Szuflada secesyjnego biureczka była niedomknięta, wystawał z niej
bowiem rożek papierowej torebki.Wystawał, można powiedzieć,
kusząco, wręcz wabił syrenim śpiewem, zachęcając do otwarcia
szuflady i sięgnięcia do wnętrza torebki.
Kobieta w eleganckim beżowym kostiumie odwróciła pospiesznie wzrok
od biurka i nerwowym gestem poprawiła nienagannie ułożone, krótkie
blond włosy. Nie ulegnie, nie pozwoli sobie na chwilę słabości.
Jest silna. Ma niezłomny charakter. Szkolono ją, by wytrzymała
wszystko, nawet najgorsze tortury.
Zaczęła spacerować nerwowo po pokoju, stukanie jej obcasów tłumił
kosztowny, zabytkowy dywan. Z portretów, wiszących na obitej dębową
boazerią ścianie, patrzyły na nią oczy jej szacownych
poprzedników. Ciekawe, co oni by zrobili w takiej sytuacji.
Blondynka prychnęła gniewnie. No gdzież jest ten pułkownik?
Zerknęła na zegarek. Miał tu być kwadrans temu, z najświeższymi
danymi, zupełnie jakby nie mogli tych danych dostarczyć na jej
służbowy laptop, podpięty przecież do firmowej sieci i
zabezpieczony po zęby. Zdecydowanie trzeba tu będzie przeprowadzić
gruntowne reformy. Przecież to absurdalne!
Zerknęła ponownie na wystający z niedomkniętej szuflady rożek
torebki. Potem jeszcze raz.
Jest szefową MI6, do licha, nie może tak...
Poddała się. Zdecydowanym ruchem otworzyła szufladę i zagłębiła
dłoń w papierowym opakowaniu. Pod palcami poczuła znajomy, chłodny
kształt.
Polskie krówki!
Z westchnieniem błogości szefowa wywiadu Jej Królewskiej Mości
odwinęła cukierek z papierka i wpakowała go sobie do starannie
uszminkowanych ust. Nic nie mogło równać się z tym smakiem. Odkąd
rzuciła palenie dwadzieścia lat temu, polskie krówki były jej
jedynym nałogiem.
Drzwi szczęknęły, jęknęły żałośnie zawiasy, oliwione
ostatnio chyba za czasów Wilhelma Zdobywcy, do pokoju wpadł zaś
zdyszany mężczyzna w pożałowania godnym stanie. Elegancki krawat
miał poluzowany, koszulę zmiętą, włos zmierzwiony, a do tego
brakowało mu marynarki.
Szefowa wywiadu skrzywiła się, ledwie zauważalnie. Taki stan...
rozebrania uważała za fatalny brak etykiety, a do jej wymogów
miała stosunek porównywalny do cesarza Austrowęgier Franciszka
Józefa, który, bliski uduszenia się na śmierć podczas silnego
ataku kaszlu, ostatkiem sił pytał interweniującego lekarza, czemuż
ten nie ma na sobie przepisowego fraka.
- Cóż to się stało, pułkowniku? - zapytała szefowa cierpko.,
przełykając resztki krówki.
- Katastrofa, proszę pani, katastrofa - wyziajał pułkownik. - Dane
na temat naszej siatki przez głupi błąd wpadły w ręce Rosjan.
Nasz człowiek w Kurniku zabity, znaleziono go w jego mieszkaniu.
Oficjalnie przedawkował kokainę.
- A nieoficjalnie?
- Nieoficjalnie ktoś mu tę kokę pomógł zażyć. Ewakuujemy
resztę, wszystko stracone, nie mamy tam ludzi! I nie mamy czasu na
odbudowanie siatki!
Szefowa pochłonęła gwałtownie kolejną krówkę, na uspokojenie,
po czym przez pięć minut intensywnie medytowała z zamkniętymi
oczyma. Gdy je otwarła, w jej porcelanowoniebieskich tęczówkach
malowała się absolutna pewność.
- Dzwoń do H - oznajmiła.
- Alealeale... przecież... - zająknął się pułkownik. Przestąpił
z nogi na nogę. - On dla nas już nie pracuje!
- Pracuje. Nieoficjalnie - odparła niecierpliwie jego przełożona.
- Dzwoń do H, natychmiast. On będzie wiedział co zrobić.
Biba po zdobyciu mistrza była potworna. Cała ekipa schlała się
równo (wódeczkę, na wyraźne życzenie zespołu polską,
zasponsorował i dostarczył osobiście Abramowicz), nawet Mou się
zalał w pestkę. Co prawda trochę po tym rozrabiał, najpierw wlazł
na stół i wrzeszczał, że jest najlepszym trenerem na świecie, a
Real go może tu, o tu pocałować, po czym spuścił spodnie i
zademonstrował co mają całować Królewscy. Potem wziął łysego
Moraisa za Pepa Guardiolę i chciał mu dać w mordę, bełkocząc
coś o Lidze Mistrzów, z której Niebiescy wszakże odpadli w
ćwierćfinale, do akcji wkroczyli zatem Cech, Lampard i Ivanovic,
którzy zręcznie obezwładnili furiata i położyli go spać w
jednym z klubowych pomieszczeń.
Przy tej okazji odkryli, że w schowku na szczotki śpi półnagi i
urżnięty Terry, w towarzystwie równie urżniętej i świecącej
niczym nie okrytymi silikonami aktualnej partnerki Ashleya Cole.
Pragnąc uniknąć scen brutalnych i krwawych, które niechybnie by
nastąpiły, gdyby Ash odkrył niewierność swej bogdanki i zdradę
kumpla, panowie obudzili rozkoszną parę, starli Terremu z gęby
ślady szminki i kazali iść na salę, dziewczynę Cole'a zaś
przyokryli nieco, wsadzili w taksówkę i wysłali do domu. Nie
zauważyli, że do pokoju trenerskiego, w którym spał Mou, zakradł
się David Luiz, z szelmowską miną i niezmywalnym markerem w dłoni.
Następnego dnia Mou przyjechał do klubu w szaliku, zawinięty jak
arabska narzeczona, chociaż termometr wskazywał dwadzieścia pięć
stopni w cieniu.
- A temu co? - zdziwił się Branislav, gdy minęli się w korytarzu
z trenerem. - Przeziębił się?
- Może jeszcze go trzyma od wczoraj - zaśmiał się złośliwie
Nando, wchodząc do szatni.
- No, panowie, wdziewać gatki, będą okolicznościowe słitfocie -
pogonił Terry. - Cholera, który mi wczoraj podrzucił do kieszeni
szminkę i puderniczkę?
- A co, kolory ci nie pasują do karnacji? - zakpił Eto'o.
- Nie współgrają mu z bielizną - zachichotał Schurrle. -
Wieczorową!
Cole zamarł z koszulką w ręku.
- A to ciekawe co mówisz, John - zauważył lodowato. - Bo mojej
dziewczynie zginęły akurat szminka i puder. Wczoraj. Dziwne, nie?
Petr, Frank i Branislav wymienili porozumiewawcze spojrzenia,
natomiast Terry pobladł lekko.
- Stary, ja nie mam pojęcia co się wczoraj działo - odparł z
pozorną swobodą. - Film mi się urwał, ale totalnie.
- Doprawdy? - Ashley uniósł brew.
- To Loczek ci podrzucił - odezwał się znienacka Lampard. - Sam
widziałem. Petr, ty nie? Siedziałeś obok Johna.
- Zgadza się - przyświadczył flegmatycznie Cech. - Loczek się
wygłupiał, jak zwykle.
Cole przyglądał im się ze zmarszczonymi brwiami, widocznie nie
dowierzając. Potem posłał kose spojrzenie Terremu, by wreszcie
skupić się na Luizie, który z wielkim zajęciem dłubał w swoim
telefonie.
- Ej, Loczek! - Cole klepnął Brazylijczyka w plecy. - Wiesz coś o
tym?
- Co? O czym? - oderwany od smartfona Loczek miał nieprzytomne
spojrzenie.
- Ktoś podrzucił Johnowi szminkę i puder do kieszeni - rzekł z
naciskiem Lampard. - Wiemy, że to ty.
- Ja? - zdziwił się Loczek. Lampard spojrzał na niego z niemym
błaganiem, aż wreszcie pod strzechą orzechowych loków zaiskrzyło.
- A, no jasne, że ja! Zawsze robię głupie rzeczy przecież! Taki
motylek debilek ze mnie!
Luiz zatrzepotał dłońmi, jakby chciał odlecieć. W szatni
rozległy się śmiechy.
- Ale nie gniewasz się Johnny, prawda? - teraz David zatrzepotał na
odmianę rzęsami.
- Idź, świrze jeden - Terry machnął ręką, starannie kryjąc
ulgę.
Cole mruknął coś pod nosem i dokończył się ubierać. W sam
czas, bo do szatni wszedł Mourinho.
- Co się panu stało, trenerze? - zapytał Frank, wskazując szal,
spowijający dolną część twarzy Mou, aż po sam nos.
- Ffffpadaj - prychnął Mourinho, nieco niewyraźnie, bo
przeszkadzał mu szalik. - Fłufajcie, Felfea offiera w Moffie nofą
szkółkę piłkarfką. W liffu. Delegaffja zafodnikóf pojedzie ją
fromować.
- Trenerze, nic nie rozumiem - jęknął Ramires.
- Ja też - poparł go Nando. - Pan zdejmie ten szalik!
Mou rzucił mu mordercze spojrzenie i kontynuował, dalej zmagając
się z włochatą tkaniną.
- Fskład delegaffi fejdzie fterech ludzi. Ferry, Lamfart, Fech...
Tu urwał, ponieważ w szatni zapadła grobowa cisza. Dwadzieścia
parę par oczu patrzyło na niego z baranim zdziwieniem, gdy
dwadzieścia parę mózgów usiłowało zdekodować usłyszane
właśnie nazwiska.
- Ale że kto? - zapytał Azpilicueta.
- Ferry, Lamfart i Fech! - wrzasnął Mou, a widoczne nad szalikiem
części jego twarzy wyraźnie zczerwieniały.
- Sorry, szefie, nie rozumiemy - oznajmił Terry.
Trener pozbył się szalika jednym gestem i ryknął na całe gardło.
- Terry, Lampard i Cech! A jako czwarty jedzie ten skurwysyn, który
mi to namalował! - wskazał palcem swoją górną wargę, na której
widniały wielkie, czarne, ozdobnie zakręcone wąsy.
Najpierw zapadła cisza. Potem w szatni odezwały się zduszone
chichoty, tu i tam. Potem dwadzieścia parę gardeł eskplodowało
potężnym rechotem..
- Mam w dupie wasze plany urlopowe, mam w dupie wasze matki, żony i
kucharki... kochanki! - Mou przekrzykiwał hałas. - Łapiecie?!
Ktokolwiek to zrobił, zawlekę go do Rosji za łeb i będzie się z
białymi niedźwiedziami całował!
- Ale szefie - Terry ocierał z oczu łzy radości. - My nie wiemy
kto to.
- Niech się przyzna! - zabulgotał Mourinho. - To może go nie
zabiję! Jak ja mam teraz pozować do zdjęć?
- Spokojnie, trenerze, zaraz coś zaradzimy - Lampard jął lać
oliwę na wzburzone morze. - Mam dzieci, nie takie rzeczy jak marker
już z nich zmywałem. Panowie, niech któryś skoczy do stołówki
po oliwę!
Poderwali się Eto'o i Nando, tymczasem Frank posadził Mou na
krześle obok umywalki i jął przygotowywać się do operacji
zmywania wąsów ze skupieniem godnym chirurga.
- Terry, na szafce Cesara stoi miseczka, opłucz ją z kurzu i nalej
ciepłej wody - komenderował. - Oscar, podaj czysty ręcznik. Eden,
daj ten twój hypoalergiczny żel do mycia twarzy.
Zaczął szorować purpurowe jeszcze ze złości oblicze trenera wodą
i żelem, tak, że czarne namalowane wąsy pokryły się białymi,
stworzonymi z piany.
- Teraz osuszyć... - starannie wytarł pianę ręcznikiem.
- Mamy oliwę! - zdyszany Nando wpadł do szatni z małą buteleczką
w dłoni. Za nim wsunął się ubawiony Samuel.
- Bardzo dobrze - rzekł Lampard. - Trochę oliwy...
- Żeby mi to skóry nie zniszczyło - burknął Mou.
- Szefie, ale to z pierwszego tłoczenia, bardzo dobra oliwa! -
zapewnił Torres.
- Dziewicza - wyrwało się Terremu.
- Widzi szef, już schodzi - rzekł Lampard, trąc ręcznikiem
naoliwione wąsy na twarzy Mourinho.
Wąsy istotnie znikały w miarę jak Frank przemywał skórę Mou na
przemian oliwą i żelem i już się wydawało, że czyn ów
straszliwy ujdzie sprawcy płazem, gdy drzwi się otwarły i stanął
w nich asystent trenera, Steve Holland.
- Panowie, fotopstryki dostają sraczki - rzucił. - Pospieszcie się
trochę. Aha, Loczek, oddaj mi tego markera co wczoraj pożyczałeś.
Mou zerwał się z krzesła, ochlapując Franka mydlinami i ciskając
ręcznik na głowę Azpilicuety.
- To ty! To ty... tyyyy... tyyyyy... Zbrodniarzu! - ryknął, stając
przy Loczku.
Wyraz nieskazitelnej, dziecięcej niewinności wypłynął na twarz
Luiza.
- Ja? - zapytał David. - No co też trener, czy ja wyglądam na
takiego?
- Wyglądasz! - wrzasnął Mou, wspinając się na palce, tak, by
znaleźć się z Luizem nos w nos. - I jedziesz do Rosji! I mam
nadzieję, że cię tam coś zeżre!
Odwrócił się i spojrzał na pozostałych zawodników.
- Cech, Lampard, Terry - wyliczył, po czym dodał złowieszczo. - I
Luiz. Widzę was tu z walizkami w łapie dwudziestego drugiego lipca.
Zwolnień nie udzielam, z żadnego powodu!
- Znaczy, jeśli któryś z nas umrze, zawlecze pan do Moskwy zwłoki?
- zapytał Loczek z zainteresowaniem.
Mou spojrzał na niego tak, że z Brazylijczyka powinno pozostać
tylko dymiące obuwie, po Loczku jednak owo mordercze spojrzenie
splynęło jak woda po gęsi.
- A teraz idziemy, prasa czeka - oznajmił Mou. Przejrzał się
dokładnie w lustrze, po czym wyszedł z szatni, nie oglądając się
za siebie.
Tego samego dnia, tyle że wieczorem, na tarasie podmoskiewskiej
daczy siedziały dwie dziewczyny. Siedziały wygodnie na bujaku z
wikliny, w dłoniach trzymały kieliszki aromatycznej nalewki
malinowej, a z poduszek między nimi wystawała szyjka butelki.
- Za nas, Ludka - niższa z dziewczyn potrząsnęła burzą czarnych
loków. - Za naszą wolność. I precz z facetami!
- Teraz mówisz precz, a wczoraj jeszcze umierałaś z miłości do
tego blondyna z Niemiec - Luda, eteryczna, smukła blondynka, uniosła
ironicznie brew. - Chciałaś się wyprowadzać do Westfalii!
- Wczoraj było wczoraj - odparła brunetka, zaglądając jednym
okiem do kieliszka. - A dzisiaj jest dzisiaj i piękny niemiecki
blondyn jest bezpłciowym idiotą.
- O, naprawdę? A czym sobie zasłużył na tak okrutną opinię z
ust uznanej artystki, Zoi Bukowskiej? -zaśmiała się Luda.
- Uciekł na mój widok - wyznała smętnie Zoja. Przez chwilę
kontemplowała zachód słońca nad lasem, po czym westchnęła i
wróciła do tematu. - Chyba go trochę za energicznie prosiłam o
pozowanie do tego aktu. No ale żeby się przede mną chować w
paprotkach, w hotelowej recepcji, to przecież przesada. Siłą bym
go nie rozebrała!
Zoja Bukowska była uznaną w Europie malarką i miłośniczką życia
we wszelkich jego przejawach. Energiczna i radosna, stanowiła dla
spokojnej, skupionej na pracy Ludmiły znakomitą rozrywkę.
- Ty słuchaj - rzekła, opierając podbródek na pięści. - A może
byśmy skoczyły sobie w lipcu do Barcelony? W firmie twojego ojca i
tak będzie spokój, nikt nie zauważy jak weźmiesz urlop!
Luda pokręciła głową.
- Odpada - odparła smętnie. - Abramowicz otwiera szkółkę
piłkarską, a Fundacja Fiodorowa w niej partycypuje. Muszę się
zająć promocją tego cholerstwa. Roboty po pachy.
Czarne loki jakby nieco oklapły.
- Szkoduchna - Zoja pokręciła głową. - Popodrywałybyśmy
ognistych Hiszpanów... ci, rozumiesz, muskularni bruneci!
Luda spojrzała na nią z rozbawieniem.
- To nordycy już cię nie kręcą?
- Niemiec okazał się niewypałem, a Mads Mikkelsen bardzo grzecznie
odmówił pozowania - westchnęła Zoja. - Ciężkie jest życie
artystki...
- Całkiem tak samo jak ze Słowianami. Pamiętasz tych dwóch
polskich piłkarzy, co się na ciebie obrazili, bo jedneego
namalowałaś z rybią głową, a drugiego z końskim łbem? -
prychnęła Luda.
- A bo ten rybny się do mnie dostawiał. A ma żonę - w niebieskich
oczach Zoi błysnęło gniewnie. - Wiesz, że tego nie lubię. Kogo
ja będę malować latem?
- Przynajmniej nie będziesz musiała oglądać przez całe lato
ponurej mordy Jurija Fiodorowa - mruknęła Ludmiła. - Mój cholerny
kuzynek niestety nagle się zainteresował fundacją.
Zoja wygrzebała butelkę spomiędzy poduszek i dolała do
kieliszków.
- Nie fundacją, tylko za tobą lata - mruknęła zgryźliwie. - A
raczej za fortuną rodu Fiodorowów. Bez ciebie jej nie odziedziczy.
- Pacan - mruknęła Luda. - Nie ma na świecie normalnych facetów?
Takich, którzy widzieliby we mnie nie dupę, nie skarbonkę, tylko
człowieka?
- Gdzieś pewnie są - odparła Zoja. - Ale chyba nie na tej
planecie.
Westchnęły równocześnie i wychyliły zawartość kieliszków.
Luda zadarła głowę w górę, jakby chciała wypatrzeć na
mroczniejącym niebie planetę zamieszkaną przez normalnych
mężczyzn.
- Chciałabym spotkać prawdziwego dżentelmena - rzekła w
rozmarzeniu.
Zoja przytuliła się do jej ramienia.
- A ja ognistego Latynosa - oznajmiła.
- Patrz, gwiazda spada!
- Może nam spełni zyczenia?
Perlisty smiech wypełnił na moment przedwieczorną ciszę.
______________________________________________________________________________
Oto moje nowe opowiadanie, powstałe z inspiracji nieocenionej Fioli, której bardzo dziękuję za bycie nieustającym źródłem natchnienia i poganianie mojego kulejącego Wena drągiem :* Mam nadzieję, że wam się spodoba to dzieło!
Oto moje nowe opowiadanie, powstałe z inspiracji nieocenionej Fioli, której bardzo dziękuję za bycie nieustającym źródłem natchnienia i poganianie mojego kulejącego Wena drągiem :* Mam nadzieję, że wam się spodoba to dzieło!
Martina

Och Frank&Co w Moskwie! *_* Jak mi się to podoba! <3 Mou to idiota, ale w sumie fajnie że wydało się kto go pomalował. Loczek pojedzie do serca Dumy(nie mówię tutaj o Katalonii) i będzie rozpromieniał jej stolicę swym blaskiem. Zajrzą do Lenina?
OdpowiedzUsuńOd razu polubiłam Zoję, bo Luda na razie wydaje się trochę sztywna ale na pewno rozkręcą się w miarę trwania opowiadania. Już nie mogę doczekać się pierwszego rozdziału!
Uuuu... zły Mou:) Loczek wymiata po całości, uwielbiam go^^ Chłopaki będą się świetnie bawić, bo mam nadzieję, że przygotowałaś im niezapomniane przygody:) Dziewczyny są świetne, Zoja się zdziwi jak zobaczy ciacha z Chelsea przy okazji odwiedzin szkółki piłkarskiej swojej przyjaciółki:) Blog zapowiada się super, życzę dużo weny^^
OdpowiedzUsuńmój Boże, jak zajrzałam do zakładki "obsada" to sobie pomyślałam, że chyba lepiej być nie może... *-* po przeczytaniu tego fenomenalnego wręcz prologu stwierdzam.., że jednak może i jest! :D
OdpowiedzUsuńjakby nie patrzeć dla mnie gwiazdą tego prologu jest Mou, którego można tu, o tu pocałować. :DXD
tak, dobór bohaterów fajny, ich kreacja też i już chcę więcej takich nieco naprawdę rozweselających człowieka postów jak ten. eh, gdy sobie wyobraziłam Mou z owiniętą głową... hahah on tak zawsze powinien chodzić XD i czemu ja go nie lubię to ja nie wiem.
ale też mi się tak smutno troche potem jakby zrobiło no bo Eto'o, Terry, Lampard, nawet ten nieszczęsny Mou etc. i mi się przypomniały dawne czasy w Premier League tyle, że z moim kochanym Ballackiem *-* zamiast Nando. eh, jaka ja się sentymentalna na starość zrobiłam.. no ale cóż.
czekam z niecierpliwością na pierwszy rozdział bo to opowiadanie zapowiada się świetnie. tym bardziej, że tak, Rosję to ja akurat lubię. *-*
pozdrawiam i życzę weny ;*
Już mnie zainteresowała ;) Ciekawa jestem, co przyniesie wyjazd chłopaków do Rosji. I czy życzenia dziewczyn się spełnią. Przypuszczam, że będą w to zamieszani nasi londyńczycy ;) No i kochany Luiz <3 Informuj mnie, proszę, o nowościach na GG: 8675263, lub na blogu: www.el--tiempo--de--ti.blogspot.com. Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńProszę, jakie tu są fantastyczne sposoby na zażegnanie konfliktu w szatni :) Szkoda tylko, że z Mułem tak łatwo nie idzie. Ale wąsy wyborne :D I usiłowanie wymówienia nazwisk - tak samo :D
OdpowiedzUsuń