niedziela, 13 kwietnia 2014

Rozdział 2

 Ściana rozgrzanego powietrza uderzyła w twarze piłkarzy, gdy postawili pierwsze kroki na trapie samolotu. Słoneczny blask, odbijał się w całym mnóstwie szkła, metalu i innych lśniących elementów, z jakich składały się terminale na lotnisku Wnukowo, migotał w kadłubach samolotów i błyskał w szybach lotniskowych samochodów.
- O kurwa... - Terry zdzierał z siebie pospiesznie ciepły (i niezmiernie modny) wełniany kardigan. - Dlaczego tu jest tak gorąco?
- Bo jest lato - odparł Cech, jak zwykle rzeczowy i oszczędny w słowach.
- A po co ci ten sweter właściwie? - zapytał Lampard, zakładając ciemne okulary. - Ubrałeś się jak na biegun.
- No właśnie - Luiz sięgnął do paska od spodni kapitana Chelsea. - Pokaż, ciepłe gacie też masz?
- Nie rozbieraj mnie, ludzie patrzą! - warknął Terry, odskakując na bezpieczną odległość.
- A jak nie będą patrzeć, to mogę ci zdjąć portki? - Loczek prychnął śmiechem.
- Jak zmienisz płeć na damską - poinformował go Petr półgębkiem.
Trzej gracze Chelsea zachichotali, Terry jednak nie podzielał rozbawienia kolegów.
- Weźcie się ode mnie - burknął. - Przecież to jest Rosja, tu jest zawsze zimno! I te, białe niedźwiedzie chodzą!
- Gdzie? - Luiz rozejrzał się dookoła, po czym udał, że chce wskoczyć Terry'emu na ręce.
- No po ulicach! - upierał się John.
- Muszę pana rozczarować - rzekł miły, kobiecy głos. - Niestety, niedźwiedzie w Moskwie może pan zobaczyć tylko w zoo.
Odwrócili się jak na komendę w stronę tego głosu i zamarli.
Przed nimi stała piękna blondynka, w eleganckiej, lnianej sukience, której biel lśniła w słońcu niemal anielskim blaskiem. Fale jasnych włosów opadały malowniczo na tę biel, a także ujmowały w ramy urodziwą twarz, w której lśniło dwoje błękitnych oczu, obramowanych gęstymi rzęsami.
"Prawie jak jeziorka w oazie na pustyni" przeleciało Frankowi przez głowę. Aż zdjął okulary, by móc się lepiej przyjrzeć temu zjawisku.
- Ludmiła Fiodorowa - rzekło zjawisko, wyciągając dłoń.
Lampard chciał tę dłoń ucałować, ale ubiegł go Terry, przysysając się do gładkiej skóry nieznajomej, jak amazońska pijawka po półrocznym poście.
- John Terry, kapitan Moskwy - rzekł.
- Jest pan pewien? - zapytała Ludmiła z delikatnym rozbawieniem.
- Co? - zapytał nieuważnie Terry, zajęty studiowaniem jej dekoltu. Lampard delikatnie szturchnął go łokciem w żebra.
- Czy jest pan pewien, że jest pan kapitanem Moskwy? - Ludmiła rozwinęła pytanie, kątem oka patrząc na Franka. Miał piękne oczy, nawet piękniejsze niż na zdjęciach.
- A nie, nie jestem pewien - odparł Terry. - Znaczy nie jestem kapitanem. Znaczy nie Moskwy, jestem kapitanem Chelsea.
Petr Cech chrząknął znacząco.
- A to jest ten, Petr Luiz i David Cech - dodał John nieuważnie, wciąż zafascynowany Ludmiłą. - I ten, jak mu tam, Frankie.
Frank miał dosyć.
- Pani wybaczy naszemu kapitanowi, upał rzucił mu się chyba na mózg - rzekł. Wskazał na Petra. - To jest Petr Cech, obok niego David Luiz, a ja jestem Frank Lampard.
- Bardzo miło mi panów poznać i serdecznie witam na rosyjskiej ziemi - Ludmiła obdarzyła go promiennym uśmiechem.
- Nie będzie żadnej prasy? - David zwisł poufale z ramienia Cecha. - Fleszy, konferencji i innych wrzodów?
Lampard zabił go wzrokiem.
- Nie będzie - odparła rozbawiona Ludmiła. - Pomyśleliśmy, że zechcą panowie najpierw się zapoznać ze swoim apartamentem i naszym pięknym miastem, oraz oczywiście przekąsić co nieco. Konferencja prasowa przewidziana jest na jutro.
- Świetnie! - Luiz odczepił się od Petra i podskoczył jak gumowa piłeczka. - To od czego zaczynamy?
- Od udania się do limuzyny. O bagaże nie muszą się panowie martwić, zostaną dostarczone do waszego apartamentu. Proszę za mną.
Poszli za Ludmiłą. Terminal przywitał ich błogosławionym chłodem, jak również typowym lotniskowym gwarem. Terry specjalnie zostawał z tyłu, żeby móc gapic się bezkarnie na pośladki Ludmiły, co z niewytłumaczalnych powodów drażniło Franka straszliwie. Normalnie przyjmował erotomanię przyjaciela z olimpijskim spokojem, teraz jednak miał ochotę trzasnąć go w dziób.
Nie trzasnął, za to przy wyjściu na parking dla vipów zamknął mu szklane drzwi przed samym nosem. Zagapiony Terry wszedł na nie z całym impetem. Głuche "bonng!" poniosło się w lepkim, letnim powietrzu.
- Co mu się stało? - zapytała Ludmiła z profesjonalną troską, patrząc na Johna, przylepionego do szyby jak glonojad.
- Początki udaru - objaśnił Cech.
- Mózg mu paruje - rzekł smętnie David.
- Niech się pani nie martwi, posiedzi w chłodzie, to mu przejdzie - dodał Frank.
Nic nie mówiąc John Terry odkleił się od szklanych drzwi i dołączył do grupki na parkingu. Milczał kamiennie także w trakcie przejazdu potwornie luksusową limuzyną do apartamentu. Ponieważ zaś Petr Cech z natury był małomówny, ciężar konwersacji spoczął na Franku i Davidzie, chociaż prawdę mówiąc udział Lamparda polegał głównie na temperowaniu Loczka, zasypującego Ludmiłę pytaniami bez chwili wytchnienia. Taki już był ten Luiz, ciekawski, wszędobylski i nieco szurnięty, ale przy tym świetny kumpel, pomyślał Frank. Gdybyż jeszcze nie męczył tak tej cudownej istoty...
Cudowna istota odpowiadała na pytania Davida z niezmąconym spokojem, imponując Lampardowi wiedzą i elokwencją. W piłkarskim światku rzadko spotykało się kobiety z którymi można było porozmawiać, do futbolistów lgnęły raczej te, z którymi dało się robić właściwie tylko jedną czynność, tę uprawianą zazwyczaj w pozycji leżącej.
Apartament okazał się równie luksusowy i wypasiony jak limuzyna. Po przejściu przez hall, w którym czekały już bagaże, wchodziło się do dużego pokoju dziennego, wyposażonego w telewizor o rozmiarach Placu Czerwonego, stół bilardowy oraz bar, za który natychmiast wskoczył Luiz i wetknąwszy sobie za ucho jedną z tych malutkich parasolek do ozdabiania napojów, przyrządził na poczekaniu orzeźwiający, brazylijski koktajl, którego szklankę wręczył także Ludmile.
- Przepis po babci - rzekł z kamienną powagą, jednocześnie mrugając okiem.
Dalszych czworo drzwi prowadziło do czterech sypialni, z kórych każda wyposażona była we własną łazienkę oraz wielkie łoże z baldachimem i na żelaznej, misternie kutej ramie. Terry rzucił się na nie z rozmachem, aż jęknęły sprężyny.
- Miękkie - ocenił, kołysząc się lekko i puszczając oczko do Ludmiły. - Aż chciałoby się je lepiej przetestować, na przykład... z panią.
Frank rzucił Johnowi mordercze spojrzenie, po czym zwrócił się do Fiodorownej.
- Niech pani nie zwraca uwagi na tego idiotę, on zawsze tak - rzekł. - Podrywa wszystko, co się rusza, więc w towarzystwie tak pięknej kobiety jak pani, palma odbija mu już zupełnie.
Ze zdumieniem skonstatował, że na twarzy Ludmiły, nieporuszonej dotąd wszystkimi wybrykami Johna, pojawił się teraz lekki rumieniec.
- Dziękuję za ten miły komplement - rzekła. - Z każdego z pokojów można wyjść na taras i do ogródka, w którym znajduje się basen. W każdym z pokojów znajduje się telefon z zaprogramowanymi niezbędnymi numerami. Mój znajduje się pod cyfrą 1. Kiedy już panowie się rozgoszczą, proszę dać mi znać, a zabiorę panów na zwiedzanie dzielnicy i obiad. Chociaż wedle naszych zwyczajów będzie to kolacja.
Obdarzyła piłkarzy kolejnym promiennym uśmiechem i wyszła, zostawiając za sobą smugę subtelnej woni magnolii.
- Ale dupa - rzekł Terry, wpatrując się tęsknie w drzwi za którymi znikła. - Rżnąłbym jak drwal jodłę...
- Terry, czy ja mam zacząć dosypywać ci bromu do żarcia? - warknął rozeźlony Frank.
- A po co mi brom? - zdziwił się John. - Po tych suplementach naszego doktorka na pewno nie mam niedoborów.
Frank z plaśnięciem wyrżnął się dłonią w czoło, Loczek zaś zachichotał szatańsko.
- Żeby ci kuśka nie stała - wyjaśnił Cech. - Bo jak stoi, to nie myślisz.
- Właśnie - rzekł jadowicie Frank. - Daj tej dziewczynie spokój, ona na ciebie nie leci, poza tym jest tu w pracy. Wyrwiesz dwa tuziny innych, jak będziesz chciał.
John poderwał się z łóżka, wyraźnie obrażony.
- A skąd wiesz, że nie leci? - zapytał. - A może właśnie ma kilo w gaciach na mój widok? Poza tym od kiedy stałeś się takim nudziarzem? Kiedyś sam lubiłeś się rozerwać!
- Ale dorosłem! - wrzasnął Frank. Wypadł wielkimi krokami z sypialni, dopadł do baru i dwoma haustami pochłonął szklenicę koktajlu Loczka. - Mniam, dobre. Ty, David, ty masz takie ukryte talenta, a się nie przyznajesz?
- Jestem tajemniczy - oznajmił Loczek, kryjąc twarz za wielkim liściem doniczkowej rośliny. - I mam wiele twarzy.
Zwiedzanie pierwszego dnia ograniczyło się głównie do zwiedzania Crocus City Mall, centrum handlowego oferującego takie produkty pierwszej potrzeby jak torby i torebki od Vuittona, buty od Blahnika, obłędnie droga biżuteria, luksusowe perfumy i odzież od najmodniejszych i najdroższych projektantów. Obwieszeni torbami panowie odjechali limuzyną, by zostawić nabytki w apartamencie, potem zaś pozwolili się uwieźć Ludmile do restauracji "Woland" na, jak zapowiedziała dziewczyna, skromną rosyjską kolację.
Skromna rosyjska kolacja ogłuszyła piłkarzy ze szczętem. Elegancki maitre d'hotel poprowadził ich wśród nastrojowej muzyki poprzez sale jakby żywcem wyjęte z prozy Czechowa i Dostojewskiego, a oświetlone wyłącznie świecami, do oczekującego na nich stołu. A stół ten uginał się od jedzenia.
Liczne półmiski i talerze zawierały w sobie między innymi dziwne placki, które kelnerka nazywała blinami, podawane z obłędnie gęstą kwaśną śmietaną i cieniutkimi plasterkami wędzonego łososia, górę kawioru, przyrządzonego w jakiś tajemniczy sposób jesiotra, pieczeń z jelenia z prawdziwkami na zimno, a także miseczki zupy o egzotycznej nazwie okroszka. Wszystko wyglądało i pachniało przecudownie, tak, że wszystkim, jak na komendę, zaczęło burczeć w brzuchach.
Lampard rozejrzał się za Ludmiłą, ale jej już nie było, zniknęła gdzieś niczym piękny sen. Westchnął więc i oddał się rozkoszom podniebienia, zwiększanym jeszcze wybornym winem, importowanym z Krymu.
Co było łatwe do przewidzenia Terry zaczął uderzać od razu do kelnerki, ta jednak przytomnie zauważyła, że piłkarz nosi obrączkę i tym ucięła niechciane zaloty.
- Dlaczego ty się nie możesz ustatkować, John? - krymskie wino wywołało u Cecha rzadki atak rozmowności. - Masz żonę, dzieci, a latasz za babami jak pies.
To wywołało perorę ze strony Terry'ego.
- Bo wiecie, wierność jest nudna - wywnętrzniał się między jednym blinem, a drugim. - Ciągle ta sama twarz, te same cycki, ten sam ot...
- Wystarczy, John, już załapaliśmy - Petr spróbował uciąć wynurzenia kapitana.
- Rozumiecie, jak mnie taka kobieta uwodzi, aż chce żebym ja ją, no tego - John wepchnął sobie do ust kawałek jesiotra. - No cho... ummm, pycha. No to jak ja jej mogę powiedzieć "nie"? Nie potrafię odmówić żadnej kobiecie!
- Innymi słowy nie potrafisz zapanować nad własnym fiutem - mruknął kąśliwie Lampard.
- Bo fiut Terry'ego ponosi - rzekł Loczek, oblizując skrzętnie wąsik z kwaśnej śmietany. - Jak dziki mustang. Iiiiihaaa!
- Wszystkich dziewczyn nie zaliczysz, ale próbować warto - rzekł sentencjonalnie Terry, sięgając po grzankę.
- Powinieneś zapisywać te światłe przemyślenia - Frank spojrzał z ukosa na kumpla, sponad widelca załadowanego jeleniną. - A potem opublikować je drukiem.
Luiz zamarł z natchnionym wyrazem twarzy.
- "Droga łóżkowego wojownika" - wygłosił namaszczonym tonem. - Albo nie, "Złote myśli, kuśką pisane"!
Terry zarżał rozgłośnie, klepiąc się z uciechy po udach, natomast Lampard zadławił się z wrażenia kawałkiem mięsa. Machał przez chwilę bezradnie rękami, kaszląc i czując, jak oczy wychodzą mu z głowy, aż wreszcie Petr wyrżnął go litościwie w plecy, przywracając mu tym normalne oddychanie.
- Kurwa, ja się zacznę ubezpieczać na życie przed każdym posiłkiem z wami - wysapał Frank. - Albo niech mi Roman zacznie płacić dodatek za pracę w niebezpiecznych warunkach. Kuśką pisane?!
- Mam kolejną myśl, więc niech który rozepnie rozporek. Uwaga: ciało raz puszczone w ruch, puszcza się cały czas - rzekł Terry smakowicie, równocześnie nakładając sobie kawior na grzankę i taksując tyłek przechodzącej kelnerki. - Gdzie jest to bóstwo, co nas tu przywiozło? Wpadłem na genialny pomysł!
Genialny pomysł Johna okazał się propozycją spędzenia nocy, która jeszcze nie zapadła, ale coraz poważniej zamierzała, bo słońce wisiało już niziutko nad dachami Moskwy, na dyskotece, najlepiej w jakimś modnym klubie.
Ludmiła zabrała ich na ulicę Twerską, leżącą w samym sercu Moskwy, do klubu o nieskomplikowanej nazwie Tema Bar. Chociaż zwykłemu śmiertelnikowi trudno tam załapać się na stolik, na nich oczekiwała już loża. Panowie przysiedli zaledwie na chwilę, wypili po drinku, po czym Terry, kręcąc kuprem na lewo i prawo, podążył na parkiet, za nim zaś w podskokach poleciał Loczek, a niezliczone sprężynki na jego głowie podskakiwały razem z nim. Cech ogarnął jednym spojrzeniem sytuację, dostrzegł maślane oczy wpatrzonego w Ludmiłę Lamparda i z westchnieniem poszedł za kolegami. Tych dwóch czubków nie należało puszczać luzem.
- Pani pracuje w Fundacji Fiodorowa - zagaił Frank, ledwie odnotowawszy nieobecność kolegów. - To przypadkowa zbieżność nazwisk, czy łączy panią coś z założycielem fundacji?
- Najzupełniej nieprzypadkowa - odpowiedziała Ludmiła. - Nikita Fiodorow to mój ojciec.
Frank nastawił uszu.
- Pani ojciec jest miłośnikiem futbolu? - zapytał.
- Niespecjalnie - Ludmiła uśmiechnęła się lekko, wywołując tym nową falę rozmaślenia u Lamparda. - Wierzy jednak, że młodzież trzeba czymś zająć, aby nie zeszła na złą drogę. No i nie wolno marnować talentów.
- A pani? - błękitnozielone oczy Franka spojrzały wprost w niebieskie oczy dziewczyny. Poczuła, że gdzieś w głębi jej ciała rodzi się strumień gorąca.
- Co ja? - zapytała, gubiąc zupełnie wątek.
- Czy lubi pani piłkę nożną?
"To jest klient" pouczyła samą siebie w myślach Ludmiła. "Nie możesz sypiać z klientami, więc przestań się na niego napalać".
- Nie znam się na piłce - odparła chłodno.
- Powinna pani kiedyś pójść na mecz - rzekł Frank rzewnie, nie bardzo wiedząc co mówi. - To niesamowi...
Wrzaski z parkietu i wibrujący w kieszeni telefon przerwały mu w pół zdania. Klnąc w duchu na czym świat stoi Lampard wydłubał aparat i spojrzał na ekran. Nowa wiadomość. Na parkiecie ktoś się kłócił, leciały bujne wiązanki przekleństw rosyjskich i angielskich, piszczała też jakaś kobieta.
SMS był od Cecha, zawierał tylko jedno słowo.
"Terry".
Frank błyskawicznie skojarzył rejwach i wiadomość od Petra. Poderwał się od stolika, przechylił przez barierkę i wyjrzał na parkiet.
Oczywiście. W centrum zamieszania znajdował się jego wieloletni kumpel, awanturujący się z wysokim, barczystym typem, o wygolonej głowie.
- Terry rozrabia, przepraszam - rzucił, startując w kierunku parkietu.
Biegnąc na dół uświadomił sobie, że on tego faceta tak właściwie zna. To był jeden z graczy Spartaka Moskwa, któremu Terry dawno temu przeleciał na jakiejś imprezce dziewczynę. Teraz jego aktualna partnerka, cycata blondynka z szopą tlenionych włosów (tak z połowa była sztuczna), chowała się za jego plecami, Rosjanin zaś wygrażał Terry'emu, bluzgając strugą międzynarodowych przekleństw.
Terry nie pozostawał mu dłużny, a wulgaryzmy, jakie miotał, przyprawiłyby nawet zawodowych żołnierzy o bladość lica. Miał wyraźną ochotę przejść od słów do czynów i przylutować przeciwnikowi, jednak uniemożliwiali mu to Loczek i Cech, mocno trzymający go pod ręce.
- Cisza! - huknął Lampard, niczym starszy sierżant. - John, co tu się dzieje?
- Ten skurwysyn macał moją Vanessę! - ryknął ten ze Spartaka. - Mało ci, chuju, było, żeś moją byłą we wszystkie otwory wyruchał?
- Sama chciała! - odwrzeszczał Terry, szarpiąc się gwałtownie. - W zęby mi te swoje balony pchała!
- Akurat! Patrzcie go! Ja chciałam!- rozwścieczona Vanessa ujadała niczym pekińczyk. - Do kibla szłam, nos przypudrować, a on mnie za tylek złapał, oblech jeden! A jak się odwróciłam, żeby mu w mordę dać, to złapał za cycki!
- John, przeproś panią i wychodzimy - oznajmił Frank przez zęby.
- Za co?! - żachnął się Terry.
- Przeproś, powiedziałem - spojrzenie jakie Lampard posłał przyjacielowi kwalifikowało się w pełni jako broń masowego rażenia.
- Puśćcie mnie - zażądał Terry.
Luiz i Cech uwolnili go z uścisku. John roztarł ramiona, po czym wyciągnął dłoń do Vanessy.
- Przepraszam - rzekł.
Dziewczyna boczyła się przez chwilę, potem ujęła jego dłoń.
- Przeprosiny przyjęte - oznajmiła.
- Świetnie! - ucieszył się Terry i zanim ktokolwiek zdołał go powstrzymać, chwycił Vanessę w objęcia.
- Wot, bliadskij syn, zabieraj łapy z jej tyłka! - ryknął zawodnik Spartaka, startując do Terry'ego. Ten odepchnął od siebie dziewczynę i ruszył na Rosjanina. Byliby się pobili, ale zanim do tego doszło, biała, zwinna postać znalazła się znienacka między nimi i dwoma zwinnymi ruchami oraz jednym kopniakiem powaliła Moskwianina. Terry zaś nadział się na pięść Lamparda i krwawiąc z nosa spłynął na podłogę.
- Frank? - jęknął rozżalony. - No co ty, kurwa?
Ludmiła tymczasem postawiła nogę na leżącym Rosjaninie i powiedziała mu parę słów w języku ojczystym, od których pobladł jak płótno. Podniósł się bardzo pospiesznie z parkietu, ujął Vanessę za łokieć i wywlókł z sali, niemal biegnąc. Tłumek, dotąd skupiony wokół zwaśnionych piłkarzy, teraz zafalował i się rozproszył.
- Nieźle załatwiłaś tego gościa - stwierdził Frank, patrząc na Ludmiłę z podziwem. - Trenowałaś coś?
- Taekwondo - odpowiedziała. Zarumieniona, z włosami w nieładzie, wyglądała, zdaniem Lamparda, jak nimfa, nawet w trupim oświetleniu dyskoteki. - Nikt się nie dowie o tym incydencie, ale musicie lepiej pilnować tego idiotę - wskazała ruchem głowy Terry'ego, który już wstał i właśnie tamował krwotok z nosa serwetkami, przyniesionymi przez uczynnego Loczka. - No i sami nie rozrabiajcie.
- Ja tam się wychylał nie będę. Wolę ci nie podskakiwać, bo jesteś straszna - Luiz udał, że chowa się za Cechem. - A Petr jest zawsze grzeczny.
- To fo, bawiby zie dalej? - zapytał Terry.
- Nie, zwijamy się stąd - oznajmił Lampard. - I żadnych, kurwa, więcej dyskotek.
Podróż do apartamentu w Rublowce minęła w nastroju minorowym. Frank miał straszliwą ochotę, by porozmawiać z Ludmiłą, ale ona wisiała przez całą drogę na telefonie, sprzątając bałagan, którego narobili w klubie, kiedy zaś przyjechali do apartamentu nie dała się namówić na kawę, ani żaden inny napój i pojechała zaraz do siebie.
Oczywiście, tłumaczył sobie starannie Frank, jego zainteresowanie Ludmiłą wynikało z pobudek czysto patriotycznych. On wcale na nią nie leciał, nie miał ochoty dotknąć jej włosów, ani tej gładkiej, białej skóry, co to, to nie. On tylko chciał się zbliżyć do Fiodorowa, a Ludmiła była przecież jego córką. Frank Lampard robił to wszystko dla Anglii!
- Jesteś chujem, tyle ci powiem - oznajmił Terry, rzucając się na kanapę w salonie. - Musiałeś mnie walnąć w ryja? Będę miał jutro pizdy pod oczyma!
- Ja jestem chujem? Ja? - podminowany i nie wiedzieć czemu nieszczęśliwy Frank nie wytrzymał. - A kto, kurwa, narobil wiochy w dyskotece? Ja? Ja macałem tę cycatellę po dupie na oczach jej chłopa?
- Daj spokój, Frank - zainterweniował Cech. - Jutro pogadacie.
- Czy ja sobie kawałka dupy zmacać nie mogę? - zbulwersował się Terry. - O co ci właściwie chodzi?
- A musiałeś to robić przy jej facecie? Musiałeś, w ogóle, robić to z zajętą laską? Wolnych nie było? - Lampard wybuchł jak mina typu Claymore. - I dlaczego, do kurwy nędzy, znowu muszę świecić przez ciebie oczyma? Co chwilę coś odpierdalasz, a ja potem muszę się za ciebie tłumaczyć!
- Kiedy musiałeś się za mnie tłumaczyć? - wrzasnął John, czerwieniejąc jak pomidor. - No kiedy?
- Kłótnia małżeńska w toku - mruknął Loczek do Petra.
- No - odparł Petr. - Mogą talerze latać.
- Nie pamiętasz? To ja ci, kurwa, odświeżę pamięć! - Frank przyskoczył do kumpla z zaciśniętymi pięściami. - Jak nazwałeś brata Rio pierdoloną czarną pizdą! A ja, kurwa, potem, nie wiedziałem, jak wyjaśnić Rio, dlaczego kumpluję się z pieprzonym, rasistowskim bucem! I tak jest, kurwa, cały czas!
To rzekłszy Lampard wyszedł z salonu i pomaszerował do swej sypialni, ostentacyjnie zatrzaskując za sobą drzwi.
- Obraź się, obraź! - wrzasnął za nim Terry. - Królewna Pizdolona!
Zerwał się z kanapy, sapnął i sam poszedł spać, również trzaskając przy tym drzwiami.
- No to będą ciche dni - podsumował Cech. - Idę spać. Ty też powinieneś, młody.
- Jakoś nie mam ochoty - rzekł Luiz, szperając za barem. - Ale dobranoc ci, Peterku.
- Dobranoc.
David rozłożył się na kanapie z paczką żelków i zaczął skakać po kanałach, z nadzieją, że znajdzie coś ciekawego. Telewizja okazała się boleśnie nudna, a napompowane silikonem i innymi wypełniaczami kobiety, z reality show na który przypadkiem trafił, były wręcz przerażające. Wyłączył telewizor i zamknął oczy.
Z uchylonych drzwi na taras płynęły do niego aromaty letniej nocy. Woń rozgrzanej ziemi, zapach świeżo skoszonej trawy, wody i słaby aromat jakichś kwiatów. David przeciągnął się i spojrzał na zegarek.
- Wpół do drugiej w nocy - stwierdził. - Idealna pora na mały spacerek!
Wyszedł do ogrodu, pochodził między rabatkami i stwierdził, że chętnie poszedłby dalej. Nie zaprzątał sobie głowy szukaniem furtki, pokonanie płotu nie stanowiło przeciez problemu dla człowieka tak wysportowanego jak on. Zeskoczył na trawę po drugiej stronie ogrodzenia, odetchnął pełną piersią, po czym pomaszerował cichymi i wymarłymi o tej porze ulicami Rublowki. Jedna była podobna do drugiej, wszystkie wiły się tak samo pośród gęstych żywopłotów, osłaniających luksusowe rezydencje.
Maszerował tak, nucąc cicho pod nosem i podskakując od czasu do czasu, aż wreszcie jego oczy dostrzegły upragnioną odmianę. Przed nim bowiem znajdowała się brama, z misternych, żelaznych wywijasów, wiodąca do parku. David przeszedł przez nią i zagłębił się w mrok pod drzewami. Było tu tajemniczo i bajkowo, a świecące latarnie jakimś sposobem tę całą tajemniczość jeszcze powiększały. Przez chwilę miał wrażenie, że trafi do jakiegoś zaklętego zamczyska, w którym spać będzie piękna księżniczka, a on ją zbudzi czułym pocałunkiem. Albo łaskotaniem pod brodą.
Jasny żwir, jakim wysypane były alejki, chrzęścił pod jego stopami. Gdzieś w koronie któregoś z drzew odezwał się zaspany puszczyk. Na polance, porośniętej trawą, wyglądającą w mroku jak ciemny plusz, stała sobie pergola, po której pięła się obsypana gęsto kwiatami pnąca róża. Wyglądała jak idealne miejsce na spoczynek, przynajmniej zdaniem Loczka.
- Znam ze snu, twe usta i oczy twoje znam - zanucił, moszcząc się pod pergolą różaną tak, żeby móc obserwować przeświecające między gałęziami gwiazdy. Kiaty pachniały odurzająco i David sam nawet nie wiedział, kiedy zasnął, snem kamiennym.
Rumiany brzask powlókł właśnie niebiosa na wschodzie, gdy Zoja dotarła do parku. Lubiła skracać sobie tędy drogę do swojego, niezwykle skromnego jak na warunki Rublowki, domu. Spędziła całkiem przyjemną noc, najpierw na kolacji z marszandem, który koniecznie chciał wystawiać jej obrazy w USA, potem zaś biegając z aparatem fotograficznym, spoczywającym teraz w futerale, który obijał jej biodro, po Rublowce nocą i strzelając zdjęcia. Fotografia była jej hobby od dawna i pozwalała jej umysłowi odpocząć od malarskich wizji, które tłoczyły się w nim dniem i nocą.
- Znam ze snu twe usta i oczy twoje znam - śpiewała, tańcząc po alejkach, a zwiewna, jasnozielona sukienka falowała wokół jej szczupłych nóg. - Jak we śnie tę samą masz postać, nawet uśmiech ten sam, Zawsze tylko śnie, Niech wreszcie ten sen nie będzie snem, Proszę zostań tu, Nie wracaj do snu, Na jawie mi mów, Jak w każdym ze snów, Że ko...
Pod pergolą, wyzłoconą pierwszymi promieniami słońca coś zaszeleściło.
- ...cham cię - dokończyła Zoja pospiesznie i niemelodyjnie.
Wśród róż coś ziewnęło i na światło dzienne wychynęła ni to głowa, ni to strzecha, natkana gęsto drobnymi gałązkami, suchymi liśćmi i kawałkami kory.
- Jezus Mario, licho leśne! - wrzasnęła Zoja, której przypomniały się wszystkie straszne opowieści o niegrzecznych dzieciach porywanych przez licho, jakimi ongiś raczyła ją babcia. - Paszło precz!
I podkasując kieckę, rzuciła się do panicznej ucieczki. David zdołał jeszcze zobaczyć, jak dziewczyna przeskakuje nad klombem pelargonii z wdziękiem gazeli i znika za zasłoną bujnej zieleni.
- Ale dlaczego uciekłaś? - zapytał smutnie, wyjmując z włosów zeschły liść.
___________________________________________________________________________
Jest drugi rozdział, mam nadzieję, że wam się spodoba. Panowie się, jak widać, rozgościli w Rosji i kto wie co z tego wyniknie...


"No dlaczego ona uciekła?" zastanawia się David Luiz.

Martina



4 komentarze:

  1. O jaki biedny, smutny Loczek! Wcale nie wygląda jak licho leśne :D
    John to kretyn i nie dziwię się Frankowi, że się na niego obraził. Przyjaźń z takim debilem jest bardzo toksyczna, na szczęście Ludmiła jakoś poradziła sobie z sytuacją. Franiu się chyba zauroczył :D <3 Będą rrrromanse, niuanse...

    OdpowiedzUsuń
  2. Haha :) Zabiła mnie końcówka :P Biedny Loczek.
    Lampard jak widzimy bardzo chce przystąpić do akcji i zbliżyć się do Ludmiły - oczywiście po to, żeby zbliżyć się do Fiodorowa. W każdej chwili myśli o ojczyźnie!
    No i jeszcze kapitan. Terry. Wyraża więcej, niż tysiąc słów. Sms od Cecha idealnie to udowodnił.
    buziaki :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Let me Love You Loczek :D W rrramiona ją wziąć i przetańczyć z nią caaaaaaałą noc :D Kocham Loczka kocham no :D Jak lubić Terrego skoro to taki cham co? Ludmiła jest całkiem fajna ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Terry, kapitanem, no ja się zastanawiam jak to możliwe ponieważ śmiem powątpiewać w to, że on potrafi się zachować, w jakiejkolwiek by się nie znalazł sytuacji. Lamps tylko musi świecić za niego oczami bo John przyciąga kłopoty niczym magnes. lodówka jaką w tym przypadku symbolizuje jego żona i dzieci nic nie pomaga, niestety. nie odciąga go od nich na własną rzecz hahah wtf o.O
    nie wiem co ja gadam dzisiaj. jak sobie wkomponowałam ową minę Davidka w swoje wyobrażenie końcówki to jeszcze weselej mi się zrobiło ;)
    do kolejnego. pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń