawodników.
- Cech, Lampard, Terry - wyliczył, po czym dodał złowieszczo. - I Luiz. Widzę was tu z walizkami w łapie dwudziestego drugiego lipca. Zwolnień nie udzielam, z żadnego powodu!
- Znaczy, jeśli któryś z nas umrze, zawlecze pan do Moskwy zwłoki? - zapytał Loczek z zainteresowaniem.
Mou spojrzał na niego tak, że z Brazylijczyka powinno pozostać tylko dymiące obuwie, po Loczku jednak owo mordercze spojrzenie splynęło jak woda po gęsi.
- A teraz idziemy, prasa czeka - oznajmił Mou. Przejrzał się dokładnie w lustrze, po czym wyszedł z szatni, nie oglądając się za siebie.
Tego samego dnia, tyle że wieczorem, na tarasie podmoskiewskiej daczy siedziały dwie dziewczyny. Siedziały wygodnie na bujaku z wikliny, w dłoniach trzymały kieliszki aromatycznej nalewki malinowej, a z poduszek między nimi wystawała szyjka butelki.
- Za nas, Ludka - niższa z dziewczyn potrząsnęła burzą czarnych loków. - Za naszą wolność. I precz z facetami!
- Teraz mówisz precz, a wczoraj jeszcze umierałaś z miłości do tego blondyna z Niemiec - Luda, eteryczna, smukła blondynka, uniosła ironicznie brew. - Chciałaś się wyprowadzać do Westfalii!
- Wczoraj było wczoraj - odparła brunetka, zaglądając jednym okiem do kieliszka. - A dzisiaj jest dzisiaj i piękny niemiecki blondyn jest bezpłciowym idiotą.
- O, naprawdę? A czym sobie zasłużył na tak okrutną opinię z ust uznanej artystki, Zoi Bukowskiej? -zaśmiała się Luda.
- Uciekł na mój widok - wyznała smętnie Zoja. Przez chwilę kontemplowała zachód słońca nad lasem, po czym westchnęła i wróciła do tematu. - Chyba go trochę za energicznie prosiłam o pozowanie do tego aktu. No ale żeby się przede mną chować w paprotkach, w hotelowej recepcji, to przecież przesada. Siłą bym go nie rozebrała!
Zoja Bukowska była uznaną w Europie malarką i miłośniczką życia we wszelkich jego przejawach. Energiczna i radosna, stanowiła dla spokojnej, skupionej na pracy Ludmiły znakomitą rozrywkę.
- Ty słuchaj - rzekła, opierając podbródek na pięści. - A może byśmy skoczyły sobie w lipcu do Barcelony? W firmie twojego ojca i tak będzie spokój, nikt nie zauważy jak weźmiesz urlop!
Luda pokręciła głową.
- Odpada - odparła smętnie. - Abramowicz otwiera szkółkę piłkarską, a Fundacja Fiodorowa w niej partycypuje. Muszę się zająć promocją tego cholerstwa. Roboty po pachy.
Czarne loki jakby nieco oklapły.
- Szkoduchna - Zoja pokręciła głową. - Popodrywałybyśmy ognistych Hiszpanów... ci, rozumiesz, muskularni bruneci!
Luda spojrzała na nią z rozbawieniem.
- To nordycy już cię nie kręcą?
- Niemiec okazał się niewypałem, a Mads Mikkelsen bardzo grzecznie odmówił pozowania - westchnęła Zoja. - Ciężkie jest życie artystki...
- Całkiem tak samo jak ze Słowianami. Pamiętasz tych dwóch polskich piłkarzy, co się na ciebie obrazili, bo jedneego namalowałaś z rybią głową, a drugiego z końskim łbem? - prychnęła Luda.
- A bo ten rybny się do mnie dostawiał. A ma żonę - w niebieskich oczach Zoi błysnęło gniewnie. - Wiesz, że tego nie lubię. Kogo ja będę malować latem?
- Przynajmniej nie będziesz musiała oglądać przez całe lato ponurej mordy Jurija Fiodorowa - mruknęła Ludmiła. - Mój cholerny kuzynek niestety nagle się zainteresował fundacją.
Zoja wygrzebała butelkę spomiędzy poduszek i dolała do kieliszków.
- Nie fundacją, tylko za tobą lata - mruknęła zgryźliwie. - A raczej za fortuną rodu Fiodorowów. Bez ciebie jej nie odziedziczy.
- Pacan - mruknęła Luda. - Nie ma na świecie normalnych facetów? Takich, którzy widzieliby we mnie nie dupę, nie skarbonkę, tylko człowieka?
- Gdzieś pewnie są - odparła Zoja. - Ale chyba nie na tej planecie.
Westchnęły równocześnie i wychyliły zawartość kieliszków.
Luda zadarła głowę w górę, jakby chciała wypatrzeć na mroczniejącym niebie planetę zamieszkaną przez normalnych mężczyzn.
- Chciałabym spotkać prawdziwego dżentelmena - rzekła w rozmarzeniu.
Zoja przytuliła się do jej ramienia.
- A ja ognistego Latynosa - oznajmiła.
- Patrz, gwiazda spada!
- Może nam spełni zyczenia?
Perlisty smiech wypełnił na moment przedwieczorną ciszę.
______________________________________________________________________________
Oto moje nowe opowiadanie, powstałe z inspiracji nieocenionej Fioli, której bardzo dziękuję za bycie nieustającym źródłem natchnienia i poganianie mojego kulejącego Wena drągiem :* Mam nadzieję, że wam się spodoba to dzieło!


A w ramach bonusu Loczek i jego klata :)

Martina

5 komentarzy:

  1. Och Frank&Co w Moskwie! *_* Jak mi się to podoba! <3 Mou to idiota, ale w sumie fajnie że wydało się kto go pomalował. Loczek pojedzie do serca Dumy(nie mówię tutaj o Katalonii) i będzie rozpromieniał jej stolicę swym blaskiem. Zajrzą do Lenina?
    Od razu polubiłam Zoję, bo Luda na razie wydaje się trochę sztywna ale na pewno rozkręcą się w miarę trwania opowiadania. Już nie mogę doczekać się pierwszego rozdziału!

    OdpowiedzUsuń
  2. Uuuu... zły Mou:) Loczek wymiata po całości, uwielbiam go^^ Chłopaki będą się świetnie bawić, bo mam nadzieję, że przygotowałaś im niezapomniane przygody:) Dziewczyny są świetne, Zoja się zdziwi jak zobaczy ciacha z Chelsea przy okazji odwiedzin szkółki piłkarskiej swojej przyjaciółki:) Blog zapowiada się super, życzę dużo weny^^

    OdpowiedzUsuń
  3. mój Boże, jak zajrzałam do zakładki "obsada" to sobie pomyślałam, że chyba lepiej być nie może... *-* po przeczytaniu tego fenomenalnego wręcz prologu stwierdzam.., że jednak może i jest! :D
    jakby nie patrzeć dla mnie gwiazdą tego prologu jest Mou, którego można tu, o tu pocałować. :DXD
    tak, dobór bohaterów fajny, ich kreacja też i już chcę więcej takich nieco naprawdę rozweselających człowieka postów jak ten. eh, gdy sobie wyobraziłam Mou z owiniętą głową... hahah on tak zawsze powinien chodzić XD i czemu ja go nie lubię to ja nie wiem.
    ale też mi się tak smutno troche potem jakby zrobiło no bo Eto'o, Terry, Lampard, nawet ten nieszczęsny Mou etc. i mi się przypomniały dawne czasy w Premier League tyle, że z moim kochanym Ballackiem *-* zamiast Nando. eh, jaka ja się sentymentalna na starość zrobiłam.. no ale cóż.
    czekam z niecierpliwością na pierwszy rozdział bo to opowiadanie zapowiada się świetnie. tym bardziej, że tak, Rosję to ja akurat lubię. *-*
    pozdrawiam i życzę weny ;*

    OdpowiedzUsuń
  4. Już mnie zainteresowała ;) Ciekawa jestem, co przyniesie wyjazd chłopaków do Rosji. I czy życzenia dziewczyn się spełnią. Przypuszczam, że będą w to zamieszani nasi londyńczycy ;) No i kochany Luiz <3 Informuj mnie, proszę, o nowościach na GG: 8675263, lub na blogu: www.el--tiempo--de--ti.blogspot.com. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Proszę, jakie tu są fantastyczne sposoby na zażegnanie konfliktu w szatni :) Szkoda tylko, że z Mułem tak łatwo nie idzie. Ale wąsy wyborne :D I usiłowanie wymówienia nazwisk - tak samo :D

    OdpowiedzUsuń