Wprawne dłonie masażystki usuwały z mięsni Ludmiły znużenie
wywołane długim dniem w pracy, po części spędzonym z Jurijem
Fiodorowem. Ojciec Ludmiły, właściciel Fundacji w końcu, sam
osobiście przydzielił jej, jako współpracownika przy obsłudze i
organizacji pobytu piłkarzy Chelsea w Moskwie,właśnie Jurija,
licząc, że może wreszcie zdoła on zdobyć względy jego opornej
córki.
Zdobycie rzeczonych względów było, zdaniem Nikity Dawidowicza,
absolutnie konieczne, celem uratowania rodu Fiodorowów od zagłady.
Pierwsza żona Nikity wydała na świat tylko córkę, Ludmiłę, ku
jawnemu niezadowoleniu męża, oczekującego męskiego potomka, potem
zaś małżeństwo jęło się rozpadać w astronomicznym tempie i
Fiodorow uznał, że taka kobieta nie jest godna, by urodzić jego
następcę.
Lata później poznał i poślubił drugą żonę, tu jednak wszelkie
próby prokreacji skończyły się fiaskiem. Małżonka się
przebadała od góry do dołu, do tego samego nakłaniając Nikitę,
on jednak odmówił z krzykiem, bo przecież to niemożliwe, żeby
taki mężczyzna jak on miał jakieś problemy z płodnością. W
końcu jurność Nikity Fiodorowa była sławna wśród moskiewskich
dziwek!
Widząc jednak, że się starzeje, a upragniony potomek płci męskiej
się nie pojawia, począł Fiodorow upatrywać rozwiązania swoich
problemów w synu swego kuzyna, Juriju, krzepkim, zdrowym, a tak
płodnym, że nie było roku, żeby się jakaś nie musiała przez
niego skrobać. Gdyby zatem ten mężczyzna, krew z krwi Fiodorowów,
poślubił Ludmiłę, przetrwanie rodu byłoby gwarantowane. Wezwał
przeto Nikita Jurija przed swe oblicze i przeprowadził z nim męską
rozmowę, o czym później z całą szczerością poinformował
córkę. W końcu jedyne, co mógł z nią zrobić, to dobrze wydać
za mąż, stwierdził. Do niczego innego, jako kobieta, zdatna nie
była.
Jurij propozycję przyjął gorliwie, ponieważ potrzeby finansowe
miał duże, a w zamian za poślubienie Ludmiły jej ojciec obiecał
mu spory kawał rodzinnego imperium biznesowego, całą resztę zaś
po narodzinach ich syna. Niestety, na drodze do realizacji tego
pięknego planu stała jedna przeszkoda.
Ludmiła.
Zaprosił ją do gabinetu, wyłuszczyl cały plan, ale ona, zamiast
docenić jego mądrość, wybuchła straszliwym gniewem.
- Czy tobie się wydaje, że jestem jałówką na targu? - krzyknęła.
Nikita wzruszył ramionami, kołysząc się przy tym w fotelu.
- No tak jakby - odparł. - Jesteś kobietą.
Ludmiła oparła się obiema dłońmi o blat ojcowskiego biurka, po
czym spojrzała rodzicielowi głęboko w oczy.
- Informuję cię uprzejmie, że kobiet, sprzedających się za
pieniądze, powinieneś szukać w burdelu - wysyczała. - Ja
natomiast wyjdę za mąż, za tego, za kogo będę chciała, jeśli w
ogóle. Rozumiesz? I prędzej wyrwę sobie jajniki własnymi rękami,
niż urodzę temu bucefałowi, Jurijowi, cokolwiek!
Ojciec uśmiechnął się tylko pobłażliwie, zrzucając zapewne jej
gniew na karb kobiecych fochów.
- Pogadamy jak ci przejdzie - rzekł.
Nie przeszło jej. Nie mogłoby, Jurij Fiodorow bowiem był
absolutnym bucem, głęboko przeświadczonym o wyższości mężczyzn
nad kobietami i głośno owo przeświadczenie wyrażającym. Uważał,
na przykład, pracę Ludmiły, za fanaberię rozkapryszonej damulki.
- Jak się z tobą ożenię, będziesz siedziała w domu - oznajmił
kiedyś, w przypływie niepohamowanej szczerości. - Przecież wy,
kobiety, macie takie słabe móżdżki, za słabe, żeby ogarniać
bardziej skomplikowane rzeczy. Gdzież im do męskiego, potężnego
umysłu!
Ludmiła miała ochotę wyrżnąć go w gębę, jednak działo się
to na oficjalnym bankiecie, więc nie mogła sobie na to pozwolić.
Spojrzała zatem na dorodną postać siedzącego obok kuzyna, opiętą
piekielnie drogim, białym smokingiem, potem na bogato zastawiony
stół, na kokilki z zupą, parujące przed biesiadnikami i
błyskawicznie uknuła plan straszliwej zemsty.
- Przepraszam bardzo - rzekła, wstając z krzesła. Podniosła się
jednak jakoś tak niezdarnie, że zmiotła łokciem stojącą przed
Jurijem kokilkę ze stołu. Piękny, czerwony strumień kremu z
pieczonych buraków ćwikłowych chlusnął na nieskazitelną biel
smokingu i zalał krocze Jurija, a temperaturę miał wysoką, taką,
jak mieć powinien.
Z rykiem, godnym rozwścieczonego orka, kuzyn zerwał się od stołu.
- Ojej, przepraszam - rzekła smutnie Ludmiła. - Taka ze mnie
niezdara...
- Co jest, Fiodorow? - zarechotał złośliwie któryś z
dostojników, nie przepadający za poszkodowanym. - Okresu dostałeś?
Cały stół ryknął homeryckim śmiechem, aż zadrżały szyby w
oknach sali.
Jurij przerwał na moment troskliwe osuszanie swego, ociekającego
czerwienią, krocza serwetką, zrobił się śliwkowy na twarzy, po
czym sromotnie uciekł z sali.
Niestety, nie obraził się na nią za to, milionowa fortuna
Fiodorowów stanowiła zbyt mocną pokusę, chociaż przez dłuższy
czas unikał siadania obok Ludmiły na wszelkich przyjęciach.
Dzisiaj za to musiała spędzić z nim cały dzień, planując
szczekóły pobytu piłkarzy w Rosji, wybierając apartament, w
którym mieli zamieszkać, oraz dopinając na ostatni guzik wszystkie
inne niezbędne szczegóły. Goście mieli przecież przyjechać już
za dwa tygodnie, a wszystko musiało być na tip-top.
Jurij był jej w tym użyteczny całkiem tak samo, jak wrzód na
dupie. Rzucał bez ustanku głupimi komentarzami, gapił się w
dekolt Ludmiły, albo na jej tyłek, zależnie od tego czym była
odwrócona w jego stronę i zrzucał ustawicznie coś ze stołu,
próbując zajrzeć pod jej spódnicę.
Kiedy po raz kolejny rozsypał na podłodze papiery, Ludmiła nie
wytrzymała.
- O ile mi wiadomo, to z delirium tremens leży się w szpitalu, a
nie pracuje - rzekła zgryźliwie.
- A kto ma delirium? - zdziwił się Jurij.
Ludmiła pomyślała bardzo źle o intelekcie swego kuzyna, po czym
udzieliła mi odpowiedzi.
- Ty. Ręce ci drżą, stękasz, pocisz się, czerwieniejesz na gębie
i ślinisz gorzej niż bernardyn. Który raz już upuszczasz te
papiery?
- Taki niezręczny jestem - wymamrotał Jurij.
- Ja nie mam czasu na te gierki - oznajmiła stanowczo Ludmiła. -
Albo zaczniesz się zachowywać jak człowiek dorosły i
profesjonalista, albo wypad stąd. Mam robotę, a ty mi
przeszkadzasz.
Jurij uporządkował starannie papiery i usiadł z dłońmi na stole,
jak grzeczny uczeń.
- To co mamy do zrobienia? - zapytał.
- Jeszcze trzeba im znaleźć jakiegoś przewodnika - odparła
Ludmiła. - Kogoś, kto zna angielski i pokaże im Moskwę.
- Po co? - zdziwił się Jurij. - Na pewno interesują ich tylko dupy
i knajpy, a to to im każdy facet pokaże.
Ludmiła zwalczyła w sobie chęć walnięcia głową w najbliższą
ścianę.
- Dupę im pokaże? - zapytała zgryźliwie. - Swoją? Może lepiej
nie.
- Oj tam, znajdzie się kogoś, zwiedzać dużo nie będą - po
kuzynie jej uwaga spłynęła kompletnie. - Przecież to prymitywy
są!
- Znasz ich, że tak mówisz? - spojrzenie dziewczyny spoczęło na
plakacie, reklamującym spotkanie z piłkarzami, leżącym na stole.
Cztery widniejące na nim twarze nawet jej się podobały. - Nie
wyglądają na prymitywów, a ten - postukała palcem w Lamparda -
jest nawet przystojny.
- Przystojny? - Jurij się naburmuszył. - Wiesz co, ja się nimi
zajmę, osobiście! Będziesz sobie siedziała w biurze, piła kawkę
i nawet ich nie obejrzysz!
Zerwał się z krzesła.
- Tak, to świetny pomysł, po co ci kontakty z takimi typami! -
zakrzyknął.
Duch przekory natychmiast ocknął się w Ludmile i wystartował z
własną propozycją.
- Wiesz, co, to naprawdę świetny pomysł - oznajmiła. Jurij nadął
się z dumy. - Ale troszeczkę go zmodyfikujemy.
- Tak? - zapytał ostrożnie Jurij.
- Otóż, kochany kuzynku, to ty będziesz siedział i pił kawkę, a
przy okazji nadzorował całą imprezę, a ja będę oprowadzać
naszych gości. Pawołoczkina ci pomoże w biurze.
Fiodorow drgnął, jakby chciał uciec, na twarzy zaś mignęła mu
panika. Pawołoczkina była siłą fachową najwyższej klasy,
trzymającą biura fundacji żelazną ręką, była jednak także
damą po pięćdziesiątce, z ambicją wyglądania o dwadzieścia lat
młodziej i niepokojącą słabością do Jurija, która to słabość
objawiała się głównie całkowicie przypadkowym wpadaniem w
ramiona jej obiektu, jak również podtykaniem mu pod nos dekoltu,
wypełnionego biustem, który niezbyt dobrze znosił lata walki z
grawitacją.
- Ale... jesteś pewna? - zapytał słabo.
- Absolutnie - Ludmiła przysunęła sobie laptop. - Zaraz siebie
dopiszę gdzie trzeba... O. I już, załatwione.
Bolesny grymas w jakim Fiodorow odsłonił zęby miał być zapewne
uśmiechem. Ludmiła stwierdziła, że jest gotowa polubić tych
cholernych piłkarzy, o ile uda się jej dzięki nim sponiewierać
tego kretyna jeszcze trochę.
Czterech graczy Chelsea siedziało w piękną lipcową noc na tarasie
jednej z ekskluzywnych, londyńskich restauracji, wychodzącym na
połyskujące w ciemnościach wody Tamizy. Lekki, ciepły wiaterek
wiał szczęśliwie w stronę rzeki, oszczędzając biesiadnikom
aromatów podgrzanych upałem, a niezbyt czystych wód.
Panowie celebrowali powrót z mistrzostw świata w Brazylii. Petr
Cech wprawdzie pojechał tam w celach wyłącznie turystycznych, a
Terry i Lampard skończyli udział w turnieju na fazie grupowej, za
to drużyna Loczka, czyli Brazylia, wygrała całą imprezę, a zatem
świeży laur na jego skroni wymagał dogłębnego uczczenia.
Po wymianie wrażeń z Mundialu (Luiz, opowiadając, odtańczył
wokół stolika coś w rodzaju tańca plemiennego) i oplotkowaniu
kolegów, rozmowa zeszła na temat ich delegacji do Rosji.
- Słuchajcie - rzekł David, nawijając w zamyśleniu jeden z loków
na palec. - A właściwie to jacy są ci Rosjanie?
Petr wzruszył ramionami.
- Jak to ludzie - odparł. - Różni są.
- A mają tam ładne laski? - zainteresował się Terry. - No wiecie,
po raz pierwszy tam posiedzę przez chwilę, bez trenera nad głową.
- Mają - odparł Petr.
- Polacy mają ładniejsze -stwierdził Lampard. - Ale nieprzystępne.
Winka, panowie?
Cała trójka skinęła zgodnie głowami, Frank zatem uzupełnił
poziom napojów w kieliszkach.
- Polacy -
wzdrygnął się Terry. - Piłem kiedyś z Borucem i Wasilewskim.
Kurwa, następnego dnia myślałem, że zdechnę!
- No co ja słyszę,
kiedy to było? - niemal obraził się Lampard. - Chlałeś z nimi
beze mnie?
- Oho, w stare,
dobre małżeństwo wkradła się zazdrość - David Luiz zastrzygł
teatralnie brwiami.
- Ty, zaraz oberwiesz w merynosa - zasugerował Terry. - Frankie, to
nie tak jak myślisz! Ty wtedy na antybiotykach leciałeś, to co,
miałem cię zaprosić, żebyś cierpiał?
Loczek złapał się operowym gestem za pierś, wywracając przy tym
oczyma.
- To byłby dramat egzysssstencjalny - rzekł z namaszczeniem. Cech
uśmiechnął się nad talerzem.
- Nawet pary z gęby nie puściłeś - rzekł Frank z urazą.
- Oj, no, przepraszam - sumitował się Terry. - Ale nie masz czego
żałować, znaczy fajni z nich kolesie, ale, w mordę, ten ból
następnego ranka...
Na szczęście dla Franka jego poranek po nie okazał się tak
traumatyczny. Owszem, noc była cięzka, ale nie z powodu jego
opilstwa, tylko dlatego, że siadła klimatyzacja, a Angila wciąż
tkwiła w szponach iście afrykańskich upałów, jakich nie tylko
najstarsi ludzie, ale i najstarsze budowle na Wyspach nie pamiętały.
Administracja budynku obiecała fachowca, ale ten jechał chyba
ślimakiem wyścigowym, bo nie zdążył dotrzeć na miejsce przez
trzy dni.
Frank obudził się spocony i poirytowany, do tego również
cokolwiek spragniony. Napił się wody mineralnej, włączył ekspres
do kawy i wskoczył pod prysznic. Obiecał sobie zadzwonić do
administracji zaraz po wyjściu z łazienki, kiedy już złagodnieje,
nie chciał bowiem mieć na sumieniu ofiar śmiertelnych. Kończył
właśnie spłukiwać z siebie pianę, gdy przez szum wody przedarł
się dźwięk gongu przy drzwiach.
Wiedziony nadzieją, iż jest to upragniony fachowiec, Lampard
wyskoczył spod prysznica jak stał, w biegu łapiąc z łóżka
prześcieradło. Owinięty nim jak togą otworzył drzwi i ledwie
powstrzymał cisnący mu się na usta jęk zawodu.
W progu stało dwóch facetów, ubranych, mimo skwaru, w czarne
garnitury. Frank spojrzał w dwie pary lśniących okularów
przeciwsłonecznych i pomyślał, że widzi dwóch agentów Smithów
z "Matrix".
- Pan Lampard? - zapytał Smith Pierwszy.
- Tak, a o co chodzi? - zapytał Frank.
Zamiast udzielic odpowiedzi, obaj Smithowie jak na komendę złapali
Lamparda za ramiona i pociągnęli ku sobie. Szarpnął się,
usiłując przylać któremukolwiek w mordę, poczuł dziwne ukłucie
w szyję... i odpłynął.
Pierwszym, co ujrzał, kiedy wrócił do siebie i otworzył oczy, był
bardzo ozdobny plafon, na bardzo ozdobnym i obfitujacym w złocenia
suficie. Z jego prawej strony znajdowało się zaś oparcie kanapy,
niewątpliwie zabytkowej, obitej jedwabiem w róże. Przemknęło mu
przez głowę, że trafił na bandytów o luksusowych upodobaniach,
więc może oszczędzą mu tortur.
Potem spojrzał w Lewo i zbaraniał.
Na dwóch fotelach, naprzeciw kanapy, obitych identyczną materią w
róże, siedzieli premier David Cameron i minister spraw wewnętrznych
Theresa May, przyglądając mu się z wyraźną troską.
- Mam halucynacje! - jęknął Lampard, zrywając się na równe
nogi.
Śledzący go wzrok pani minister powędrował ku górze, potem zaś
opadł dziwnie nisko i Frank uświadomił sobie, że jest odziany
jedynie w prześcieradło, które pod wpływem gwałtownego ruchu
obsunęło mu się nieco z bioder. Złapał kurczowo tkaninę i
zakrył się starannie, po czym usiadł sztywno na kanapie.
- Witamy, panie Lampard - rzekł ktoś trzeci.
Z cienia wysunął się nieco łysiejący mężczyzna w średnim
wieku i podszedł do malowniczej grupy, ulokowanej wokół kanapy.
- Nie ma pan halucynacji - rzekł. - To jest premier Cameron, a to
pani minister May.
- A pan? - zapytał Lampard ostro. - I dlaczego porwano mnie z mojego
domu?
- Jeśli chodzi o to kim jestem, musi pan się zadowolić moim
pseudonimem - odparł nieznajomy spokojnie. - Nazywam się H. Co się
zaś tyczy pańskiego stroju i sposobu przybycia tutaj... no cóż.
Agenci MI5 nie zrozumieli chyba moich instrukcji. Przepraszam za ich
niefortunną decyzję sprowadzenia pana tutaj w takim stroju.
- Pan H pracuje dla rządu Jej Królewskiej Mości - wtrącił się
premier. - Wciągnięcie pana w tę sprawę było jego pomysłem,
który ja nie do końca aprobuję.
- Panie premierze! - w głosie minister zabrzmiała przygana. -
Dobrze pan wie, że nie mamy innego wyboru!
- Ja mam wybór - przypomniał Lampard chłodno. - Mogę mianowicie
wstać i wyjść, co uczynię, jeśli się nie dowiem o co tu chodzi.
- W prześcieradle? - zapytał cierpko premier.
- A czemu nie? - odparł Frank zaczepnie. - Mogę nawet bez.
Cameron zrobił minę rozjechanej żaby, natomiast May przeciągnęła
palcem za kołnierzykiem białej bluzki, starannie omijając Franka
Lamparda wzrokiem, końcówki jej uszu zaś płonęły czerwienią
niczym ostrzegawcze diody.
- Chodzi o jajka - rzekł wreszcie premier z ociąganiem.
Lampard wytrzeszczył oczy.
- O co, przepraszam? - zapytał ze zdumieniem, przekonany, że coś
źle usłyszał.
- O jajka - mruknął premier.
Pani minister ukryła twarz w dłoniach, natomiast H włączył się
na powrót do rozmowy.
- Pan premier pójdzie teraz odpocząć - rzekł. - Rozumie pan,
panie Lampard, że myślenie jest bardzo wyczerpującą czynnością
dla kogoś, kto nie jest do tego przyzwyczajony. Pani minister, niech
pani będzie łaskawa odprowadzić szefa rządu na piętro, tam się
nim zajmą.
Premier Cameron rzucił H spojrzenie o sile kilku megaton, jednak nie
powiedział ani słowa. Zamiast tego podniósł się i wyszedł,
trzaskając drzwiami, za nim podreptała zaś minister May.
H nacisnął guzik interkomu na biurku.
- Pani Hudson, dwie kawy - rzekł. - Bez śmietanki. Obie.
Spojrzał na Lamparda, który wprawdzie niewiele rozumiał z
zaistniałej sytuacji, ale coraz lepiej się bawił.
- Wiem, że nie zdążył pan wypić swojej porannej kawy - H wykonał
twarzą gimnastykę, mającą być zapewne uśmiechem.
- A skąd pan to wie? - zapytał zaciekawiony Frank.
- Och, ja wiem wszystko, co chcę wiedzieć - odparł spokojnie H. -
Przejdźmy jednak do rzeczy. Premier częściowo miał rację, w tej
sprawie chodzi o jajka, ale dość specyficznego i bardzo cennego
rodzaju.
W głowie Franka wybuchło niczym raca skojarzenie.
- Faberge?
Twarz H ponownie wykonała gimnastykę.
- Widzę, że właściwie oceniłem pański intelekt i wiedzę -
rzekł. - Tak, jaja Faberge, stworzone przez słynną rosyjską firmę
jubilerską, na zamówienie carów Rosji. Pierwsze takie jajo
powstało w roku tysiąc osiemset osiemdziesiątym piątym, ale to
nie o nie chodzi.
Rumiana kobieta w średnim wieku wpłynęła bezszelestnie do
gabinetu i postawiła na stoliku przed kanapą tacę z dwiema
filiżankami kawy i cukiernicą.
- Dziękuję, pani Hudson - rzekł H, odprowadzając ją spojrzeniem
do drzwi. - Wszystkich jaj jest pięćdziesiąt cztery. Osiem z nich
zaginęło po rewolucji październikowej. Jedno zostało wywiezione
na zachód, w latach 60 sprzedano je w USA, a całkiem niedawno
pojawiło się na aukcji u nas, w Zjednoczonym Królestwie.
- Ale siedmiu pozostałych przecież nie odnaleziono - zauważył
Lampard.
H skinął głową.
- Zgadza się. Widzi pan, po rewolucji klejnoty carskiej rodziny
zostały wywiezione z Petersburga do Moskwy. Tam, na polecenie
Trockiego, Anton Faberge skatalogował całą kolekcję, fotografując
każdy klejnot, z jakiegoś jednak powodu w tym katalogu nie ma
siedmiu interesujących nas jaj, choć wiemy, że wywieziono je z
Petersburga w tym samym czasie i tym samym transportem. Również na
wystawie, urządzonej przez bolszewików w 1925 owe jaja były
nieobecne. Cała ta kolekcja biżuterii zaginęła w niewyjaśnionych
okolicznościach, niech pan sobie to wyobrazi, osiem, lub dziewięć
skrzyń klejnotów... plus oczywiście siedem jaj Faberge.
- Romantyczne - stwierdził Frank, z lubością popijając kawę,
która, musiał przyznać, była wyborna. - Niemniej jednak nie widzę
tu jeszcze odpowiedzi na pytanie co w tym wszystkim robię ja.
- Dojdziemy do tego - odparł H. Zwilżył gardło kawą, po czym
kontynuował. - Oczywiście, od czasu do czasu wypływały na
aukcjach jakieś drobiazgi...
- Tiara księżnej Marlborough? - podsunął Frank. Jego była
dziewczyna, Christine, miała kota na tle biżuterii i potrafiła o
niej gadać godzinami, pokazując mu zdjęcia co piękniejszych
egzemplarzy. Księżna Gladys i jej tiara jakoś utkwiły mu w
pamięci.
- Należała pierwotnie do rodziny carskiej, ale nie była częścią
skarbu, o którym mówię - odparł H. - Ten skarb leżał
nienaruszony, być może zapomniany, przez lata. Jednakże
najwyraźniej został odnaleziony, ponieważ ostatnio proponowano
kilkakrotnie, różnym bogatym osobom, nabycie jednego z siedmiu
zaginionych jaj Faberge, jak również innych klejnotów z carskiej
kolekcji. Drogą komedii błędów i pomyłek, którą MI6 nazywa
żmudnym śledztwem, ustalono, że owym tajemniczym oferentem jest
niejaki Nikita Fiodorow, rosyjski oligarcha, nie on jednak posiada te
klejnoty. To zaledwie pośrednik. Prawdziwym sprzedającym jest
Władimir Putin.
- Putin? Nie sądzę, żeby akurat jemu brakowało pieniędzy -
Lampard pokręcił głową.
- A jednak - rzekł H poważnie. - Otóż widzi pan, Rosja prowadzi
głęboko tajne badania nad... pewnym rodzajem broni, tak to
określmy. Są to jednak badania szalenie kosztowne, a ekonomia Rosji
nie wygląda tak cudownie, jak się nam to maluje, Putin nie może
sobie pozwolić na wyjęcie dwustu milionów dolarów z kasy państwa,
bo zdestabilizowałby sobie z kretesem równowagę finansową. Sam
nie jest w stanie wyłożyć takiej kwoty, więc próbuje innych
metod. A że kolekcja jest kradziona, legalna jej sprzedaż jest
niemożliwa, stąd sprzedawanie chyłkiem, za pomocą starego
przyjaciela Fiodorowa. I tu się zaczyna pańska rola.
- Mianowicie jaka? - brwi Lamparda uniosły się z zaciekawieniem.
- Otóż pewien idiota spalił nam siatkę wywiadowczą budowaną
wokół Fiodorowa. Pan jest człowiekiem bogatym, znacznie bogatszym
niż to prezentują media. Byłoby pana stać na kupno jednego jaja
Faberge. Ponadto jest pan dostatecznie inteligentny, żeby nie
spieprzyć całej akcji.
- Rozumiem - Frank spojrzał na H, zaplatając ramiona na swej nagiej
piersi. - Potrzeba wam autentycznie bogatego człowieka, bo jeśli
Fiodorow nie jest idiotą, sprawdza potencjalnych kupców.
Przebieraniec zostałby zdemaskowany w pięć minut. Co mam zrobić,
sprawdzić, gdzie on trzyma te klejnoty?
Tym razem gimnastyka twarzy H zaowocowała grymasem do złudzenia
przypominającym prawdziwy uśmiech.
- Właśnie tak, panie Lampard - rzekł. - Właśnie tak.
- Dobrze - Frank popił jeszcze kawy. - A właściwie dlaczego
miałbym to zrobić?
- Nie będę wygłaszał mów o obowiązku patriotycznym, jeśli tego
się pan spodziewa - odparł H. - Niech pan jednak dobrze zrozumie,
Ukraina nie syci apetytów Putina w najmniejszym stopniu, a owe
badania mogą dać mu do ręki potworną moc. Niech pan sobie
wyobrazi co by było, gdyby w roku 1939 fizycy na usługach Hitlera
zdołali skonstruować bombę atomową.
Lampard sobie wyobraził i nie potrafił opanować dreszczu zgrozy.
- Teraz jesteśmy w podobnej sytuacji, a dopóki nie zlokalizujemy
tego ośrodka badawczego, możemy tylko przeszkadzać w badaniach ile
się da. Braki finansowe mogą je bardzo spowolnić, musimy zatem
ukraść te klejnoty i oddać w ręce spadkobierców prawowitych
właścicieli.
- No dobrze - wizje atomówki w rękach nazistów nie chciały zejść
z oczu wyobraźni Franka. - Przekonał mnie pan, wchodzę w to.
Wyciągnął dłoń do H, ten ją uścisnął z właściwym sobie
kamiennym spokojem.
- Musi pan być jednak gotów na wszelkie poświęcenia, o narażeniu
życia nie wspomnę - rzekł. - Być może będzie musiał pan kogoś
uwieść, to niezwykle skuteczna metoda pozyskiwania informacji.
- Uwieść? I może jeszcze przelecieć?
- Jeśli zajdzie
taka konieczność, przeleci pan nawet Putina.
- Putin nie jest w
moim typie - odparł spokojnie Lampard
- To zamknie pan
oczy i będzie myślał o Anglii! - oznajmił H dobitnie.
- No trudno -
westchnął Frank. - Czy to już koniec tej rozmowy? Chciałbym
wreszcie włożyć majtki.
Podsłuchująca z ukrytego pomieszczenia szefowa MI6 odetchnęła z
ulgą.
_______________________________________________________________________________
Oddaję w wasze ręce rozdział pierwszy, z nadzieją, że się spodoba i dziękuję za wszystkie komentarze, które znakomicie wpływają na moje natchnienie ;)
A w bonusie Lampard i Loczek robią "Jaa pójdę górą, jaaa pójdę górą, a ty doooliiinąąąą!"
Martina

Putin coś kombinuje i jeszcze wykorzystuje do tego skarby carskie. Premier Cameron to idiota, na dodatek obrażalski. W sumie H nie miał tak głupiego pomysłu, żeby zrobić z Lampsa podwójnego agenta. A reszta to rozumiem przykrywki? Pięknie się wszystko układa. Ojciec Ludy to jakiś idiota, nie dość że męski szowinista to jeszcze myśli, że może ją zmusić do małżeństwa z dalekim kuzynem. A kuzyn inteligencją nadmierną również nie grzeszy. Mam nadzieję, że jednak Frank zrobi na niej lepsze wrażenie :D Czekam na następny!
OdpowiedzUsuńBoskie!
OdpowiedzUsuńMagda
Wow. Jestem naprawde bardzo pozytywnie zaskoczona tym pierwszym rozdzialem, bo wyszedl po prostu rewelacyjny. Nie wiem skad dokladnie sie u mnie wziela ta fascynacja rosyjskimi klimatami, ale lubie czytac tego typu rzeczy.
OdpowiedzUsuńJak mozna myslec, ze faceci sa lepsi od kobiet? Zdecydowane jest odwrotnie ;P Końcówka to juz w ogole mnie powalila, o tym jeszcze wspomne na koniec XD
Swietny rozdzial. Trzymaj sie cieplo ;*
Ty jesteś całkowicie i bezsprzecznie genialna!
OdpowiedzUsuńPutin nie jest w jego typie? No tak, to zamykamy oczy i za ojczyznę. Jakżeby inaczej. Widzę, że wzniosłe hasła padają. Ale nie powiem, to porównanie z Hitlerem mnie też zdecydowanie przekonuje. A więc Super Frankie Lampard musi wkroczyć do akcji. Kto, jeśli nie on, może uratować ten świat?
Rozpływam się nad Twoim geniuszem :D
buziaki :**