poniedziałek, 24 marca 2014

Rozdział 1



Wprawne dłonie masażystki usuwały z mięsni Ludmiły znużenie wywołane długim dniem w pracy, po części spędzonym z Jurijem Fiodorowem. Ojciec Ludmiły, właściciel Fundacji w końcu, sam osobiście przydzielił jej, jako współpracownika przy obsłudze i organizacji pobytu piłkarzy Chelsea w Moskwie,właśnie Jurija, licząc, że może wreszcie zdoła on zdobyć względy jego opornej córki.
Zdobycie rzeczonych względów było, zdaniem Nikity Dawidowicza, absolutnie konieczne, celem uratowania rodu Fiodorowów od zagłady. Pierwsza żona Nikity wydała na świat tylko córkę, Ludmiłę, ku jawnemu niezadowoleniu męża, oczekującego męskiego potomka, potem zaś małżeństwo jęło się rozpadać w astronomicznym tempie i Fiodorow uznał, że taka kobieta nie jest godna, by urodzić jego następcę.
Lata później poznał i poślubił drugą żonę, tu jednak wszelkie próby prokreacji skończyły się fiaskiem. Małżonka się przebadała od góry do dołu, do tego samego nakłaniając Nikitę, on jednak odmówił z krzykiem, bo przecież to niemożliwe, żeby taki mężczyzna jak on miał jakieś problemy z płodnością. W końcu jurność Nikity Fiodorowa była sławna wśród moskiewskich dziwek!
Widząc jednak, że się starzeje, a upragniony potomek płci męskiej się nie pojawia, począł Fiodorow upatrywać rozwiązania swoich problemów w synu swego kuzyna, Juriju, krzepkim, zdrowym, a tak płodnym, że nie było roku, żeby się jakaś nie musiała przez niego skrobać. Gdyby zatem ten mężczyzna, krew z krwi Fiodorowów, poślubił Ludmiłę, przetrwanie rodu byłoby gwarantowane. Wezwał przeto Nikita Jurija przed swe oblicze i przeprowadził z nim męską rozmowę, o czym później z całą szczerością poinformował córkę. W końcu jedyne, co mógł z nią zrobić, to dobrze wydać za mąż, stwierdził. Do niczego innego, jako kobieta, zdatna nie była.
Jurij propozycję przyjął gorliwie, ponieważ potrzeby finansowe miał duże, a w zamian za poślubienie Ludmiły jej ojciec obiecał mu spory kawał rodzinnego imperium biznesowego, całą resztę zaś po narodzinach ich syna. Niestety, na drodze do realizacji tego pięknego planu stała jedna przeszkoda.
Ludmiła.
Zaprosił ją do gabinetu, wyłuszczyl cały plan, ale ona, zamiast docenić jego mądrość, wybuchła straszliwym gniewem.
- Czy tobie się wydaje, że jestem jałówką na targu? - krzyknęła.
Nikita wzruszył ramionami, kołysząc się przy tym w fotelu.
- No tak jakby - odparł. - Jesteś kobietą.
Ludmiła oparła się obiema dłońmi o blat ojcowskiego biurka, po czym spojrzała rodzicielowi głęboko w oczy.
- Informuję cię uprzejmie, że kobiet, sprzedających się za pieniądze, powinieneś szukać w burdelu - wysyczała. - Ja natomiast wyjdę za mąż, za tego, za kogo będę chciała, jeśli w ogóle. Rozumiesz? I prędzej wyrwę sobie jajniki własnymi rękami, niż urodzę temu bucefałowi, Jurijowi, cokolwiek!
Ojciec uśmiechnął się tylko pobłażliwie, zrzucając zapewne jej gniew na karb kobiecych fochów.
- Pogadamy jak ci przejdzie - rzekł.
Nie przeszło jej. Nie mogłoby, Jurij Fiodorow bowiem był absolutnym bucem, głęboko przeświadczonym o wyższości mężczyzn nad kobietami i głośno owo przeświadczenie wyrażającym. Uważał, na przykład, pracę Ludmiły, za fanaberię rozkapryszonej damulki.
- Jak się z tobą ożenię, będziesz siedziała w domu - oznajmił kiedyś, w przypływie niepohamowanej szczerości. - Przecież wy, kobiety, macie takie słabe móżdżki, za słabe, żeby ogarniać bardziej skomplikowane rzeczy. Gdzież im do męskiego, potężnego umysłu!
Ludmiła miała ochotę wyrżnąć go w gębę, jednak działo się to na oficjalnym bankiecie, więc nie mogła sobie na to pozwolić. Spojrzała zatem na dorodną postać siedzącego obok kuzyna, opiętą piekielnie drogim, białym smokingiem, potem na bogato zastawiony stół, na kokilki z zupą, parujące przed biesiadnikami i błyskawicznie uknuła plan straszliwej zemsty.
- Przepraszam bardzo - rzekła, wstając z krzesła. Podniosła się jednak jakoś tak niezdarnie, że zmiotła łokciem stojącą przed Jurijem kokilkę ze stołu. Piękny, czerwony strumień kremu z pieczonych buraków ćwikłowych chlusnął na nieskazitelną biel smokingu i zalał krocze Jurija, a temperaturę miał wysoką, taką, jak mieć powinien.
Z rykiem, godnym rozwścieczonego orka, kuzyn zerwał się od stołu.
- Ojej, przepraszam - rzekła smutnie Ludmiła. - Taka ze mnie niezdara...
- Co jest, Fiodorow? - zarechotał złośliwie któryś z dostojników, nie przepadający za poszkodowanym. - Okresu dostałeś?
Cały stół ryknął homeryckim śmiechem, aż zadrżały szyby w oknach sali.
Jurij przerwał na moment troskliwe osuszanie swego, ociekającego czerwienią, krocza serwetką, zrobił się śliwkowy na twarzy, po czym sromotnie uciekł z sali.
Niestety, nie obraził się na nią za to, milionowa fortuna Fiodorowów stanowiła zbyt mocną pokusę, chociaż przez dłuższy czas unikał siadania obok Ludmiły na wszelkich przyjęciach.
Dzisiaj za to musiała spędzić z nim cały dzień, planując szczekóły pobytu piłkarzy w Rosji, wybierając apartament, w którym mieli zamieszkać, oraz dopinając na ostatni guzik wszystkie inne niezbędne szczegóły. Goście mieli przecież przyjechać już za dwa tygodnie, a wszystko musiało być na tip-top.
Jurij był jej w tym użyteczny całkiem tak samo, jak wrzód na dupie. Rzucał bez ustanku głupimi komentarzami, gapił się w dekolt Ludmiły, albo na jej tyłek, zależnie od tego czym była odwrócona w jego stronę i zrzucał ustawicznie coś ze stołu, próbując zajrzeć pod jej spódnicę.
Kiedy po raz kolejny rozsypał na podłodze papiery, Ludmiła nie wytrzymała.
- O ile mi wiadomo, to z delirium tremens leży się w szpitalu, a nie pracuje - rzekła zgryźliwie.
- A kto ma delirium? - zdziwił się Jurij.
Ludmiła pomyślała bardzo źle o intelekcie swego kuzyna, po czym udzieliła mi odpowiedzi.
- Ty. Ręce ci drżą, stękasz, pocisz się, czerwieniejesz na gębie i ślinisz gorzej niż bernardyn. Który raz już upuszczasz te papiery?
- Taki niezręczny jestem - wymamrotał Jurij.
- Ja nie mam czasu na te gierki - oznajmiła stanowczo Ludmiła. - Albo zaczniesz się zachowywać jak człowiek dorosły i profesjonalista, albo wypad stąd. Mam robotę, a ty mi przeszkadzasz.
Jurij uporządkował starannie papiery i usiadł z dłońmi na stole, jak grzeczny uczeń.
- To co mamy do zrobienia? - zapytał.
- Jeszcze trzeba im znaleźć jakiegoś przewodnika - odparła Ludmiła. - Kogoś, kto zna angielski i pokaże im Moskwę.
- Po co? - zdziwił się Jurij. - Na pewno interesują ich tylko dupy i knajpy, a to to im każdy facet pokaże.
Ludmiła zwalczyła w sobie chęć walnięcia głową w najbliższą ścianę.
- Dupę im pokaże? - zapytała zgryźliwie. - Swoją? Może lepiej nie.
- Oj tam, znajdzie się kogoś, zwiedzać dużo nie będą - po kuzynie jej uwaga spłynęła kompletnie. - Przecież to prymitywy są!
- Znasz ich, że tak mówisz? - spojrzenie dziewczyny spoczęło na plakacie, reklamującym spotkanie z piłkarzami, leżącym na stole. Cztery widniejące na nim twarze nawet jej się podobały. - Nie wyglądają na prymitywów, a ten - postukała palcem w Lamparda - jest nawet przystojny.
- Przystojny? - Jurij się naburmuszył. - Wiesz co, ja się nimi zajmę, osobiście! Będziesz sobie siedziała w biurze, piła kawkę i nawet ich nie obejrzysz!
Zerwał się z krzesła.
- Tak, to świetny pomysł, po co ci kontakty z takimi typami! - zakrzyknął.
Duch przekory natychmiast ocknął się w Ludmile i wystartował z własną propozycją.
- Wiesz, co, to naprawdę świetny pomysł - oznajmiła. Jurij nadął się z dumy. - Ale troszeczkę go zmodyfikujemy.
- Tak? - zapytał ostrożnie Jurij.
- Otóż, kochany kuzynku, to ty będziesz siedział i pił kawkę, a przy okazji nadzorował całą imprezę, a ja będę oprowadzać naszych gości. Pawołoczkina ci pomoże w biurze.
Fiodorow drgnął, jakby chciał uciec, na twarzy zaś mignęła mu panika. Pawołoczkina była siłą fachową najwyższej klasy, trzymającą biura fundacji żelazną ręką, była jednak także damą po pięćdziesiątce, z ambicją wyglądania o dwadzieścia lat młodziej i niepokojącą słabością do Jurija, która to słabość objawiała się głównie całkowicie przypadkowym wpadaniem w ramiona jej obiektu, jak również podtykaniem mu pod nos dekoltu, wypełnionego biustem, który niezbyt dobrze znosił lata walki z grawitacją.
- Ale... jesteś pewna? - zapytał słabo.
- Absolutnie - Ludmiła przysunęła sobie laptop. - Zaraz siebie dopiszę gdzie trzeba... O. I już, załatwione.
Bolesny grymas w jakim Fiodorow odsłonił zęby miał być zapewne uśmiechem. Ludmiła stwierdziła, że jest gotowa polubić tych cholernych piłkarzy, o ile uda się jej dzięki nim sponiewierać tego kretyna jeszcze trochę.
Czterech graczy Chelsea siedziało w piękną lipcową noc na tarasie jednej z ekskluzywnych, londyńskich restauracji, wychodzącym na połyskujące w ciemnościach wody Tamizy. Lekki, ciepły wiaterek wiał szczęśliwie w stronę rzeki, oszczędzając biesiadnikom aromatów podgrzanych upałem, a niezbyt czystych wód.
Panowie celebrowali powrót z mistrzostw świata w Brazylii. Petr Cech wprawdzie pojechał tam w celach wyłącznie turystycznych, a Terry i Lampard skończyli udział w turnieju na fazie grupowej, za to drużyna Loczka, czyli Brazylia, wygrała całą imprezę, a zatem świeży laur na jego skroni wymagał dogłębnego uczczenia.
Po wymianie wrażeń z Mundialu (Luiz, opowiadając, odtańczył wokół stolika coś w rodzaju tańca plemiennego) i oplotkowaniu kolegów, rozmowa zeszła na temat ich delegacji do Rosji.
- Słuchajcie - rzekł David, nawijając w zamyśleniu jeden z loków na palec. - A właściwie to jacy są ci Rosjanie?
Petr wzruszył ramionami.
- Jak to ludzie - odparł. - Różni są.
- A mają tam ładne laski? - zainteresował się Terry. - No wiecie, po raz pierwszy tam posiedzę przez chwilę, bez trenera nad głową.
- Mają - odparł Petr.
- Polacy mają ładniejsze -stwierdził Lampard. - Ale nieprzystępne. Winka, panowie?
Cała trójka skinęła zgodnie głowami, Frank zatem uzupełnił poziom napojów w kieliszkach.
- Polacy - wzdrygnął się Terry. - Piłem kiedyś z Borucem i Wasilewskim. Kurwa, następnego dnia myślałem, że zdechnę!
- No co ja słyszę, kiedy to było? - niemal obraził się Lampard. - Chlałeś z nimi beze mnie?
- Oho, w stare, dobre małżeństwo wkradła się zazdrość - David Luiz zastrzygł teatralnie brwiami.
- Ty, zaraz oberwiesz w merynosa - zasugerował Terry. - Frankie, to nie tak jak myślisz! Ty wtedy na antybiotykach leciałeś, to co, miałem cię zaprosić, żebyś cierpiał?
Loczek złapał się operowym gestem za pierś, wywracając przy tym oczyma.
- To byłby dramat egzysssstencjalny - rzekł z namaszczeniem. Cech uśmiechnął się nad talerzem.
- Nawet pary z gęby nie puściłeś - rzekł Frank z urazą.
- Oj, no, przepraszam - sumitował się Terry. - Ale nie masz czego żałować, znaczy fajni z nich kolesie, ale, w mordę, ten ból następnego ranka...
Na szczęście dla Franka jego poranek po nie okazał się tak traumatyczny. Owszem, noc była cięzka, ale nie z powodu jego opilstwa, tylko dlatego, że siadła klimatyzacja, a Angila wciąż tkwiła w szponach iście afrykańskich upałów, jakich nie tylko najstarsi ludzie, ale i najstarsze budowle na Wyspach nie pamiętały. Administracja budynku obiecała fachowca, ale ten jechał chyba ślimakiem wyścigowym, bo nie zdążył dotrzeć na miejsce przez trzy dni.
Frank obudził się spocony i poirytowany, do tego również cokolwiek spragniony. Napił się wody mineralnej, włączył ekspres do kawy i wskoczył pod prysznic. Obiecał sobie zadzwonić do administracji zaraz po wyjściu z łazienki, kiedy już złagodnieje, nie chciał bowiem mieć na sumieniu ofiar śmiertelnych. Kończył właśnie spłukiwać z siebie pianę, gdy przez szum wody przedarł się dźwięk gongu przy drzwiach.
Wiedziony nadzieją, iż jest to upragniony fachowiec, Lampard wyskoczył spod prysznica jak stał, w biegu łapiąc z łóżka prześcieradło. Owinięty nim jak togą otworzył drzwi i ledwie powstrzymał cisnący mu się na usta jęk zawodu.
W progu stało dwóch facetów, ubranych, mimo skwaru, w czarne garnitury. Frank spojrzał w dwie pary lśniących okularów przeciwsłonecznych i pomyślał, że widzi dwóch agentów Smithów z "Matrix".
- Pan Lampard? - zapytał Smith Pierwszy.
- Tak, a o co chodzi? - zapytał Frank.
Zamiast udzielic odpowiedzi, obaj Smithowie jak na komendę złapali Lamparda za ramiona i pociągnęli ku sobie. Szarpnął się, usiłując przylać któremukolwiek w mordę, poczuł dziwne ukłucie w szyję... i odpłynął.
Pierwszym, co ujrzał, kiedy wrócił do siebie i otworzył oczy, był bardzo ozdobny plafon, na bardzo ozdobnym i obfitujacym w złocenia suficie. Z jego prawej strony znajdowało się zaś oparcie kanapy, niewątpliwie zabytkowej, obitej jedwabiem w róże. Przemknęło mu przez głowę, że trafił na bandytów o luksusowych upodobaniach, więc może oszczędzą mu tortur.
Potem spojrzał w Lewo i zbaraniał.
Na dwóch fotelach, naprzeciw kanapy, obitych identyczną materią w róże, siedzieli premier David Cameron i minister spraw wewnętrznych Theresa May, przyglądając mu się z wyraźną troską.
- Mam halucynacje! - jęknął Lampard, zrywając się na równe nogi.
Śledzący go wzrok pani minister powędrował ku górze, potem zaś opadł dziwnie nisko i Frank uświadomił sobie, że jest odziany jedynie w prześcieradło, które pod wpływem gwałtownego ruchu obsunęło mu się nieco z bioder. Złapał kurczowo tkaninę i zakrył się starannie, po czym usiadł sztywno na kanapie.
- Witamy, panie Lampard - rzekł ktoś trzeci.
Z cienia wysunął się nieco łysiejący mężczyzna w średnim wieku i podszedł do malowniczej grupy, ulokowanej wokół kanapy.
- Nie ma pan halucynacji - rzekł. - To jest premier Cameron, a to pani minister May.
- A pan? - zapytał Lampard ostro. - I dlaczego porwano mnie z mojego domu?
- Jeśli chodzi o to kim jestem, musi pan się zadowolić moim pseudonimem - odparł nieznajomy spokojnie. - Nazywam się H. Co się zaś tyczy pańskiego stroju i sposobu przybycia tutaj... no cóż. Agenci MI5 nie zrozumieli chyba moich instrukcji. Przepraszam za ich niefortunną decyzję sprowadzenia pana tutaj w takim stroju.
- Pan H pracuje dla rządu Jej Królewskiej Mości - wtrącił się premier. - Wciągnięcie pana w tę sprawę było jego pomysłem, który ja nie do końca aprobuję.
- Panie premierze! - w głosie minister zabrzmiała przygana. - Dobrze pan wie, że nie mamy innego wyboru!
- Ja mam wybór - przypomniał Lampard chłodno. - Mogę mianowicie wstać i wyjść, co uczynię, jeśli się nie dowiem o co tu chodzi.
- W prześcieradle? - zapytał cierpko premier.
- A czemu nie? - odparł Frank zaczepnie. - Mogę nawet bez.
Cameron zrobił minę rozjechanej żaby, natomiast May przeciągnęła palcem za kołnierzykiem białej bluzki, starannie omijając Franka Lamparda wzrokiem, końcówki jej uszu zaś płonęły czerwienią niczym ostrzegawcze diody.
- Chodzi o jajka - rzekł wreszcie premier z ociąganiem.
Lampard wytrzeszczył oczy.
- O co, przepraszam? - zapytał ze zdumieniem, przekonany, że coś źle usłyszał.
- O jajka - mruknął premier.
Pani minister ukryła twarz w dłoniach, natomiast H włączył się na powrót do rozmowy.
- Pan premier pójdzie teraz odpocząć - rzekł. - Rozumie pan, panie Lampard, że myślenie jest bardzo wyczerpującą czynnością dla kogoś, kto nie jest do tego przyzwyczajony. Pani minister, niech pani będzie łaskawa odprowadzić szefa rządu na piętro, tam się nim zajmą.
Premier Cameron rzucił H spojrzenie o sile kilku megaton, jednak nie powiedział ani słowa. Zamiast tego podniósł się i wyszedł, trzaskając drzwiami, za nim podreptała zaś minister May.
H nacisnął guzik interkomu na biurku.
- Pani Hudson, dwie kawy - rzekł. - Bez śmietanki. Obie.
Spojrzał na Lamparda, który wprawdzie niewiele rozumiał z zaistniałej sytuacji, ale coraz lepiej się bawił.
- Wiem, że nie zdążył pan wypić swojej porannej kawy - H wykonał twarzą gimnastykę, mającą być zapewne uśmiechem.
- A skąd pan to wie? - zapytał zaciekawiony Frank.
- Och, ja wiem wszystko, co chcę wiedzieć - odparł spokojnie H. - Przejdźmy jednak do rzeczy. Premier częściowo miał rację, w tej sprawie chodzi o jajka, ale dość specyficznego i bardzo cennego rodzaju.
W głowie Franka wybuchło niczym raca skojarzenie.
- Faberge?
Twarz H ponownie wykonała gimnastykę.
- Widzę, że właściwie oceniłem pański intelekt i wiedzę - rzekł. - Tak, jaja Faberge, stworzone przez słynną rosyjską firmę jubilerską, na zamówienie carów Rosji. Pierwsze takie jajo powstało w roku tysiąc osiemset osiemdziesiątym piątym, ale to nie o nie chodzi.
Rumiana kobieta w średnim wieku wpłynęła bezszelestnie do gabinetu i postawiła na stoliku przed kanapą tacę z dwiema filiżankami kawy i cukiernicą.
- Dziękuję, pani Hudson - rzekł H, odprowadzając ją spojrzeniem do drzwi. - Wszystkich jaj jest pięćdziesiąt cztery. Osiem z nich zaginęło po rewolucji październikowej. Jedno zostało wywiezione na zachód, w latach 60 sprzedano je w USA, a całkiem niedawno pojawiło się na aukcji u nas, w Zjednoczonym Królestwie.
- Ale siedmiu pozostałych przecież nie odnaleziono - zauważył Lampard.
H skinął głową.
- Zgadza się. Widzi pan, po rewolucji klejnoty carskiej rodziny zostały wywiezione z Petersburga do Moskwy. Tam, na polecenie Trockiego, Anton Faberge skatalogował całą kolekcję, fotografując każdy klejnot, z jakiegoś jednak powodu w tym katalogu nie ma siedmiu interesujących nas jaj, choć wiemy, że wywieziono je z Petersburga w tym samym czasie i tym samym transportem. Również na wystawie, urządzonej przez bolszewików w 1925 owe jaja były nieobecne. Cała ta kolekcja biżuterii zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach, niech pan sobie to wyobrazi, osiem, lub dziewięć skrzyń klejnotów... plus oczywiście siedem jaj Faberge.
- Romantyczne - stwierdził Frank, z lubością popijając kawę, która, musiał przyznać, była wyborna. - Niemniej jednak nie widzę tu jeszcze odpowiedzi na pytanie co w tym wszystkim robię ja.
- Dojdziemy do tego - odparł H. Zwilżył gardło kawą, po czym kontynuował. - Oczywiście, od czasu do czasu wypływały na aukcjach jakieś drobiazgi...
- Tiara księżnej Marlborough? - podsunął Frank. Jego była dziewczyna, Christine, miała kota na tle biżuterii i potrafiła o niej gadać godzinami, pokazując mu zdjęcia co piękniejszych egzemplarzy. Księżna Gladys i jej tiara jakoś utkwiły mu w pamięci.
- Należała pierwotnie do rodziny carskiej, ale nie była częścią skarbu, o którym mówię - odparł H. - Ten skarb leżał nienaruszony, być może zapomniany, przez lata. Jednakże najwyraźniej został odnaleziony, ponieważ ostatnio proponowano kilkakrotnie, różnym bogatym osobom, nabycie jednego z siedmiu zaginionych jaj Faberge, jak również innych klejnotów z carskiej kolekcji. Drogą komedii błędów i pomyłek, którą MI6 nazywa żmudnym śledztwem, ustalono, że owym tajemniczym oferentem jest niejaki Nikita Fiodorow, rosyjski oligarcha, nie on jednak posiada te klejnoty. To zaledwie pośrednik. Prawdziwym sprzedającym jest Władimir Putin.
- Putin? Nie sądzę, żeby akurat jemu brakowało pieniędzy - Lampard pokręcił głową.
- A jednak - rzekł H poważnie. - Otóż widzi pan, Rosja prowadzi głęboko tajne badania nad... pewnym rodzajem broni, tak to określmy. Są to jednak badania szalenie kosztowne, a ekonomia Rosji nie wygląda tak cudownie, jak się nam to maluje, Putin nie może sobie pozwolić na wyjęcie dwustu milionów dolarów z kasy państwa, bo zdestabilizowałby sobie z kretesem równowagę finansową. Sam nie jest w stanie wyłożyć takiej kwoty, więc próbuje innych metod. A że kolekcja jest kradziona, legalna jej sprzedaż jest niemożliwa, stąd sprzedawanie chyłkiem, za pomocą starego przyjaciela Fiodorowa. I tu się zaczyna pańska rola.
- Mianowicie jaka? - brwi Lamparda uniosły się z zaciekawieniem.
- Otóż pewien idiota spalił nam siatkę wywiadowczą budowaną wokół Fiodorowa. Pan jest człowiekiem bogatym, znacznie bogatszym niż to prezentują media. Byłoby pana stać na kupno jednego jaja Faberge. Ponadto jest pan dostatecznie inteligentny, żeby nie spieprzyć całej akcji.
- Rozumiem - Frank spojrzał na H, zaplatając ramiona na swej nagiej piersi. - Potrzeba wam autentycznie bogatego człowieka, bo jeśli Fiodorow nie jest idiotą, sprawdza potencjalnych kupców. Przebieraniec zostałby zdemaskowany w pięć minut. Co mam zrobić, sprawdzić, gdzie on trzyma te klejnoty?
Tym razem gimnastyka twarzy H zaowocowała grymasem do złudzenia przypominającym prawdziwy uśmiech.
- Właśnie tak, panie Lampard - rzekł. - Właśnie tak.
- Dobrze - Frank popił jeszcze kawy. - A właściwie dlaczego miałbym to zrobić?
- Nie będę wygłaszał mów o obowiązku patriotycznym, jeśli tego się pan spodziewa - odparł H. - Niech pan jednak dobrze zrozumie, Ukraina nie syci apetytów Putina w najmniejszym stopniu, a owe badania mogą dać mu do ręki potworną moc. Niech pan sobie wyobrazi co by było, gdyby w roku 1939 fizycy na usługach Hitlera zdołali skonstruować bombę atomową.
Lampard sobie wyobraził i nie potrafił opanować dreszczu zgrozy.
- Teraz jesteśmy w podobnej sytuacji, a dopóki nie zlokalizujemy tego ośrodka badawczego, możemy tylko przeszkadzać w badaniach ile się da. Braki finansowe mogą je bardzo spowolnić, musimy zatem ukraść te klejnoty i oddać w ręce spadkobierców prawowitych właścicieli.
- No dobrze - wizje atomówki w rękach nazistów nie chciały zejść z oczu wyobraźni Franka. - Przekonał mnie pan, wchodzę w to.
Wyciągnął dłoń do H, ten ją uścisnął z właściwym sobie kamiennym spokojem.
- Musi pan być jednak gotów na wszelkie poświęcenia, o narażeniu życia nie wspomnę - rzekł. - Być może będzie musiał pan kogoś uwieść, to niezwykle skuteczna metoda pozyskiwania informacji.
- Uwieść? I może jeszcze przelecieć?
- Jeśli zajdzie taka konieczność, przeleci pan nawet Putina.
- Putin nie jest w moim typie - odparł spokojnie Lampard
- To zamknie pan oczy i będzie myślał o Anglii! - oznajmił H dobitnie.
- No trudno - westchnął Frank. - Czy to już koniec tej rozmowy? Chciałbym wreszcie włożyć majtki.
Podsłuchująca z ukrytego pomieszczenia szefowa MI6 odetchnęła z ulgą.
_______________________________________________________________________________
Oddaję w wasze ręce rozdział pierwszy, z nadzieją, że się spodoba i dziękuję za wszystkie komentarze, które znakomicie wpływają na moje natchnienie ;)


A w bonusie Lampard i Loczek robią "Jaa pójdę górą, jaaa pójdę górą, a ty doooliiinąąąą!"

Martina




czwartek, 13 marca 2014

Prolog

 Szuflada secesyjnego biureczka była niedomknięta, wystawał z niej bowiem rożek papierowej torebki.Wystawał, można powiedzieć, kusząco, wręcz wabił syrenim śpiewem, zachęcając do otwarcia szuflady i sięgnięcia do wnętrza torebki.
Kobieta w eleganckim beżowym kostiumie odwróciła pospiesznie wzrok od biurka i nerwowym gestem poprawiła nienagannie ułożone, krótkie blond włosy. Nie ulegnie, nie pozwoli sobie na chwilę słabości. Jest silna. Ma niezłomny charakter. Szkolono ją, by wytrzymała wszystko, nawet najgorsze tortury.
Zaczęła spacerować nerwowo po pokoju, stukanie jej obcasów tłumił kosztowny, zabytkowy dywan. Z portretów, wiszących na obitej dębową boazerią ścianie, patrzyły na nią oczy jej szacownych poprzedników. Ciekawe, co oni by zrobili w takiej sytuacji.
Blondynka prychnęła gniewnie. No gdzież jest ten pułkownik? Zerknęła na zegarek. Miał tu być kwadrans temu, z najświeższymi danymi, zupełnie jakby nie mogli tych danych dostarczyć na jej służbowy laptop, podpięty przecież do firmowej sieci i zabezpieczony po zęby. Zdecydowanie trzeba tu będzie przeprowadzić gruntowne reformy. Przecież to absurdalne!
Zerknęła ponownie na wystający z niedomkniętej szuflady rożek torebki. Potem jeszcze raz.
Jest szefową MI6, do licha, nie może tak...
Poddała się. Zdecydowanym ruchem otworzyła szufladę i zagłębiła dłoń w papierowym opakowaniu. Pod palcami poczuła znajomy, chłodny kształt.
Polskie krówki!
Z westchnieniem błogości szefowa wywiadu Jej Królewskiej Mości odwinęła cukierek z papierka i wpakowała go sobie do starannie uszminkowanych ust. Nic nie mogło równać się z tym smakiem. Odkąd rzuciła palenie dwadzieścia lat temu, polskie krówki były jej jedynym nałogiem.
Drzwi szczęknęły, jęknęły żałośnie zawiasy, oliwione ostatnio chyba za czasów Wilhelma Zdobywcy, do pokoju wpadł zaś zdyszany mężczyzna w pożałowania godnym stanie. Elegancki krawat miał poluzowany, koszulę zmiętą, włos zmierzwiony, a do tego brakowało mu marynarki.
Szefowa wywiadu skrzywiła się, ledwie zauważalnie. Taki stan... rozebrania uważała za fatalny brak etykiety, a do jej wymogów miała stosunek porównywalny do cesarza Austrowęgier Franciszka Józefa, który, bliski uduszenia się na śmierć podczas silnego ataku kaszlu, ostatkiem sił pytał interweniującego lekarza, czemuż ten nie ma na sobie przepisowego fraka.
- Cóż to się stało, pułkowniku? - zapytała szefowa cierpko., przełykając resztki krówki.
- Katastrofa, proszę pani, katastrofa - wyziajał pułkownik. - Dane na temat naszej siatki przez głupi błąd wpadły w ręce Rosjan. Nasz człowiek w Kurniku zabity, znaleziono go w jego mieszkaniu. Oficjalnie przedawkował kokainę.
- A nieoficjalnie?
- Nieoficjalnie ktoś mu tę kokę pomógł zażyć. Ewakuujemy resztę, wszystko stracone, nie mamy tam ludzi! I nie mamy czasu na odbudowanie siatki!
Szefowa pochłonęła gwałtownie kolejną krówkę, na uspokojenie, po czym przez pięć minut intensywnie medytowała z zamkniętymi oczyma. Gdy je otwarła, w jej porcelanowoniebieskich tęczówkach malowała się absolutna pewność.
- Dzwoń do H - oznajmiła.
- Alealeale... przecież... - zająknął się pułkownik. Przestąpił z nogi na nogę. - On dla nas już nie pracuje!
- Pracuje. Nieoficjalnie - odparła niecierpliwie jego przełożona. - Dzwoń do H, natychmiast. On będzie wiedział co zrobić.
Biba po zdobyciu mistrza była potworna. Cała ekipa schlała się równo (wódeczkę, na wyraźne życzenie zespołu polską, zasponsorował i dostarczył osobiście Abramowicz), nawet Mou się zalał w pestkę. Co prawda trochę po tym rozrabiał, najpierw wlazł na stół i wrzeszczał, że jest najlepszym trenerem na świecie, a Real go może tu, o tu pocałować, po czym spuścił spodnie i zademonstrował co mają całować Królewscy. Potem wziął łysego Moraisa za Pepa Guardiolę i chciał mu dać w mordę, bełkocząc coś o Lidze Mistrzów, z której Niebiescy wszakże odpadli w ćwierćfinale, do akcji wkroczyli zatem Cech, Lampard i Ivanovic, którzy zręcznie obezwładnili furiata i położyli go spać w jednym z klubowych pomieszczeń.
Przy tej okazji odkryli, że w schowku na szczotki śpi półnagi i urżnięty Terry, w towarzystwie równie urżniętej i świecącej niczym nie okrytymi silikonami aktualnej partnerki Ashleya Cole. Pragnąc uniknąć scen brutalnych i krwawych, które niechybnie by nastąpiły, gdyby Ash odkrył niewierność swej bogdanki i zdradę kumpla, panowie obudzili rozkoszną parę, starli Terremu z gęby ślady szminki i kazali iść na salę, dziewczynę Cole'a zaś przyokryli nieco, wsadzili w taksówkę i wysłali do domu. Nie zauważyli, że do pokoju trenerskiego, w którym spał Mou, zakradł się David Luiz, z szelmowską miną i niezmywalnym markerem w dłoni.
Następnego dnia Mou przyjechał do klubu w szaliku, zawinięty jak arabska narzeczona, chociaż termometr wskazywał dwadzieścia pięć stopni w cieniu.
- A temu co? - zdziwił się Branislav, gdy minęli się w korytarzu z trenerem. - Przeziębił się?
- Może jeszcze go trzyma od wczoraj - zaśmiał się złośliwie Nando, wchodząc do szatni.
- No, panowie, wdziewać gatki, będą okolicznościowe słitfocie - pogonił Terry. - Cholera, który mi wczoraj podrzucił do kieszeni szminkę i puderniczkę?
- A co, kolory ci nie pasują do karnacji? - zakpił Eto'o.
- Nie współgrają mu z bielizną - zachichotał Schurrle. - Wieczorową!
Cole zamarł z koszulką w ręku.
- A to ciekawe co mówisz, John - zauważył lodowato. - Bo mojej dziewczynie zginęły akurat szminka i puder. Wczoraj. Dziwne, nie?
Petr, Frank i Branislav wymienili porozumiewawcze spojrzenia, natomiast Terry pobladł lekko.
- Stary, ja nie mam pojęcia co się wczoraj działo - odparł z pozorną swobodą. - Film mi się urwał, ale totalnie.
- Doprawdy? - Ashley uniósł brew.
- To Loczek ci podrzucił - odezwał się znienacka Lampard. - Sam widziałem. Petr, ty nie? Siedziałeś obok Johna.
- Zgadza się - przyświadczył flegmatycznie Cech. - Loczek się wygłupiał, jak zwykle.
Cole przyglądał im się ze zmarszczonymi brwiami, widocznie nie dowierzając. Potem posłał kose spojrzenie Terremu, by wreszcie skupić się na Luizie, który z wielkim zajęciem dłubał w swoim telefonie.
- Ej, Loczek! - Cole klepnął Brazylijczyka w plecy. - Wiesz coś o tym?
- Co? O czym? - oderwany od smartfona Loczek miał nieprzytomne spojrzenie.
- Ktoś podrzucił Johnowi szminkę i puder do kieszeni - rzekł z naciskiem Lampard. - Wiemy, że to ty.
- Ja? - zdziwił się Loczek. Lampard spojrzał na niego z niemym błaganiem, aż wreszcie pod strzechą orzechowych loków zaiskrzyło. - A, no jasne, że ja! Zawsze robię głupie rzeczy przecież! Taki motylek debilek ze mnie!
Luiz zatrzepotał dłońmi, jakby chciał odlecieć. W szatni rozległy się śmiechy.
- Ale nie gniewasz się Johnny, prawda? - teraz David zatrzepotał na odmianę rzęsami.
- Idź, świrze jeden - Terry machnął ręką, starannie kryjąc ulgę.
Cole mruknął coś pod nosem i dokończył się ubierać. W sam czas, bo do szatni wszedł Mourinho.
- Co się panu stało, trenerze? - zapytał Frank, wskazując szal, spowijający dolną część twarzy Mou, aż po sam nos.
- Ffffpadaj - prychnął Mourinho, nieco niewyraźnie, bo przeszkadzał mu szalik. - Fłufajcie, Felfea offiera w Moffie nofą szkółkę piłkarfką. W liffu. Delegaffja zafodnikóf pojedzie ją fromować.
- Trenerze, nic nie rozumiem - jęknął Ramires.
- Ja też - poparł go Nando. - Pan zdejmie ten szalik!
Mou rzucił mu mordercze spojrzenie i kontynuował, dalej zmagając się z włochatą tkaniną.
- Fskład delegaffi fejdzie fterech ludzi. Ferry, Lamfart, Fech...
Tu urwał, ponieważ w szatni zapadła grobowa cisza. Dwadzieścia parę par oczu patrzyło na niego z baranim zdziwieniem, gdy dwadzieścia parę mózgów usiłowało zdekodować usłyszane właśnie nazwiska.
- Ale że kto? - zapytał Azpilicueta.
- Ferry, Lamfart i Fech! - wrzasnął Mou, a widoczne nad szalikiem części jego twarzy wyraźnie zczerwieniały.
- Sorry, szefie, nie rozumiemy - oznajmił Terry.
Trener pozbył się szalika jednym gestem i ryknął na całe gardło.
- Terry, Lampard i Cech! A jako czwarty jedzie ten skurwysyn, który mi to namalował! - wskazał palcem swoją górną wargę, na której widniały wielkie, czarne, ozdobnie zakręcone wąsy.
Najpierw zapadła cisza. Potem w szatni odezwały się zduszone chichoty, tu i tam. Potem dwadzieścia parę gardeł eskplodowało potężnym rechotem..
- Mam w dupie wasze plany urlopowe, mam w dupie wasze matki, żony i kucharki... kochanki! - Mou przekrzykiwał hałas. - Łapiecie?! Ktokolwiek to zrobił, zawlekę go do Rosji za łeb i będzie się z białymi niedźwiedziami całował!
- Ale szefie - Terry ocierał z oczu łzy radości. - My nie wiemy kto to.
- Niech się przyzna! - zabulgotał Mourinho. - To może go nie zabiję! Jak ja mam teraz pozować do zdjęć?
- Spokojnie, trenerze, zaraz coś zaradzimy - Lampard jął lać oliwę na wzburzone morze. - Mam dzieci, nie takie rzeczy jak marker już z nich zmywałem. Panowie, niech któryś skoczy do stołówki po oliwę!
Poderwali się Eto'o i Nando, tymczasem Frank posadził Mou na krześle obok umywalki i jął przygotowywać się do operacji zmywania wąsów ze skupieniem godnym chirurga.
- Terry, na szafce Cesara stoi miseczka, opłucz ją z kurzu i nalej ciepłej wody - komenderował. - Oscar, podaj czysty ręcznik. Eden, daj ten twój hypoalergiczny żel do mycia twarzy.
Zaczął szorować purpurowe jeszcze ze złości oblicze trenera wodą i żelem, tak, że czarne namalowane wąsy pokryły się białymi, stworzonymi z piany.
- Teraz osuszyć... - starannie wytarł pianę ręcznikiem.
- Mamy oliwę! - zdyszany Nando wpadł do szatni z małą buteleczką w dłoni. Za nim wsunął się ubawiony Samuel.
- Bardzo dobrze - rzekł Lampard. - Trochę oliwy...
- Żeby mi to skóry nie zniszczyło - burknął Mou.
- Szefie, ale to z pierwszego tłoczenia, bardzo dobra oliwa! - zapewnił Torres.
- Dziewicza - wyrwało się Terremu.
- Widzi szef, już schodzi - rzekł Lampard, trąc ręcznikiem naoliwione wąsy na twarzy Mourinho.
Wąsy istotnie znikały w miarę jak Frank przemywał skórę Mou na przemian oliwą i żelem i już się wydawało, że czyn ów straszliwy ujdzie sprawcy płazem, gdy drzwi się otwarły i stanął w nich asystent trenera, Steve Holland.
- Panowie, fotopstryki dostają sraczki - rzucił. - Pospieszcie się trochę. Aha, Loczek, oddaj mi tego markera co wczoraj pożyczałeś.
Mou zerwał się z krzesła, ochlapując Franka mydlinami i ciskając ręcznik na głowę Azpilicuety.
- To ty! To ty... tyyyy... tyyyyy... Zbrodniarzu! - ryknął, stając przy Loczku.
Wyraz nieskazitelnej, dziecięcej niewinności wypłynął na twarz Luiza.
- Ja? - zapytał David. - No co też trener, czy ja wyglądam na takiego?
- Wyglądasz! - wrzasnął Mou, wspinając się na palce, tak, by znaleźć się z Luizem nos w nos. - I jedziesz do Rosji! I mam nadzieję, że cię tam coś zeżre!
Odwrócił się i spojrzał na pozostałych zawodników.
- Cech, Lampard, Terry - wyliczył, po czym dodał złowieszczo. - I Luiz. Widzę was tu z walizkami w łapie dwudziestego drugiego lipca. Zwolnień nie udzielam, z żadnego powodu!
- Znaczy, jeśli któryś z nas umrze, zawlecze pan do Moskwy zwłoki? - zapytał Loczek z zainteresowaniem.
Mou spojrzał na niego tak, że z Brazylijczyka powinno pozostać tylko dymiące obuwie, po Loczku jednak owo mordercze spojrzenie splynęło jak woda po gęsi.
- A teraz idziemy, prasa czeka - oznajmił Mou. Przejrzał się dokładnie w lustrze, po czym wyszedł z szatni, nie oglądając się za siebie.
Tego samego dnia, tyle że wieczorem, na tarasie podmoskiewskiej daczy siedziały dwie dziewczyny. Siedziały wygodnie na bujaku z wikliny, w dłoniach trzymały kieliszki aromatycznej nalewki malinowej, a z poduszek między nimi wystawała szyjka butelki.
- Za nas, Ludka - niższa z dziewczyn potrząsnęła burzą czarnych loków. - Za naszą wolność. I precz z facetami!
- Teraz mówisz precz, a wczoraj jeszcze umierałaś z miłości do tego blondyna z Niemiec - Luda, eteryczna, smukła blondynka, uniosła ironicznie brew. - Chciałaś się wyprowadzać do Westfalii!
- Wczoraj było wczoraj - odparła brunetka, zaglądając jednym okiem do kieliszka. - A dzisiaj jest dzisiaj i piękny niemiecki blondyn jest bezpłciowym idiotą.
- O, naprawdę? A czym sobie zasłużył na tak okrutną opinię z ust uznanej artystki, Zoi Bukowskiej? -zaśmiała się Luda.
- Uciekł na mój widok - wyznała smętnie Zoja. Przez chwilę kontemplowała zachód słońca nad lasem, po czym westchnęła i wróciła do tematu. - Chyba go trochę za energicznie prosiłam o pozowanie do tego aktu. No ale żeby się przede mną chować w paprotkach, w hotelowej recepcji, to przecież przesada. Siłą bym go nie rozebrała!
Zoja Bukowska była uznaną w Europie malarką i miłośniczką życia we wszelkich jego przejawach. Energiczna i radosna, stanowiła dla spokojnej, skupionej na pracy Ludmiły znakomitą rozrywkę.
- Ty słuchaj - rzekła, opierając podbródek na pięści. - A może byśmy skoczyły sobie w lipcu do Barcelony? W firmie twojego ojca i tak będzie spokój, nikt nie zauważy jak weźmiesz urlop!
Luda pokręciła głową.
- Odpada - odparła smętnie. - Abramowicz otwiera szkółkę piłkarską, a Fundacja Fiodorowa w niej partycypuje. Muszę się zająć promocją tego cholerstwa. Roboty po pachy.
Czarne loki jakby nieco oklapły.
- Szkoduchna - Zoja pokręciła głową. - Popodrywałybyśmy ognistych Hiszpanów... ci, rozumiesz, muskularni bruneci!
Luda spojrzała na nią z rozbawieniem.
- To nordycy już cię nie kręcą?
- Niemiec okazał się niewypałem, a Mads Mikkelsen bardzo grzecznie odmówił pozowania - westchnęła Zoja. - Ciężkie jest życie artystki...
- Całkiem tak samo jak ze Słowianami. Pamiętasz tych dwóch polskich piłkarzy, co się na ciebie obrazili, bo jedneego namalowałaś z rybią głową, a drugiego z końskim łbem? - prychnęła Luda.
- A bo ten rybny się do mnie dostawiał. A ma żonę - w niebieskich oczach Zoi błysnęło gniewnie. - Wiesz, że tego nie lubię. Kogo ja będę malować latem?
- Przynajmniej nie będziesz musiała oglądać przez całe lato ponurej mordy Jurija Fiodorowa - mruknęła Ludmiła. - Mój cholerny kuzynek niestety nagle się zainteresował fundacją.
Zoja wygrzebała butelkę spomiędzy poduszek i dolała do kieliszków.
- Nie fundacją, tylko za tobą lata - mruknęła zgryźliwie. - A raczej za fortuną rodu Fiodorowów. Bez ciebie jej nie odziedziczy.
- Pacan - mruknęła Luda. - Nie ma na świecie normalnych facetów? Takich, którzy widzieliby we mnie nie dupę, nie skarbonkę, tylko człowieka?
- Gdzieś pewnie są - odparła Zoja. - Ale chyba nie na tej planecie.
Westchnęły równocześnie i wychyliły zawartość kieliszków.
Luda zadarła głowę w górę, jakby chciała wypatrzeć na mroczniejącym niebie planetę zamieszkaną przez normalnych mężczyzn.
- Chciałabym spotkać prawdziwego dżentelmena - rzekła w rozmarzeniu.
Zoja przytuliła się do jej ramienia.
- A ja ognistego Latynosa - oznajmiła.
- Patrz, gwiazda spada!
- Może nam spełni zyczenia?
Perlisty smiech wypełnił na moment przedwieczorną ciszę.
______________________________________________________________________________
Oto moje nowe opowiadanie, powstałe z inspiracji nieocenionej Fioli, której bardzo dziękuję za bycie nieustającym źródłem natchnienia i poganianie mojego kulejącego Wena drągiem :* Mam nadzieję, że wam się spodoba to dzieło!


A w ramach bonusu Loczek i jego klata :)

Martina