- Walca tańczy się jak sambę, na trzy - wyjaśniała cierpliwie
Zoja. - A kroki są prościutkie, do przodu i w tył, do przodu i w
tył - demonstrowała. - I obrót, obrót, obrót! Łapiesz?
David Luiz poczochrał swoje bujne loki w geście najwyższego
skupienia.
- No chyba łapię - powiedział. - Tak to się robi?
Zaczął tańczyć, potrząsając przy tym biodrami i pośladkami.
Zoja prychnęła śmiechem.
- Czekaj no, nie tak! Nie ruszaj tyłkiem! - zawołała. Jakaś
zasuszona dama spojrzała na nią nieprzychylnie.
Malarka stanęła przed Davidem i położyła dłonie na jego
szczupłych biodrach.
- Tym nie kręcimy - zaznaczyła. - Teraz rób to co ja... Zaczynam
lewą, ty prawą.
David skoncentrował się z całej siły, chociaż dłonie dziewczyny
na jego ciele go rozpraszały i to bardzo.
- Do przodu... - pociągnęła go w swoją stronę. - Do tyłu. Do
przodu, do tyyyyłuuu...
Loczek wystawił język, jakby chciał sobie nim pomóc w tańcu.
- A teraz na paluszki i opadamy... - komenderowała Zoja. - Na
paluszki i opadamy... I jeszcze raz!
Przećwiczyli kroki jeszcze raz.
- No brawo! - artystka klasnęła w dłonie. - Szybko się uczysz!
Jak się trzyma dziewczynę w tańcu to wiesz?
Loczek uśmiechnął się szeroko.
- No pewnie, że wiem - odparł. - Aż takim tłukiem nie jestem,
chociaż na obronie często obrywam w głowę.
Mówiąc to mrugnął szelmowsko jednym okiem, po czym objął Zoję
jak należy. No, prawie jak należy.
- Musisz stanąć bliżej mnie - malarka bezceremonialnie przycisnęła
Davida do siebie. - To jest walc, taniec miłości!
W tym momencie David Luiz spłonął znienacka krwistym rumieńcem aż
po samą czuprynę, ale Zoi z objęć nie wypuścił.
- Orkiestra! - zakrzyknęła Zoja gromko, wpatrując się w
roześmiane, orzechowe oczy Loczka. - Walca! Wiedeńskiego!
Natychmiast!
Orkiestra zastosowała się do polecenia i jęła grać "Nad
pięknym, modrym Dunajem". David porwał Zoję do tańca z takim
samym wigorem i impetem, z jakim zwykł grać w piłkę. Inni
tancerze rozpierzchali się w niejakim popłochu, ustępując z
drogi tej parze, wirującej ekstatycznie niczym gigantyczny bąk,
powiewający dookoła suknią malarki i lokami Loczka.
Tylko dzięki zawodowemu refleksowi Petra Cecha zderzenia z tą
szaloną parą uniknęła cioteczka Alona. Tak zatonęła w swoich
wywodach, że nie dostrzegała co się dookoła dzieje, na szczęście
słuchający jej Petr z przyzwyczajenia miał oczy dookoła głowy,
dostrzegł zatem nadciągające niebezpieczeństwo. Zanim rozwirowani
tancerze zdołali stratować cioteczkę, on podniósł ją jak piórko
i przestawił w bezpieczne miejsce.
- Ojej, młodzieńcze, a cóż ty wyprawiasz i jaki ty silny jesteś,
gdybym była o te kilkadziesiąt lat młodsza zaraz bym zaczęła cię
uwodzić, ale to już nie na moje lata, a cóż to właściwie się
stało, mój chłopcze, że musiałeś chwytac w ramiona takie stare
pudło jak ja? - ciotka Alona nie kryła wstrząsu.
- Proszę mi wybaczyć - rzekł grzecznie Cech. - Stała pani na
drodze mojego kolegi Davida, który tańczy z jakąś panią.
- Ależ nie mam czego wybaczać, to nawet przyjemne było! Czy David
to ten młodzieniec co ma taką grzywę jak tarpan, tylko kręconą,
ach widzę, to on, ale z kimże on tańczy, z Zoją, to przyjaciółka
mojej siostrzenicy, dobra dziewczyna, tylko trzeba jej kogoś, żeby
ją oswoił!
Petr uśmiechnął się łagodnie.
- Obawiam się, że Davida też trzeba by oswoić - odparł.
- Oj, to może oswoją się nawzajem? - ucieszyła się cioteczka.
W drugim końcu sali John Terry po raz kolejny spoglądał na zegarek
jakby chciał popchnąć wskazówki do przodu. W rzeczy samej, bardzo
pragnął popchnąć, ale nie elementy czasomierza, lecz tę
szkarłatną piękność, która przedstawiła się jako Jekaterina
Fiodorowa, przetańczyła z nim upojnego walca, ocierając się
dyskretnie, acz zmysłowo o krocze Johna, po czym szepnęła "za
pół godziny koło Bursztynowej Komnaty!" i rozpłynęła się
w tłumie. Obdarzyła Terry'ego przy tym takim uśmiechem na
pożegnanie, że niemal fizycznie odczuł odpływ krwi z czaszki w
rejony zakryte zwykle spodniami.
Czekając aż minie pół godziny, pochłonął dwa kieliszki
szampana i jeden stakańczyk lodowatej wódki, obejrzał taneczny
występ Luiza, szalejącego po parkiecie z jakąś dziewczyną w dość
osobliwej odmianie walca, po czym przedarł się przez tłum w
kierunku komnaty zawierającej bufet.
Jakiś kretyn nadepnął mu na duży palec u stopy, na którym,
trzeba trafu, przez lata spędzone na boisku John dorobił się
pokaźnego i bolesnego odcisku. Teraz wszystkie gwiazdy galaktyki
stanęły mu przed oczyma, a z ust dobyło się coś w rodzaju
cichego wycia.
- Jak leziesz, debilu?! - warknął, odzyskując oddech. Obrócił
się w kierunku nieuważnego osobnika i spojrzał wprost w przepojone
niechęcią szarozielone oczy Jurija Fiodorowa.
- Ja sobie ciebie zapamiętam Terry - rzekł Fiodorow złowieszczo.
- Bo co? Bez tego nie będziesz wiedział komu dac w ryja? -
zripostował kapitan Chelsea.
- Ty sobie nie pogrywaj - Jurij pogroził palcem. - Może ci się
przytrafić bardzo nieszczęśliwy wypadek. Nogę złamiesz... albo i
dwie... W Rosji różne dziwne rzeczy mogą się zdarzyć.
- Uważaj, bo się jeszcze potkniesz i wpadniesz na moją pięść -
parsknął Terry. - I tak dwadzieścia razy z rzędu.
Fiodorow nie odpowiedział, błysnął tylko oczyma, po czym poszedł
dalej. John pokręcił głową, wzruszył ramionami i ruszył w swoją
drogę.
W sali barowej dostrzegł Lamparda, sączącego martini. Z mieszaniną
zazdrości i głębokiego podziwu stwierdził, że jego kumpel
wygląda w tym smokingu i ze szklaneczką jak Bond, albo inny rasowy
elegant. On sam, niezależnie od tego jak bardzo elegancki strój
przywdział wyglądał zawsze tak samo - jak prosty chłopak z
Londynu, którym w istocie był.
Frank rozmawiał z tą laseczką od Fiodorowa, Ludmiłą. Czujne oko
Terry'ego odnotowało, że policzki dziewczyny, zazwyczaj blade,
teraz płoną intensywnymi rumieńcami, natomiast oczy Franka
Lamparda świecą jak ślepia kota. Oho, pomyślał John, ktoś
jeszcze ma szanse zaliczyć numerek na tej rozkosznej wycieczce do
Rosji.
To przypomniało mu zaproszenie szkarłatnej wampirzycy. Zerknął na
zegarek, stwierdził, że czas najwyższy się zbierać i wyszedł do
hallu. Znalezienie Komnaty okazało się dziecinnie proste, ponieważ
wiodło do niej całe mnóstwo drogowskazów i rozmieszczonych
strategicznie tabliczek.
Niedaleko komnaty znajdował się pokój kredensowy, w którym od
dobrych pięciu minut siedziała Jekaterina. Zanim poślubiła
Fiodorowa, zdarzyło jej się bywać w Carskim siole na niejednym
balu, raucie oraz schadzce, więc poznała sekrety zabytkowej budowli
dosyć dobrze. Jednym z tych sekretów było mocno zapomniane
przejście dla służby, wiodące z jednej z komnat przy sali
balowej, do pokoju kredensowego właśnie, dzięki któremu mogła
niezauważenie wymknąć się z balu.
Pokój ów miał jeszcze jedną zaletę. Nie był mianowicie
wyposażony w kamery, ponieważ liczni dygnitarze KPZR lubili się
tam chędożyć z żeńską częścią personelu usługowego, a po
upadku komunizmu nikomu jakoś nie przyszło do głowy, by monitoring
zakładać akurat w tym niepozornym, pozbawionym kosztownych sprzętów
pomieszczeniu.
Jekaterina wysunęła się miękko na korytarz, akurat we właściwym
momencie, by ujrzeć nadchodzącego Terry'ego. Oprócz nich nie było
widać nikogo, bez namysłu zatem złapała piłkarza za atłasowe
klapy smokinga i wciągnęła do pokoju kredensowego, starannie
zamykając drzwi na klucz.
- Co robisz? - zainteresował się Terry, obmacując jej biust
wzrokiem i dłońmi.
- Mój mąż jest nerwowy, wiesz - zamruczała Jekaterina,
przesuwając palcem po ustach Johna, potem po brodzie, piersi,
brzuchu, aż do rozporka, gdzie dołączyły pozostałe palce. Jakiś
mięsień zadrgał w pachwinie Terry'ego, a jego oddech nagle zrobił
się płytki. - Lepiej, żeby nie wiedział, że jestem tu sama, z
takim przystojnym i niegrzecznym, baaaarrrdzo niegrzecznym chłopcem.
Terry roześmiał się cicho. Coś wiedział na temat bardzo
nerwowych mężów.
Jakieś dwadzieścia minut później Jekaterina wypchnęła kapitana
Chelsea na korytarz, uprzednio doprowadziwszy jego garderobę do
porządku. Terry stał w hallu z rozanieloną miną, a kobieta, z
którą przed chwilą uprawiał seks, szła ciasnym korytarzykiem do
saloniku, w którym później położyła się na kanapie, zadarte w
góre nogi kładąc na jej oparciu. Chciała się upewnić, że to co
trzeba, trafi gdzie trzeba. Potem sięgnęła po malutką, wieczorowa
torebkę, pozostawioną uprzednio na jednym z foteli i kilkoma
obłoczkami perfum zatuszowała zapach wody po goleniu Johna, który
wciąż pozostawał na jej skórze.
W sumie szkoda, pomyślała, że ten Anglik jest żonaty. Pasowali do
siebie, poza tym ten seks! Nieziemski po prostu. No cóż, urodzi się
dziedzica fortuny Fiodorowów, zadba, żeby na tę fortunę za długo
nie czekał, a potem... wolność!
Zanim bal dobiegł końca Petr wysłuchał tyle wspomnień Alony i
tyle ploteczek z życia wyższych sfer tak Rosji, jak i Zachodu, że
mógłby wydać powieść w dwóch tomach.
- Znowu mi uciekła! - jęknął Loczek, waląc się na pluszową
kanapę obok Cecha. - Walca ze mną zatańczyła, dwa razy, tango i
sam nie wiem co, a potem wzięła i zwiała, no!
- Jak to znowu? - zdziwił się bramkarz, chwilowo wolny od
cioteczki Alony, która dzieliła się właśnie najnowszymi
wiadomosciami z życia z jakąś starą arystokratką rosyjską. - To
wyście się już kiedyś widzieli?
- W parku - rzekł David markotnie. - Chyba ją trochę wystraszyłem,
bo zaczęła krzyczeć i uciekła. A teraz znowu. Petr, co ja mam
zrobić?
- Co ty zrobiłeś w tym parku, fiuta wyjąłeś? - zarżał Terry,
waląc się na kanapę z drugiej strony Petra.
Luiz rzucił mu ponure spojrzenie.
- Dla ciebie wszystko się kręci wokół fiuta - burknął. - A Zoja
jest taka śliczna i tak fajnie się z nią rozmawia...
- Nie mów, że nie masz na nią ochoty - Terry uniósł brew.
- Na kogo? - Lampard wcisnął się na kanapę obok Loczka.
- Na tę laleczkę co się kumpluje z ta twoją Ludmiłą - wyjaśnił
John.
- Nie mów tak o niej! - najeżył się David.
- Jaką moją Ludmiłą? - obruszył się równocześnie Frank. - Ja
wcale na nią nie lecę!
- No chłopie, najpierw mi gardło usiłujesz przegryźć, żebym jej
nie dotknął, a potem się wypierasz? - Terry postukał się w
czoło. - Bujać to my, ale nie nas, widać na kilometr, że cię
trafiło.
Popatrzył pobłażliwie na Luiza.
- I ciebie, młody też - rzekł. - Peterku, mamy dwóch
niepoczytalnych na pokładzie. Szykuj kaftany!
Loczek i Lampard jednocześnie wzruszyli ramionami.
Gdyby Frank mógł widzieć co jego Ludmiła robiła po balu, zapewne
byłby dość nieprzyjemnie zaskoczony. Panna Fiodorow dotarłszy do
domu około godziny dwunastej w nocy przebrała się w dres i mimo
późnej pory poszła pobiegać. Gdy biegła przez okoloną wyjątkowo
bujnymi żywopłotami uliczkę, do krawężnika podjechała czarna
wołga, najnowszy model. Drzwiczki samochodu uchyliły się
bezszelestnie, zapraszając Ludmiłę do środka.
- No i co jest? - zapytał człowiek w czarnym garniturze, gy tylko
opadła na kosztowne, skórzane siedzenie. - Miałaś się do niego
zbliżyć, a nie go przelecieć!
Ludmiła otworzyła szeroko usta w niemym wyrazie zaskoczenia.
- Przecież żadnego seksu nie było! - rzekła.
- Dobra dobra, ale pędzlował ci migdały aż miło - odparł
niecierpliwie człowiek w garniturze. - Wiem co widziałem.
- Moze jeszcze zainstalujcie mi kamerę w majtkach, co? - Ludmiła
była wściekła.
- To byłoby ciekawe - zaśmiał się obleśnie człowiek, sięgając
do wewnętrznej kieszeni marynarki po cygaro. - Niestety wewnętrzne
regulacje nie pozwalają. Pytał o jajka?
- Nie, tylko o biżuterię - odparła Ludmiła. - Mojego ojca.
- A ciebie o nic nie pytał?- zadrwił człowiek w garniturze. - Twój
ojciec nam ciebie polecił na agenta, ale nie wspominał, że trzeba
dać ci bromu.
Ludmiła poczerwieniała z furii.
- Jeszcze jedno słowo i sam się będziesz do niego zbliżał -
warknęła.
- Nie tak nerwowo - człowiek spróbował załagodzić atmosferę. -
Miej go dalej na oku, a gdyby pytał o jajka, informuj.
- Nie omieszkam - Ludmiła wysiadła i rąbnęła drzwiami czarnej
wołgi z całej siły.
W tym samym czasie, ale tak z półtora kilometra dalej, Zoja wylazła
z wanny, a czując, że nie zaśnie, poszła do pracowni, wdziała na
gołe ciało długi malarski kitel, po czym umieściła na sztalugach
czyste, białe płótno, które zagruntowała dzisiejszego ranka.
Przyglądając się jego nieskalanej płaszczyźnie napełniła w
zlewie czajnik elektryczny, jej natchnienie wymagało bowiem
podlewania dużymi ilościami słodkiej herbaty. Z tego względu
miała w pracowni wszystkie niezbędne do przygotowania tego napoju
utensylia. Nastawiła teraz wodę i nasypała suchych listków do
dużego kubka, nie spuszczając oczu z płótna.
Kiedy napar naciągał, jej wizja była gotowa. Zoja chwyciła gruby,
miękki ołówek i nie zawracając sobie głowy wstepnymi szkicami na
papierze, jęła rysować wprost na płótnie. Czarne linie układały
się w kształt pociągłej twarzy, o dość długim nosie, okolonej
strzechą niesfornych loków.
Wkrótce szkic był gotowy, zaś jego twórczyni, pociągając
wielkimi łykami gorącą herbatę, gorączkowo mieszała na palecie
farby.
Punktualnie o godzinie ósmej rano Ludmiła wyciągnęła za pomoca
telefonu swoich podopiecznych z łóżek. Przeraźliwie ziewając i
czochrając się po nagich (Terry) lub przyodzianych w koszulki (cała
reszta) klatach, oraz nieuczesanych głowach, zeszli się wszyscy w
barowej części salonu.
- Młhaaaahoooo...ady, zrób no kawy - polecił John, ziewnąwszy jak
nilowy hipopotam.
David posłusznie zanurkował pod bar i prztyknął guzikiem
elektrycznego czajnika, po czym wystawił na blat cztery szklanki.
- Jest pięć po ósmej - Cech spojrzał na ścienny zegar. - Nie ma
co siadać.
- On ma rację - stwierdził Lampard. Potarl z chrzęstem nieogoloną
twarz. - Za pół godziny będzie Ludmiła...
- I zabierze nas na śniadanko - wpadł mu w słowo kapitan.
- Lubię rosyjskie śniadanka - stwierdził Loczek w zadumie,
zalewając kawę w szklankach wrzątkiem. - Chociaż będę musiał
po nich chyba przejść na tydzień na samą wodę.
- ...A o dziesiątej trzydzieści mamy konfę i otwarcie tej całe
szkółki - kontynuował Frank. - Także bujać się, panowie!
Terry siorbnął kawy i zapatrzył się gdzieś w dal.
- Ciekawe, czy będzie ta szprycha, co ją wczoraj wyobracałem -
zastanawiał się głośno. - Ta w czerwonej kiecce. Chętnie bym
powtórzył to doświadczenie.
Loczek zamarł, z kawą przy ustach.
- Ale Johnny, nie masz na myśli tej wampirzycy w szkarłatach z
którą tańczyłeś? - zapytał ostrożnie. - To jest żona
Fiodorowa, naszego gospodarza.
- No ta, wiem - rzekł obojętnie Terry.
Frank spojrzał na przyjaciela morderczym wzrokiem.
- Już wiem, co ci kupię na urodziny - rzekł, gwałtownie
odstawiając kawę i rozchlapując co nieco. - Pas cnoty. Kluczyki
dostanie w prezencie Toni.
- Zrzędzisz jak emeryt, Frankie - odparł nie zmieszany John. - Pani
potrzebowała nieco rozrywki, więc jej podałem pomocną dłoń.
- Nie wiedziałem - rzekł w zadumie Loczek - Że masz w rozporku
dłoń. Chwytny penis...?
Terry postukał się palcem w czoło, natomiast niezmącenie spokojny
zazwyczaj Petr Cech tym razem prychnął śmiechem i zakrztusił się
pitą właśnie kawą. Frank uczynnie wyrżnął bramkarza w plecy,
David zaś patrzył na to wszystko z miną niewiniątka.
- Co ja takiego powiedziałem? - zapytał.
- Nieważnie - odparł Frank. - Idźcie wszyscy do stu diabłów,
albo się ogarnąć, jak wolicie.
- Franiu, Franiu, kochanie, czyżbyś wczoraj nie zaliczył? - zakpił
Terry.
- Zamknij się, bo będziesz miał drugie limo do tuszowania -
warknął Lampard.
Pierwszy ślad po kontaktach twarzy Johna z pięścią Franka na
szczęście nie był zbyt widoczny i wystarczyła odrobina podkładu,
żeby nie było go widać wcale.
- Nerwowy jesteś Franeczku. Meliski? - zapytał John, odsuwając się
na bezpieczną odległość.
Stwierdzić trzeba, że po części irytacja Franka miała swoje
źródło w zwięzłej rozmowie telefonicznej, jaką odbył w nocy z
H, a w której został surowo napomniany, by nie przesadzał z tym
zbliżaniem się do Fiodorowów, a zwłaszcza zaś do żeńskiej
części rodu. Zdaniem H miało to byc zbyt ryzykowne.
- Ale mówiłeś, że w razie potrzeby mam przelecieć nawet Putina -
wyrwało się Frankowi.
- Właśnie, w razie potrzeby - rzekł cierpko H. - W tej chwili
takiej nie ma.
Frank jednak nie potrafił przestać myśleć o tej dziewczynie.
Nawet podczas otwarcia szkółki, gdy na spółkę z Terrym
przecinali wstęgę, nawet, gdy siedzieli na ściance, odpowiadając
na pytania dziennikarzy, jego myśli uparcie krążyły wokół
Ludmiły. Dlaczego nie spotkał jej w innych okolicznościach?
______________________________________________________________________________
Rozdział czwarty wreszcie gotowy, tylko nie bijcie mnie za mocno, za te opóźnienia. Bonusowo boski Loczkowski dla was :)
M.

Loczek nadchodzi! Miłość do Luiza uderzy ze zdwojoną siłą :D No no. Jezusie słodki jakie to KGB obleśne, jaki ten Cech cierpliwy,Loczek szalony a co do Terrego widziałam mema ostatnio że już się Terry cieszy na transfer Fabregasa ;) Osobiście lubię szalonych artystów - więc Zoja przypadła mi do gustu bardzo :)
OdpowiedzUsuńBić nie będziemy, ale musisz nam obiecać, że każdy kolejny rozdział będzie tak cudowny jak ten :D
OdpowiedzUsuńI dużo Davida, pamiętaj. Bo to jest moja miłość największa i równać się z nią nie może żadna inna. Także wiesz, masz mu szczęście zorganizować. Niech go Zoja nauczy jeszcze jakiegoś innego tańca. Albo chociaż sadzenia kwiatków. Czegokolwiek. Żeby tylko czas razem spędzali :)
buziak :*
Ale mam skleroze! Jak mogłam przeczytać rozdział i nie skomciulkować? Wrrrr
OdpowiedzUsuńNo więc przeczytałam ów rozdział jeszcze raz, gdyż kompletnie nie pamiętam połowy fabuły, więc zachodzi bardzo realne prawdopodobieństwo że czytałam to pod wpływem w nocy po jakiejś imprezce :D
Rozdzialik jak zwykle wstrząsnął mną do głąba a najbardziej Franiu i Loczek i o ile jestem ostatnio w ciężkiej żałobie bo prawdopodobnie wczoraj widziałam Frania ostatni raz na wielkiej piłkarskiej imprze w roli zawodnika o tyle Loczuś mnie troszkę pociesza. No, ale do brzegu. Czy mówiłam, że Terry'emu ktoś chyłkiem powinien wsypać do kawy bromu? Tylko niech uważa, bo co pomysłowszy dosypie"Czarcie ziele" i idąc za słowami pewnej bardzo lubianej przeze mnie piosenki i Terciowi zrobi się wzwód jak u King Konga i kopyrtnie obracawszy jakąś laseczkę.
Franio jaki szpieq jest boski, on w ogóle jest boski i mogłabym czytać o nim godzinami <3
Generalnie przymknę się już, bo bredzę jak powalona! :D