Długie, szkarłatne paznokcie z zaciekłością atakowały kremową
klawiaturę designerskiego laptopa w rózowej obudowie. Pod nogami
Jekateriny Krupskiej, niegdyś znanej aktorki rosyjskiego filmu i
telewizji, teraz zredukowanej do żałosnej roli małżonki
oligarchy, palił się grunt. Czas był najwyższy na opracowanie
jakiejś strategii ratunkowej.
Jekaterina spojrzała na swoje odbicie w lustrze, wiszącym nad
rokokowym biureczkiem przy którym siedziała. Zmarszczki pod oczyma
pogłębiały się nieubłaganie, a w kącikach pojawiały się nowe.
Nie dało się tego ukryć, Katia Krupska, dawny anioł Petersburga,
osiągnęła dojrzały wiek lat czterdziestu czterech. Jeśli miała
urodzić swojemu mężowi, temu parszywemu bucowi, Nikicie
Fiodorowowi dziecko, musiała jak najszybciej zajść w ciążę.
Kiedy za niego wychodziła, choć budził w niej wstręt, miała
nadzieję, że ten potężny magnat zapewni jej spokojne, błogie i
przed wszystkim luksusowe życie. Cena wydawała się niewielka, ot,
urodzić dziecko płci męskiej. Jekaterina nie miała wtedy pojęcia,
że ten rudy wieprz jest jałowy jak... jak obrady Komitetu
Centralnego i absolutnie niezdolny do spłodzenia potomka.
A czas nieubłaganie płynął, płodność Jekateriny miała
niedługo przekroczyć termin przydatności do użycia, Nikita zaś
jął wykazywać coraz wyraźniejsze oznaki zniecierpliwienia. Katia
była dostatecznie inteligentna, by wiedzieć, że gdy owo
zniecierpliwienie osiągnie apogeum, ją będzie czekać rozwód,
równoznaczny w tym wypadku z ruiną finansową, albo jeszcze gorzej,
nieszczęśliwy wypadek, a potem wystawny pogrzeb. Żadna z tych
opcji nie przypadała jej do gustu.
I wtedy Opatrzność zesłała Jekaterinie szurniętą siostrę
Nikity, Alonę Romanową. Była ona sporo starsza od Nikity, z punktu
widzenia Krupskiej zatem plasowała się w kategorii wiekowej "stara
mumia". Jak na mumie była jednak niezmiernie żywotna,
przeraźliwie energiczna, sama prowadziła samochód i do tego
nieustannie gadała, a język miała ostry jak brzytwa.
Jekaterina wróciła tego dnia z zakupów, wściekła do
nieprzytomności, kilka chwil później zaś przez służących i
ochronę przedarła się bezkompromisowo Alona i niczym barwny
tajfun, złozony z pastelowego kostiumu i wielkiego kapelusza
przybranego kwieciem z jedwabiu, wtargnęła do salonu.
-Witaj złotko, nie będę mówić, że się cieszę z twojego
widoku, bo wszystko ma swoje granice, uprzejma nieszczerość też,
ale nie martw się ja wpadłam tylko na chwilkę, zostawić książkę
dla Ludeczki, mojej siostrzenicy, a co to ty taka skwaszona siedzisz,
jakby ci kot w torebkę nasikał? - starsza pani zdołała wymówić
to wszystko na jednym oddechu.
- Zdenerwowałam się - odparła kwaśno Jekaterina. - Zamówiłam
tydzień temu mój ulubiony puder, ten z macicy perłowej i jeszcze
go nie mają.
- Nie pomoże puder, róż, kiedy lico zwiędło już - zaintonowała
Alona. - A ty uważaj, kochanieńka, bo ten mój braciszek, świnia
podła, już nogami do wyjścia przebiera, za młodszymi się
ogląda...
- Wiem - odparła Jekaterina jeszcze kwaśniej.
- To ty tak nie siedź kochana, tylko znajdź jakiegoś kowboja, co
cię na oklep poujeżdżać zechce, będzie dziecko, to i Nikusiowi
fochy przejdą od razu! No cóż ty tak na mnie patrzysz, myślisz,
że ja nie wiem, że ten mój braciszek ślepakami strzela, dużo
huku, ale efekt żaden?
Kiedy Jekaterina zastanawiała się co właściwie odpowiedzieć, do
salonu zajrzała Ludmiła.
- Ludeczka, kochanie, tę książkę, co o nią prosiłaś ci
przywiozłam, o carskich jubilerach, tak, kochana, nikt takiej
biżuterii w całej Europie, a nawet na świecie nie miał jak
Romanowowie, ale zaraz, gdzie to ja... No widzisz, jaka ja
roztrzepana jestem, w samochodzie zostawiłam, chodź to
zabierzesz...
Nieustający potok wymowy cichł w miarę jak Ludmiła i Alona
Romanowa oddalały się hallem, tymczasem jednak pomysł starszej
pani padł na żyzną glebę umysłu Jekateriny i zapuścił tam
korzenie. Teraz zaś miał zakwitnąć, by, taką nadzieję miała
Krupska, za dziewięć miesięcy wydać upragniony owoc.
Bal, który Nikita postanowił wydać na cześć sportowców z
Chelsea, dzień po ich przyjeździe, był dla jego żony jak
zrządzenie losu. Teraz mogła bez wysiłku i mnożenia pretekstów
dopiąć swego, tylko należało wybrać właściwego osobnika.
Dlatego więc Jekaterina Krupska szczegółowo przeglądała w
internecie życiorysy czterech piłkarzy.
Lampard... Ciasteczko, schrupałaby go, gdyby dysponowała pełną
wolnością, ale do jej celów niezupełnie się nadawał. Spłodził
dzieci, owszem, ale dwie córki. Minus. Kawaler i bez partnerki,
jeszcze większy minus. Sprawa wymagała dyskrecji, singiel stanowił
ryzyko, że coś się wydostanie w świat.
Jekaterina obejrzała następnego kandydata, Petra Cecha, uśmiechając
się z aprobatą na widok jego nagiego zdjęcia, wykonanego gdzieś w
szatni. Piękny tyłeczek, apetyczne ciało, do tego żonaty i ma
syna, oprócz córki. Byłby idealny, gdyby nie emanował taką,
wręcz przeraźliwą, solidnością i rzetelnością. Poderwanie tej
dwumetrowej czeskiej kolumny wierności wydawało się bliskie
niemożliwemu.
David Luiz odpada w przebiegach, nie daj Boże dziecko
odziedziczyłoby te murzyńskie loczki i jak ona by to wytłumaczyła
mężowi? Poza tym kawaler, bez dziewczyny, do bani.
Życiorys ostatniego z piłkarzy sprawił, że Jekaterinie
rozśpiewały się w uszach chóry anielskie. Tak! To jest ten!
Idealny! Syna ma, jest żonaty, więc gębą kłapał nie będzie, do
tego lubi numerki na boku, zatem dobranie się do jego rozporka nie
będzie stanowić problemu, urodą od Fiodorowów za bardzo nie
odbiega... Tylko on i żaden inny!
Przyszedł czas na inne decyzje. Jekaterina zatrzasnęła laptopa i
otworzyła na oścież swą garderobę.
Co włożyć na ten bal? Jak skusić tego Anglika?
Jak uwieść Johna Terry'ego?
- Wystarczy, zasadniczo, mieć cycki - rzekł leniwie David Luiz,
zwisający malowniczo z kanapy, w salonie piłkarskiej kwatery. - I
Johnny już leci, jak dzieciak co zobaczył lizaka. Nieskomplikowany
z niego gość.
Siedzący w fotelu Cech uśmiechnął się znad kufla z piwem, które
było jego jedyną słabością.
- A ty, młody? - zapytał. - Na co ty lecisz?
Loczek zarzucił stopy na wiszącą półeczkę, zwiesił głowę z
kanapy i spojrzał na kumpla do góry nogami.
- Właściwie to nie wiem - wyznał. - Jeszcze takiej nie spotkałem,
żeby no wiesz.
- No nie wiem? - łagodnie zachęcił Cech, po czym pociągnął z
lubością tęgi łyk ulubionego napoju.
- No żeby była moją księżniczką. Taką, żebym był gotów
smoki dla niej mordować, czyli no, rozumiesz, metaforycznie - David
przybrał gwałtownie pozycję siedzącą, wprawiając półeczkę w
kołysanie i zamiatając przy tym efektownie lokami. - Żebym był
dla niej gotów na największe poświęcenia!
Tu chwycił kij bilardowy i składając nim się jak kopią,
zaszarżował na bar, mający zapewne wyobrażać smoka.
- Mam nadzieję - odezwał się od progu głos niewieści - że
pańska wybranka nie będzie musiała mieszkać w wieży. Okropnie
trudno je ogrzać, no i te przeciągi...
Loczek zrazu poczerwieniał, niepewny, czy Ludmiła nie mówi serio,
wystarczyło jednak tylko jedno spojrzenie na jej roześmiane oczy,
by odgadł, że żartowała. Z poważną miną zasalutował jej kijem
bilardowym jak mieczem, po czym udzielił odpowiedzi na zadane
pytanie.
- Jeśli wieża, to wyłącznie nowoczesna i z klimatyzacją! -
rzekł.
- W takim razie zazdroszczę tej, która zdobędzie pana serce -
Ludmiła ujęła palcami rąbki swej szarobłękitnej, zwiewnej,
letniej sukienki i dygnęła wytwornie. Szaleństwo Loczka było
najwyraźniej zaraźliwe.
- Niech pani usiądzie, bardzo proszę - otumanionego ogólną
atmosferą Średniowiecza Cecha znienacka odblokowało. Zerwał się
gwałtownie z fotela, nieomal oblewając się piwem, po czym
zamaszystym gestem wskazał dziewczynie kanapę.
- Dziękuję - odparła Ludmiła, wchodząc w głąb salonu. -
Chętnie bym skorzystała z zaproszenia, ale wpadłam tylko na
chwilę...
- Ej, leszcze, kto mi zajumał dezodorant?! - wściekły Terry,
owinięty wokół bioder ręcznikiem i mokry, wpadł do salonu. Na
widok Ludmiły zahamował gwałtownie, poprawił ręcznik i
uśmiechnął się szeroko. - Ach, nasz piękny anioł zawitał...
Ludmiła przezornie schowała dłonie za soba, na wypadek, gdyby John
znów usiłował je całować.
- Chciałam się upewnić, że panowie pamiętają o dzisiejszym balu
i sprawdzić, czy niczego wam nie brakuje - odparła dyplomatycznie.
- Bal - Loczek podrapał się po kudłatej głowie. - Chyba nie
wyjąłem smokinga z walizki. Czy tu jest żelazko? - z tymi słowy
wypadł z salonu jak rączy jeleń.
- Gdy jest tu pani mamy wszystko, czego nam trzeba - zapewnił Terry,
przysuwając się do Ludmiły.
Cofnęłaby się, gdyby mogła, ale za sobą miała opuszczony przez
Cecha fotel.
- Terry - bramkarz Chelsea zamruczał ostrzegawczo, jak poirytowany
niedźwiedź.
- Wygląda pani jak prawdziwy anioł, prosto z nieb, w tej sukni
koloru obłoków - kapitan Chelsea sięgnął po tanie metafory,
przysuwając się tak blisko, że Ludmiła się niemal przegięła
przez oparcie fotela. - Pani usta muszą smakować jak prawdziwa
ambrozja...
- Terry, przeginasz - duża dłoń Cecha spoczęła na barku
kapitana. Ten strząsnął ją jak muchę.
- A co tu się, do jasnej cholery, wyprawia? - władczy głos
zagrzmiał nagle gniewnym forte w salonie.
W otwartych drzwiach do ogrodu stał Frank Lampard, odziany wyłącznie
w kąpielówki, z ciałem lśniącym od wilgoci, co wskazywało
niezbicie iż przed chwilą pływał w basenie.
- Nie teraz, Frankie - rzekł Terry nieuważnie, pochylając się nad
wygiętą w artystyczny łuk Ludmiłą. - Zajęty jestem, nie
widzisz?
Petr Cech wzniósł tylko oczy do niebios, natomiast Lampard
zareagował znacznie gwałtowniej. Dwoma susami znalazł się przy
Terrym, chwycił go jak szczeniaka za kark i odrzucił tak mocno, że
kapitan potoczył się pod stół bilardowy, gubiąc po drodze
ręcznik.
- Przepraszam panią najmocniej za tego nachalnego buraka - rzekł
Frank, pomagając Ludmile wrócić do pionu. Dziewczyna spojrzała na
jego nagi, muskularny tors i spłonęła rumieńcem.
- Nic się... - zaczęła.
- Licz się ze słowami, Lampard! - wrzasnął Terry, zrywając się
na równe nogi. - I przestań się wreszcie wpierdalać między wódkę
a zakąskę!
- Terry, ręcznik - wycedził Frank.
- Co ręcznik, co kurwa ręcznik? - bulgotał John, uderzając swoją
piersią w pierś przyjaciela. - Znajdź se swoją laseczkę, kurwa!
Lampard, z miną morderczą, chwycił kumpla za ramię, wznosząc
równocześnie pięść do ciosu, Cech złapał go za nagarstek,
Ludmiła krzyknęła, a zza futryny wyjrzała strzecha rozwianych
loków i para orzechowych oczu.
- Fraaank, słuchaj no, czy ty byś mógł - Loczek obrzucił
zdziwionym wzrokiem grupę zastygłą na środku salonu. - Znaczy jak
się skończycie bić, to mógłbyś mi powiedzieć jak się prasuje
smoking?
Czteroosobowa grupa Laokoona (z Terrym w roli węża) patrzyła na
niego baranim wzrokiem.
- I ten, Johnny, przy damach się nie paraduje z siurkiem na wierzchu
- rzekł David pouczająco. I czmychnął.
Gwałtownie spurpurowiały Terry chwycił porzucony ręcznik,
zasłonił nim swoje skarby i błyskając białymi, kontrastującymi
z opalenizną na reszcie ciała, pośladkami, zwiał pospiesznie z
salonu.
- To ja już pójdę - rzekła Ludmiła. - Panowie pamiętają,
stroje wieczorowe na dwudziestą!
Zanim Frank zdołał wydusić z siebie jakieś przeprosiny, jej już
nie było.
- Petr - rzekł zamiast tego. - Możesz już puścić moją rękę.
- O, przepraszam - bramkarz rozluźnił uchwyt na nadgarstku Franka.
- Czy was porąbało? Żrecie się ostatnio z Terrym jak psy. Co w
was wstąpiło? Chodzi o tę dziewczynę?
- Po prostu wkurza mnie i tyle! - Lampard energicznym krokiem opuścił
pokój.
Cech podniósł kufel z piwem ze stołu, napił się, po czym
wzruszył ramionami.
- Dom wariatów - rzekł do pustego salonu.
Jakimś cudem zdążyli wyrobić się na ósmą i wbici w smokingi ze
śnieżnobiałymi gorsami, jak cztery pingwiny z Madagaskaru,
załadowali się do limuzyny.
Bal odbywał się w samym Carskim Siole, w pozłocistej sali balowej
zbudowanej na zamówienie carycy Katarzyny Wielkiej, oraz w
przyległej komnacie, w której, zgodnie z najlepszymi dworskimi
wzorami z XIX wieku, urządzono bufet, serwujący przekąski zimne i
gorące, a także wyborne napoje, od orszady, czyli chłodzącego
napoju z migdałów, po szeroki wybór znakomitych wódek.
Gdy piłkarze przybyli, część taneczna się jeszcze nie zaczęła,
orkiestra plumkała dyskretnymi dźwiękami, a wysmokingowani panowie
i panie w olśniewających toaletach (i z biżuterią za którą
można byłoby podreperować znacząco finanse średniej afrykańskiej
republiki) roili się przy bufecie, gdzie prym wodził wysoki, dobrze
zbudowany mężczyzna, o ciemnych kręconych włosach i zielonych,
podkrążonych oczach.
Kelnerzy we frakach krążyli wśród gości, roznosząc szampana, z
czego panowie zaraz chętnie skorzystali. Ledwie zdążyli osuszyć
swoje kieliszki, gdy służba jęła zapraszać na salę balową.
Obok podestu dla orkiestry ustawiono już niewielkie podium, z
którego przemawiać miał gospodarz, czyli Nikita Fiodorow.
Kiedy w drzwiach
sali balowej pojawiła się Ludmiła, Loczek aż gwizdnął cicho z
wrażenia. Dziewczyna ubrana byla w suknię, na pierwszy rzut oka
gołębioszarą, jednak mieniącą się delikatne a srebrzyście, na
szyi zaś miała naszyjnik z drobnych diamentów, z którego zwisały
w formie wisiora w koronkowej, srebrnodiamentowej oprawie, dwa
wielkie szafiry, niezwykłej czystości.
- Lampard,
widziałeś? - Luiz szturchnął wicekapitana w opięty czarnym
smokingiem bok.
Sądząc z
zastygłego na twarzy Franka wyrazu cielęcego zachwytu widział, aż
nadto wyraźnie.
- Wygląda jak
zaklęta księżniczka - rzekł w rozmarzeniu.
Terry nachylił
się do ucha Luiza.
- Ale bym ją...
odczarował moją różdżką - zachichotał obleśnie, zniżając
głos tak, aby Lampard nie dosłyszał.
Jednakże
najwyraźniej nie docenił ostrości słuchu swego kumpla, bo Lamps
odwrócił się w jego stronę z iście morderczym wyrazem twarzy.
- Zbliż się
tylko do niej, to cię tak urządzę, że twojej różdżki cała
magia świata nie podniesie - wysyczał.
Loczek na wszelki
wypadek zasłonił kapitana własnym ciałem.
- Tylko bez
rozlewu krwi, panowie!
- Tak się
wystraszyłem, że mi cała krew z dużej głowy zeszła do tej
mniejszej. - John mrugnął okiem do przyjaciela. - Od kiedy to
zrobił się z ciebie taki pies ogrodnika? Z Rio dzieliłeś
się...ekhm...wszystkim.
Frank spojrzał na
przyjaciela wzrokiem tak lodowatym, że zmroziłby na nowo całą
Syberię i jeszcze starczyłoby na amerykańską Alaskę.
Luiz wywrócił
oczyma z ledwością powstrzymując się od walnięcia ulokowaną
głową w najbliższą ścianę.
- Ten brunet z
błekitno-zielonymi ślepiami, niczym wody Bajkału patrzy na ciebie.
- Zoja nachyliła się do ucha Ludy, lekkim skinieniem pokazując jej
Franka Lamparda, popijającego złocisty trunek z kryształowej
szklaneczki.
- I co z tego, że
patrzy? - zapytała zaczepnie Ludmiła.
- Jest szalenie
przystojny! Mogłabyś się z nim rozerwać, całe dnie spędzasz w
fundacji i firmie twojego skostniałego ojca.
- Taką mam pracę.
- Ale po pracy
mogłabyś rzucić się w szerokie ramiona angielskiego dżentelmena!-
zachichotała Zoja.
"Rozerwać to ja go mogę na poligonie pod Moskwą" -
pomyślała Fiodorowna. "I to całkiem nie w przenośni".
- Pracuję z nim - odparła głośno. - Nie wypada mi się rzucać w
jego ramiona.
Rudowłosy, cokolwiek siwiejący mężczyzna, wszedł na postument i
zaklaskał w dłonie.
- Przyjaciele! - zaczął. - Ja, Nikita Fiodorow, zaprosiłem was
tutaj, aby uczcić godnie nasze dobre dzieło, jakim jest Fundacja
Fiodorowa! Dzięki niemu nawet najuboższe dzieci mają szansę na
realizację swych marzeń,a kadra piłkarska Rosji wzbogaca się o
wciąż nowe talenty!
Burza przypochlebnych oklasków przeleciała przez salę.
- Mamy dzisiaj specjalnych gości z dalekiej Anglii, powitajmy ich
zatem serdecznie, tak, aby dobrze zapamiętali matuszkę Rosję! -
Fiodorow wskazał dłonią czterech piłkarzy. Goście jęli
pospiesznie klaskać i wiwatować. Gospodarz odczekał chwilę, po
czym uciszył tłum gestem.
- Chcę wam także zaprezentować moje dwie podpory, a może i
kontynuatorów mojego dzieła - rzekł. - Wielkie brawa dla Jurija
Fiodorowa...
Zielonooki brunet, który uprzednio wodził rej przy barze, teraz
wypiął pierś jak indor.
-...i moej córki Ludmiły.
Wywołana dygnęła skromnie, po czym schowała się w tłum,
tymczasem niewysoka starsza pani, spowita w zwoje tafty, z wysadzaną
rubinami tiarą, lśniącą dyskretnie pośród siwych loków
bezceremonialnie wystąpiła z tłumu.
- I ona robi większość roboty, bo ten twój Jurij tylko się
obija, Nikusiu, mó bracie i sekretarki za tyłki łapie, więc te
brawa, to Ludmile się należą, a nie temu nierobowi! - oznajmiła
pełną piersią.
- Dziękuję, siostrzyczko - odparł oligarcha kwaśno. - Oto moja
siostra, Alona Romanowna. A teraz panowie proszą panie! Orkiestra
tusz!
Orkiestra zagrała walca, a Lampard, niczym pantera, przeciął
miękko salę i wyrósł przed Ludmiłą, gnąc się w eleganckim
ukłonie.
- Pragnę przeprosić panią za niefortunne zajście jakiego była
pani dzisiaj świadkiem - rzekł uroczyście.
- Nie gniewam się - odparła Ludmiła, nie wiedzieć czemu
oniesmielona. Frank Lampard w smokingu wyglądał zupełnie inaczej
niż zwykle, prawie jak lord, albo wręcz książę.
- Mogę zatem prosić panią do tańca? - Frank zajrzał wprost w
błękitne oczy dziewczyny, która poczuła, że oblewa się żarem.
Niczym we śnie podała mu dłoń i pozwoliła powieść się na
środek sali. Świat wirował wokół niej, gdy Lampard przyciskał
ją do swego silnego, muskularnego ciała, tak, jak w walcu
przyciskać trzeba, krew szumiała w uszach i burzyła się w żyłach.
Oboje zapomnieli w tańcu o wszystkim, pragnąc, by ten moment trwał
jak najdłużej, by nie musieli się rozdzielać, by mogli patrzeć
sobie w oczy i chłonąć ciepło swych ciał przez wieczność.
W tym samym momencie co Lampard, z dwóch przeciwnych kierunków do
Ludmiły ruszyli też Jurij i John Terry. Nie dotarli do niej jednak,
bo wpadli na siebie z impetem, a zmierzywszy się nawzajem wzrokiem
odgadli w sobie samców tego samego gatunku, zatem rywali i
gwałtowna, płomienna niechęć rozkwitła między nimi w mgnieniu
oka.
- Przepraszam pana bardzo - rzekł Terry przez zaciśnięte szczęki.
Pomny ostatnich awantur ze strony Lamparda usilnie starał się
pozostać grzeczny. - Czy zechciałby pan ustąpić mi z drogi?
Jurij chętnie wyrżnąłby Anglika w zęby, ale nie mógł, w końcu
przyszły teść patrzył.
- To pan wszedł mnie w drogę - odpowiedział zamiast tego, tonem
agresywnym. - Może pan się nastąpi?
- Nastąpić to się może krowa w oborze - wysyczał Terry, po czym
dodał, żeby było grzeczniej: - Zechce pan mnie przepuścić!
Nie wiadomo jak potoczyłaby się dalej ta wymiana zdań, gdyby w tym
momencie między obu panami nie przetarabaniła się jakaś dama o
posturze pieca. Odepchnięty przez nia w tłum Jurij stracił
wojowniczy zapał, a Johna ktoś delikatnie postukał po ramieniu.
Terry obrócił się i ujrzał drapieżną piękność w szkarłatnej,
dość obcisłej sukni, dobitnie eksponującej walory przednie, które
były całkiem niemałe.
- Tańczy pan? - wargi piękności, równie szkarłatne jak suknia,
rozciągneły się w uśmiechu.
- Oczywiście! - rzekł Terry z radosnym zapałem, chwytając damę w
objęcia.
Wkrótce z pilkarskiej czwórki na parkiecie brakowało tylko Loczka,
bo wywijał nawet Cech, porwany w tan przez ciotkę Alonę, sięgającą
mu mniej więcej do łokcia. David zaś oparł się o framugę
jednego z wielkich okien i wiercił wzrokiem w nieznajomej, która
zjawiła się wraz z Aloną. Od razu rozpoznał w niej dziewczynę z
parku, ale bał się podejść, bo wtedy mogłaby znowu uciec. Poza
tym nie umiał tańczyć walca.
Zoja od razu dostrzegła, że jest pod ostrzałem orzechowego
spojrzenia Davida Luiza. Coś w nim, a zwłaszcza w jego wielkiej,
rozwichrzonej czuprynie, było dziwnie znajomego, jednak nie
potrafiła ustalić co właściwie. Nie wiedzieć czemu kiedy
patrzyła na te szalone loki, przychodziły jej na myśl róże.
Uśmiechnął się do niej chlopięco i jakby trochę nieśmiało,
odpowiedziała więc uśmiechem, po czym, czując że się
idiotycznie rumieni, odwróciła się. Kiedy spojrzała znowu, Luiza
nie było już pod przeciwległą ścianą, o nie. Trzymając w
zębach różę, wyjętą z któregoś z niezliczonych wazonów,
dekorujących salę, przemieszczał się tanecznym krokiem, będącym
radosną mieszanką samby i disco, między wirującymi parami,
zmierzając w jej stronę.
Kiedy dotarł, wyjął różę z ust, błysnął oczyma i zamaszyście
podał Zoi kwiat.
- Cześć! - rzekł radośnie. - Chciałem cię poprosić do tańca,
no ale ja nie umiem walca, więc ten...
- Ale umiesz się ruszać! - pochwaliła Zoja. - A walc jest prosty,
serio.
- Naprawdę? - sprężynki na głowie Davida podskoczyły radośnie.
- Naprawdę - odpowiedziała artystka. - Poczekaj, teraz orkiestra
zagra parę slowfoksików dla staruszków, to cię poduczę kroków,
a potem poproszę, żeby zagrali jeszcze raz walca. Co ty na to?
- Super! - oznajmił Loczek radośnie.
Walc dobiegł końca. Serce Ludmiły waliło tak mocno, jakby miało
zaraz wyskoczyć z piersi i wcale nie był to skutek wysiłku,
włożonego w taniec. To był efekt bliskości Franka Lamparda. Nie
wiedziała jak to możliwe, ale ten Anglik działał na nią tak, że
ona, kobieta zawsze chłodna i opanowana, teraz marzyła tylko o tym,
żeby go pocałować, żeby poczuć ogień jego warg na swoich...
A mimo, że muzyka umilkła, Frank nie zwolnił uścisku, wręcz
przeciwnie, trzymał Ludmiłę mocno, spoglądając na nią tkliwie,
a zarazem ogniście.
- Jest pani taka piękna - wyszeptał. - Te szafiry w pani naszyjniku
gasną przy pani oczach jak świeczki przy gwiazdach...
Żar zalał całe ciało Ludmiły. Pragnęła tego mężczyzny jak
dotąd zadnego i czuła, że jeśli zaraz przed nim nie ucieknie,
zrobi coś głupiego.
Więc uciekła.
- Przepraszam - bąknęła, oblewając się pąsem. Wyplątała się
z ramion Lamparda i lawirując wśród gości opuściła salę
balową, by pobiec przed siebie korytarzem. Krew pulsowała jej w
skroniach, w uszach dudnił bęben, będący w istocie jej sercem, a
w głowie panował mętlik.
Korytarz zaprowadził ją do niewielkiej oranżerii, wypełnionej
egzotycznymi roślinami, wysrebrzonymi teraz w promieniach
zaglądającego przez szyby księżyca. Ludmiła stanęła pod
obsypanym różowym kwieciem drzewkiem i ukryła twarz w dłoniach.
- Boże... - jęknęła.
- Pani Ludmiło, czy powiedziałem coś złego?
Odwróciła się gwałtownie. Frank Lampard, szczerze zaniepokojony,
stał w drzwiach oranżerii.
- Skąd pan tu...? - zapytała Ludmiła zdumiona.
- Opuściła mnie pani tak nagle, że pozwoliłem sobie za panią
pobiec - wyjaśnił. - Nawet panią wołałem, ale chyba mnie pani
nie dosłyszała. Czy powiedziałem coś złego? Jeśli tak,
przepraszam.
- Nie, był pan bardzo miły - odparła. - To ja... Chyba zrobiło mi
się trochę duszno.
- Naprawdę? - zapytał, przysuwając się.
- Naprawdę - Ludmiła zadrżała. - Ale już mi lepiej.
Dotknął delikatnie jej policzka.
- Drży pani, choć jest pani ciepła - szepnął.
- To nie choroba... - odszepnęła Ludmiła. - To przez pana...
- Przeze mnie? - usta Franka zawisły tuż nad wargami Ludmiły.
- Tak...
Musnął wargami jej delikatne, ciepłe usta, potem wpił się w nie,
w namiętnym pocałunku, spijając słodycz i wlewając w żyły
Ludmiły niepojęty żar.
- Och, Frank - szepnęła cichutko.
- Ciiii - położył palec na jej ustach, po czym znów zaczął
całować, namiętnie, zachłannie, a ona oddawała mu pieszczoty z
rosnącym zapałem.
Zwinny cień oderwał się z ciemnego kąta na korytarzu i pomknął
w kierunku tętniącej gwarem sali balowej. Tu, w Carskim Siole
ściany miały oczy i uszy.
_______________________________________________________________________________
Oto leci rozdział trzeci, dość długi, bo się musieliście naczekać. Mam nadzieję, że spodoba wam się kierunek w którym poszły wydarzenia :)
Martina
Och cóż za romanse, niuaaanse!
OdpowiedzUsuńAle zacznę od tego, że absolutnie ubóstwiam opanowanie i spokój Petra. Ja bym przy tym orangutanie Terrym dostała rozstroju nerwowego i wcale nie dziwie się Frankowi, że miał ochotę mu lutnąć. Loczek jest po prostu loco, no co tu dużo mówić. Pasuje do Zoji bo oboje są pozytywnie zakręceni i mam nadzieję, że poczuli wielkie pierdolnięcie bo co do tego że Ludka i Frank zapałali do siebie czymś głębszym, jestem święcie przekonana.
Jurij to idiota, tak samo Nikita, ale jego żona rozwaliła system. Z Terrym nie będzie miała problemów, on wskoczyłby jej do łóżka nawet gdyby nie miała planów na rozmnożenie z nim.
No i na koniec zostawiam sobie cioteczkę Alonę! Och ona jest wspaniała, jedyna i niepowtarzalna! <3
Końcowa scena jest tak erotyczna, cud miód...
Sciany mają oczy i uszy wszędzie i zawsze. Cioteczka Alona rządzi dzieli i wymiata jednocześnie :D A Terrego podsumowano tu idealnie. Czasami nic tylko strzelić go przez łeb. Jak dobrze że jest Petr który wręcz zabija spokojem. Loczek i Zoja faktycznie do siebie pasują. Coś tu wszędzie ładnie kwitnie :)
OdpowiedzUsuńOj podoba się, podoba :)
OdpowiedzUsuńWyobraziłam sobie ich w wersji Pingwinów z Madagaskaru. Taki Rico z loczkami :D
Intrygują mnie zawsze taki zawiłości bogatych rodzin. Może być ciekawie z tym planem dotyczącym męskiego potomka. Myślę, że Terry jest chętny.
Ludmiła już wpadła w sidła Franka ;)
A David jak zwykle wymiata :D On jest po prostu cudowny :)
buziak :*