wtorek, 22 lipca 2014

Rozdział 6

 Słońce już zachodziło, gdy Zoja i David znaleźli się nad rzeką. Pomalowanym ongiś przez hipisów w psychodeliczne wzory i kolory garbusem artystki objechali wcześniej Moskwę śladami bohaterów "Mistrza i Małgorzaty", przy czym największą uciechę sprawił im napotkany gdzieś na Sadowej trzepak, na którym przez dłuższy czas pokazywali sobie wzajem ulubione sztuczki gimnastyczne z dzieciństwa, zaśmiewając się przy tym do rozpuku. Gadali przy tym, gadali cały czas, o powieści Bułhakowa, o tym co lubią, a czego nie, o swoich pasjach, o życiu i o mnóstwie innych spraw.
Wreszcie, gdy garbus zaparkował na nadrzecznej łące, słowa im się skończyły, więc tylko siedzieli na masce, machając bosymi stopami i patrzyli, nic nie mówiąc. A było na co, bo słońce już nikło z wolna za drzewami na drugim brzegu, barwiąc niebo różem i fioletem. Znad zarumienionej wieczorną zorzą wody bił biały opar, spowijający niczym welon aksamitne łąki, na których trawa mieszała się z kwiatami.
- Nie wiedziałem, że Rosja jest taka... magiczna - szepnął David.
Zoja uśmiechnęła się do niego.
Loczek spojrzał na ten uśmiech i poczuł, że rozpływa się w nadziemskiej błogości.
- Jest bardzo magiczna - szepnęła malarka. - Zawsze taka była. Dziwna, trudna i magiczna.
- To całkiem jak Brazylia - Loczek oparł swą kędzierzawą głowę o jej ramię.
Poczuła zapach jego włosów, ciepły i dziwnie kojący. Musnęła je ustami, potem koniuszek różowego ucha, wystający spomiędzy orzechowych sprężynek. David odwrócił twarz w jej stronę, ich usta znalazły się blisko, bliziutko siebie.
I wtedy w zaroślach, gdzieś z boku, parsknął koń.
Malarka i piłkarz odskoczyli od siebie, akurat we własciwym momencie by ujrzeć jak rosły siwek o długiej grzywie i mocnym zadzie płynąc przez mgłę schodzi ku wodzie, wyciąga szyję i zaczyna pić.
- Skąd on się tu wziął? - zapytał cicho David.
- Nie mam pojęcia - Zoja nie odrywała oczu od czworonożnego zjawiska wśród falującej mgły. - Ej, a może on tez jest...
- Magiczny? - dokończył Loczek.
Zaśmiali się. Koń poderwał głowę, strzygąc uszami w ich stronę.
- To tylko my - Luiz wstał zwinnie z maski. - Dwójka wariatów. Nie masz się czego bać.
Niemal bezszelestnie podszedł do konia i położył dłoń na jego chrapach, szepcąc coś, zoja nie wiedziała co, bo była za daleko, by dosłyszeć słowa. Siwek, jakby uspokojony, czy przekonany słowami Davida parsknął, skubnął wargami powietrze, potem czuprynę Loczka, dając się poklepywać i głaskać po szyi.
Zoja chłonęła tę scenę szeroko otwartymi oczyma, usiłując niczego nie uronić, wiedząc że po prostu będzie musiała to namalować. Wysoki, szczupły chłopak, z niesforną strzechą szalonych loków, stał po kolana we mgle, głaszcząc siwego konia. W tle falowała mleczna kurtyna oparu, przetykana srebrem rzeki i zwieńczona szarofioletowym sklepieniem mroczniejącego nieba.
On też, pomyślała Zoja, on też jest magiczny, ten Loczek.
Jakby w odpowiedzi na jej myśli David odwrócił się i wyciągnął dłoń.
- Chcesz się przejechać? - zapytał. - On nie ma nic przeciwko.
- Na oklep i bez wędzidła? - zdziwiła się lekko. - Umiesz tak?
- Nie umiem - wyznał Loczek z rozbrajającą szczerością. - Ale on obiecał, że nam nie zrobi krzywdy.
Zwinnie wskoczył na koński grzbiet i posadził Zoję przed sobą, zupełnie, jakby nic nie ważyła. Oparła się wygodnie o jego pierś, pozwalając, by otoczył ją ramionami, dłońmi trzymając końską grzywę. Wierzchowiec ruszył spokojnie nadrzeczną ścieżką.
Kiedy Loczek i Zoja oddawali się hippice, Frank Lampard, niechętnie rozstawszy się z Ludmiłą, wkraczał właśnie w progi ociekającej przepychem rezydencji jej ojca. Jego mottem na ten wieczór było powiedzenie pewnego polskiego noblisty, brzmiące "Nie chcem, ale muszem".
Serce mu pękało, gdy musiał wypuścić Ludmiłę z ramion i skierować samochód z powrotem na szosę wiodącą do willi cioteczki Alony. Z ogromną niechęcią odstawiał kremowy klejnot motoryzacji do garażu, z jeszcze większą żegnał się na podjeździe z klejnotem kobiecości - Ludmiłą. Gdyby mógł, nie wypuszczałby jej z ramion nigdy, no, ewentualnie z przerwami na granie w piłkę.
Cóż jednak mógł zrobić... Obowiązek patriotyczny wzywał. A także niecierpliwiący się H. Dobrze przynajmniej, że ciotka Alona zaprosiła ich oboje na wieczór w kasynie, co oznaczało, że będzie miał okazję pobyć sam na sam z Ludą już następnego dnia.
Blady i sztywny lokaj poprowadził go przez niezliczone korytarze, kapiące od złoceń, ozdobione mnóstwem nowoczesnej rzeźby i malarstwa, przy czym Frank sam nie wiedział który z tych dwóch działów sztuki miał tam straszliwszych przedstawicieli.
Zaanonsowany przez służącego, wkroczył Lampard do salonu, urządzonego całkiem tak samo bogato i niegustownie, jak te części rezydencji które piłkarz już zdążył zobaczyć. Stąpając po posadzce z obłędnie kolorowej mozaiki i spoglądając na ściany, na których wszechobecne złocenia mieszały się w arabeskach z intensywnymi barwami, miał wrażenie, że znalazł się w pudełku landrynek, zaprojektowanym przez Ludwika XIV. Gospodarz siedział na fotelu, oczywiście złoconym, z którego wstał na widok gościa, wyciągając pomarszczoną prawicę.
- Witam, witam panie Lampard - rzekł. - Widzę, że opowieści o angielskiej punktualności nie są przesadzone.
Frank uśmiechnął się powściągliwie. Jakim cudem, pomyślał, ten dośc odpychający, pospolity typ, spłodził tak piękną, inteligentną i generalnie cudowną córkę jak Ludmiła?
- Cieszę się, że mogliśmy się dzisiaj spotkać - zełgał. - I porozmawiać jak dwaj ludzie interesu.
- Dobrze powiedziane - Fiodorow zademonstrował w uśmiechu pożółkłe zęby. - Cygaro?
Frank odmówił. Cygara palił bowiem wyłącznie wtedy, gdy był pijany w sztok.
- U nas w Rosji taki zwyczaj jest, a my tradycję szanujemy i zwyczajów przestrzegamy. - rzekł gospodarz, odkładając ozdobną szkatułkę z cygarami. - Nigdy nie pijemy wódki i nie robimy interesów na pusty żołądek.
Podwójne i jakżeby inaczej, pozłacane, drzwi na przeciwległym końcu pomieszczenia otworzyły się bezszelestnie. Ukazał się w nich wyfraczony lokaj, skłonił się jak marionetka i zniknął.
- Zapraszam do stołu - rzekł Nikita Fiodorow, wskazując gościowi drogę gestem. - Ot, taka mała, skromna kolacyjka.
Mała, skromna kolacyjka okazała się wystawną ucztą, w której prym wiodła dziczyzna, od ptactwa, poprzez zające (w postaci pasztetu) i sarny, aż po pieczyste z dzika i wytworne dania z łosiny, do dziczyzny zaś zaserwowano rozmaite dodatki, w większości kiszone. Nawet rydze, w eleganckiej, porcelanowej salaterce, były kiszone. Frank jadł z umiarem, nie usiłując nawet spróbować wszystkich dań, gdyby bowiem to zrobił, spasłby się tak, że Mou dostałby apopleksji, a potem przegoniłby go wokół Londynu.
Gospodarz wykazał się ogromnym kulinarno-geograficznym znawstwem, opowiadając Lampardowi o poszczególnych daniach, ich pochodzeniu i przygotowaniu, rozwodził się także dość długo o winach, wódkach i nalewkach. Alkoholi bowiem także nie brakowało, zwarte szeregi lśniących karafek stały na stoliczku z boku, przy nim zaś czuwał lokaj, gotów na najmniejsze skinienie nalewać i dolewać oczekujących w szkle dobroci.
Dereniówka, na którą zdecydował się Frank, okazała się piekielnie mocna. Przeciętny Anglik by tego wypić nie zdołał, ale życie piłkarza przygotowuje organizm na różne wyzwania. Lampard pochłonął swoją porcję trunku, zaledwie trochę wytrzeszczając oczy.
- My Słowianie - uśmiechnął się Fiodorow. - Wiemy jak mocne alkohole pić. Nikt nam w tym kroku dotrzymać nie może.
- Łatwo nie jest - przyznał Frank. - Znam kilku Słowian osobiście...
Karafkę później panowie wstali od stołu. Frank musiał przyznać, że nieco zaszumiało mu w głowie, ale jego nogi spisywały się nieźle.
- Frank, mój przyjacielu - gospodarz, któremu tez już nieco dymiło z czuba, zarzucił mu poufale ramię na szyję. - Chodź, pokażę ci moje skarby.
Poszli bombonierkowymi korytarzami do windy, którą zjechali do piwnic, jeśli tak luksusowe pomieszczenia można było nazwać tym mianem. Wykładzina była tak miękka i puchata, że Frank z trudem zwalczył w sobie chęć by się po niej troszkę poturlać.
Fiodorow zaprowadził go do pokoju, który mógłby uchodzić za salonik, jeśli sądzić po eleganckich (i na niefachowe oko Franka dziewiętnastowiecznych) kanapach, fotelu i eleganckim, mahoniowym stole, wrażeniu temu jednak przeczyły ściany, rzędami pancernych skrytek przywodzące na myśl bankowy sejf.
Godzinę później spora część skrytek stał otworem, a Lampardowi mieniło się w oczach od złota, srebra, pereł, szafirów, rubinów, szmaragdów, diamentów i kolorowej emalii. Większość tych skarbów, naszyjników, tiar, kolczyków i brosz, pochodziła z zaginionej carskiej kolekcji, Frank rozpoznałby je z odległości kilometra.
- To są prawdziwe klejnoty carów - rzekł Fiodorow. - Robione przez Faberge'a i innych jubilerów na zlecenie Romanowów. Za pieniądze klas pracujących!
Frank pokiwał głową, ogarniając spojrzeniem migotliwą chmurę klejnotów, zaściełającą stół.
- Widzisz to cacuszko? - Nikita podniósł jedną z brosz, gęsto sadzoną diamentami i rubinami i wetknął ją Lampardowi w dłoń. - Kiedy je znaleziono był na nim jeszcze ślad po kuli. Carówna Tatiana miała to zaszyte w gorset, tam, w piwnicy u Ipatiewa, kiedy strzelali do nich bolszewicy.
Fala obrzydzenia podeszła do gardła Franka. Mało brakowało, a spożyta przez niego dziczyzna przywitałaby się z carskimi klejnotami, na lśniącym, mahoniowym blacie. Stłumił mdłości i przyjrzał się broszy, mając nadzieję, że na jego twarzy maluje się zaciekawienie.
- Jeszcze coś ci pokażę - Fiodorow podniósł się i otworzył kolejną skrytkę, zmagając się przez chwilę z malutkimi przyciskami elektronicznego zamka. Wyjał z niej kwadratowe pudełko ze szlachetnego drewna, podobne do tych, zaściełających fotele i podłogę dookoła. - Patrz, Frankie.
W pudełku, na atłasowej, białej wyściółce spoczywała tiara o lekko ostrołukowym kształcie, stworzona ręką jubilera z filigranowych, wysadzanych diamentami i bladoniebieskimi szafirami kwiatowych wzorów, wyglądających jak te, które zamróz zostawia na szybach. Poniżej tiary znajdowała się brosza od kompletu, równie olśniewająca.
- Piękne... - wyszeptał Frank.
- To kokosznik carycy Marii - objaśnił Fiodorow. - Też robiony przez Faberge'a. Podarowała ją jakiemuś pomniejszemu Romanowowi, dla jego narzeczonej, bo żenił się akurat. Ale to nie na sprzedaż jest, to dla Ludmiły.
Lampard wyobraził sobie Ludmiłę, jak płynie nawą w białej sukni i kokoszniku Faberge, piękna jak królowa śniegu, by zostać jego żoną. Z wrażenia zaparło mu dech w piersi.
- Bo ja rodzinny człowiek jestem - ciągnął rozrzewniony Nikita. - Luda pójdzie w tym do ślubu ze swoim kuzynem, Jurijem Fiodorowem. Opiera się, jak to dziewucha, ale w końcu zmądrzeje, zrozumie, że trzeba nam nowych Fiodorowów...
W tym momencie Franka Lamparda trafił epicki szlag, na samą myśl o tym, że ktoś inny mógłby zostać mężem Ludmiły, a już szczególnie i zwłaszcza ten arcybuc Jurij.
- Po moim t... - wyrwało mu się, zanim zdołał ugryźć się w język. Natychmiast się poprawił. - Po moim tatusiu odziedziczyłem głowę do interesów. Piękna biżuteria, ale szukam czegoś innego. Bardziej... kolekcjonerskiego.
"Jak już będzie po wszystkim" pomyślał, "zaproszę Ludę do Londynu. I niech się jej tatuś z Jurijem powieszą, żadnego ślubu nie będzie. Nowi Fiodorowie, też coś. Jak na moje oko i tak jest ich o dwóch za dużo."
- Masz łeb, dzieciaku, masz - zarechotał Fiodorow. - Ale to nie dzisiaj. Jutro jadę na Kreml... Pojutrze. Zobaczymy się pojutrze i wtedy ci pokażę takie kolekcjonerskie okazy, że ci oko zbieleje.
Frank spojrzał na niego, najzupełniej niewzruszony.
- Mnie nie jest łatwo zaskoczyć - rzekł. - Co to za okazy?
Niezbyt świeży oddech magnata owionął twarz Lamparda, gdy Fiodorow szepnął mu do ucha.
- Jaja Faberge.
Brew Franka powędrowała w górę, w wyrazie wzgardy.
- Mogę je kupić choćby u Sotheby's - odparł zimno.
- Tych nigdzie nie dostaniesz - zapewnił Nikita, po czym klepnął Franka w plecy. - Pojutrze, Franuś. Pojutrze wszystko ci pokażę.
Rezydencję oligarchy opuszczał Frank w burzliwym nastroju. Gdyby był nieco bardziej podobny do swojego kumpla, Terry'ego, pewnie pojechałby do Jurija i odręcznie by mu wytłumaczył niestosowność pomysłu żenienia się z Ludmiłą. Na szczęście jednak różnili się z Johnem jak ogień z wodą, a on, Frank, był człowiekiem spokojnym i opanowanym. Zamiast więc klepać michę rywalowi, myślał intensywnie jak by tu wywieźć Ludę z Rosji. Oczywiście, najpierw miał zamiar poważnie z nią porozmawiać, wyjawić swoje uczucia i upewnić się, że ona je odwzajemnia. Była przecież kobietą, a nie kredensem, który można przestawiać z kąta w kąt.
Wysiadłszy przed domem z limuzyny, stwierdził, że jego kumple nie mieli najmniejszego zmiaru kłaść się spać. Wszystkie okna w salonie były odsłonięte, wnętrze rzęsiście oświetlone, podobnie jak patio i basen, Frank widział zatem jak na dłoni siedzącego na barze i machającego nogami Luiza, pochylonego nad stołem bilardowym Terry'ego, oraz Petra z kuflem w jednej dłoni i kijem w drugiej.
Uśmiechnął się kątem ust, po czym raźnym krokiem wszedł do środka. Terry zepsuł strzał, zaklął paskudnie, po czym się wyprostował.
- Gdzie byłeś tyle czasu? - zapytał z pretensją. - Grilla chciałem zrobić, a żaden z tych dwóch nie potrafi porządnie mięsa upiec!
- A co cię to? - Frank cisnął marynarkę na kanapę. - Załatwiałem swoje sprawy.
Terry klepnął w ramię szykującego się do strzału Cecha.
- Patrz no, Peterku, następny - rzekł. - Frankie, mogłeś przynajmniej powiedzieć, kiedy wrócisz!
- Chcecie parę talerzy do stłuczenia? - zapytał niewinnie Loczek.
Petr tymczasem, odstawiwszy kufel na brzeg stołu, metodycznie i całymi seriami wbijał bile do łuz.
- Ty się młody nie mądrzyj, bo jesteś taki sam ananas jak Frank - John pogroził Luizowi palcem, po czym odwrócił się do Lamparda. - Nasz baranek z krętym runem poszedł na spacerek przed szóstą i wrócił jakiś kwadrans przed tobą, a jest już po północy.
- Tu takie świeże powietrze i w ogóle... - rzekł David jeszcze niewinniej, strzygąc zabawnie brwiami.
- Tak, w stajni chyba - prychnął Terry. - Powąchaj go.
Frank przysunął się do Loczka i pociągnął nosem.
- Koń... i damskie perfumy - orzekł.
- No właśnie - zatriumfował John. - To jak to było, młody, koń się perfumował, czy ty?
- Udzieliło mi się od ciebie - odparł Loczek, trzepocząc rzęsami. - Tak pięknie pachniesz ostatnio piżmem i różami...
- Róże, powiadasz - rzekł Frank. - A miałem pytać czemu Johnny taki podrapany. Ta różyczka musiała być kolczasta...
- Nie wasz interes - burknął Terry. - Poza tym podrapałem się w żywopłocie, jakiś kretyn chciał mnie przelecieć. Znaczy przejechać samochodem.
- To przez to piżmo - orzekł Loczek. - Przyciągasz samców.
John zarumienił się przelotnie, potem zaś rzucił się na Davida, udając, że chce go udusić. Ściągnął go z baru i zaczęli się kotłować na podłodze, a czyjaś wierzgająca kończyna zrzuciła kufel Petra ze stołu. Grube szkło wytrzymało, jednak napój rozlał się szeroką strugą po podłodze.
- Moje piwo! - jęknął dramatycznie Cech.
- Zaraz ci naleję świeże... - stęknął Loczek, odplątując się z Terry'ego. - Kapitanie, polataj na mopie!
- Frankie, widzisz tam gdzieś mopa? - John wrócił do pozycji pionowej. - Podaj no!
Śmiejąc się, Lampard podał Terry'emu utensylia do mycia podłogi, Loczek zaś z rzadką gorliwością napełniał kufel Cecha. Petr bowiem, jak na stuprocentowego Czecha przystało, nie lubił gdy marnowało się porządne piwo.
Ogarnąwszy z grubsza piwne rozlewisko Terry odstawił mopa w kąt i rozbawione towarzystwo wróciło do gry w bilarda oraz dogryzania sobie nawzajem. Poobserwowawszy przez chwilę jak Petr ogrywa Johna, Frank doszedł do wniosku, że napiłby się kawy, poszedł więc za bar, odpalić czajnik elektryczny.
- Frankie, jak tam jesteś, nalej mi piwa - poprosił Terry, nie odrywając oka od bil na stole. - Młodego gdzieś wcięło.
- Poszedł popływać - Petr pociągnął tęgi łyk ulubionego napoju i zgarnął kciukiem piankowy wąsik z górnej wargi.
Lampard nasypał sobie rozpuszczalnej do filiżanki, wyjął kufel ze stojaka, nalał tak, jak lubił Terry, żeby było mało piany, po czym pomaszerował w stronę stołu.
I wtedy nastąpiły dwie rzeczy, jedna ułamek sekundy po drugiej.
W ogrodzie coś pyknęło, brzęknęła lekko szyba w oknie. Frank pośliznął się na mokrej podłodze, wywinął imponującego orła, chlapiąc piwem na lewo i prawo, coś świsnęło mu nad głową, po czym utknęło w ścianie, pomiędzy barem a stołem, wywierciwszy w niej małą, zgrabną dziurkę.
- Przestańcie rozlewać piwo! - zażądał wzburzony Cech.
- Pośliznąłem się - wymamrotał Frank, zbierając się z podłogi.
- Było widać - rzekł Terry. - Przez chwilę myślałem, że planujesz robić konkurencję Neymarowi.
W podwójnych, oszklonych drzwiach na patio stanął David w samych kąpielówkach. Był mokruteńki od stóp do głów, a w oczach malowało mu się wzburzenie.
- Tam ktoś był! - krzyknął. - W ogrodzie!
- Jakieś gówniarze pewnie - prychnął Terry. - Z wiatrówki walą.
- Jak złapię to im nogi z dupy powyrywam - warknął Lampard, rozcierając dyskretnie lewy pośladek.
Petr pokręcil głową. Pomijając dwa rozlane kufle, coś mu się nie podobało. On jeden wiedział, e znajduje się w kraju, w którym wszystko może się zdarzyć, a słowo "niemożliwe" już dawno wykreślono ze słowników.
- Może i dzieciaki - David podrapał się w mokre loki. - Mamy jakieś straty?
- Tak - westchnął Cech. - Piwo...
Gromki śmiech z trzech gardeł rozdarł na moment ciszę nocną.
- Ani słowa nikomu na ten temat - zażądał Lampard, gdy się już uspokoili. - Bo jeszcze Luda będzie mieć nieprzyjemności.
Dwie godziny później, kiedy panowie poszli spać, nawet Terry, który w czasie urlopowym lubił kłaść się o brzasku, do salonu kocim, bezszelestnym krokiem wszedł Petr Cech, trzymając w dłoni swój zestaw do manicure, w eleganckim, skórzanym etui. Zapalił lampy nad barem, rozłożył zestaw na blacie, wyjął pęsetę, podszedł do ściany i jął dłubać w dziurze.
- Co robisz?
Cech nie podskoczył wyłącznie dlatego, że miał bramkarskie stalowe nerwy. W progu stał Terry, w samych gatkach, nonszalancko oparty o framugę.
- Sprawdzam - wyjaśnił Petr, ponownie wtykając pęsetę w przestrzelinę.
- Daj to - Terry wyciągnął rękę. - Jeśli chodzi o wsadzanie w otwory, jestem niepobity.
Bramkarz westchnął ciężko nad poczuciem humoru swojego kolegi, ale pęsetę oddał.
- Niech... zgadnę, Peterku - Terry energicznie wsunął narzędzie w dziurę. - Tobie też się wydaje dziwne, że najpierw ktoś... aaaaa, coś tam jest... mnie próbuje... już prawie mam! Przejechać, a potem strzela nam w okno?
- Nie w okno - odparł Cech. - We Franka. Gdyby się nie pośliznął, stalby na linii strzału.
- A widzisz... - John wystawił język. - Mój brak... zamiłowania do babskich zajęć czasami się przydaaaaaa... Mam!
Triumfalnie zademonstrował Petrowi tkwiącą w pęsecie niedużą kulkę ze srebrzystego metalu.
- Proszę, masz swój pocisk - rzekł. - Rozłóż dłoń.
- Nie dotykaj tego - ostrzegł Cech. - Tam może być trucizna.
Terry zamienił się w posąg.
- Trucizna? - zapytał.
Petr streścił mu zwięźle historię Georgi Markowa, pisarza i dysydenta, który w roku 1969 zbiegł ze znajdującej się wówczas za Żelazną Kurtyną Bułgarii, rządzonej twardą ręką przez okrutnego dyktatora, Todora Żiwkowa. Wyjawienia komunistycznych tajemnic Markowowi za Kurtyną nie wybaczono. Bułgarskie KGB dopadło go dziewięć lat później, w Londynie, na moście Waterloo. Tajny agent postrzelił wtedy pisarza z wiatrówki, sprytnie ukrytej w parasolu, malutką platynową kulką. W nawierconych w niej otworkach kryła się rycyna, jedna z najsilniejszych trucizn znanych światu. Georgi zmarł po trzech dniach od postrzału.
- I myślisz, że tam może być rycyna? - Terry spojrzał ze zgrozą na kulkę.
- Albo inne gówno - odparł Cech. - Czekaj.
Poszedł do swojej sypialni, by po chwili wrócić z pustą fiolką po lekarstwie przeciwbólowym.
- Włóż to tu - polecił.
John wpuścił kulkę ostrożnie do naczynia.
Pęsetę komisyjnie utopili w wychodku, po czym wrócili do salonu, gdzie na barowym blacie wciąż stała fiolka z potencjalnie morderczą zawartością.
- Ty słuchaj, Peterku, tym dwóm ani słowa - rzekł John. - Miłość ich oczadziła ze szczętem, oni teraz w ogóle nie myślą.
- Zgoda - odparł Petr. - Ale musimy ich pilnować aż do wyjazdu.
- Schowaj gdzieś to cholerstwo - mruknął Terry. - Słuchaj, ja jestem podła świnia i jebaka, to się zgadza. Ale jeśli ktoś myśli, że będę patrzył bezczynnie jak się z moich kumpli robi kaczki na polowaniu, to przepraszam, ale coś mu się popierdoliło.

_____________________________________________________________________________
W wasze ręce oddaję rozdział szósty, w którym wciąż okropnie rządzi się Loczek. Zatem, dla równowagi, w ramach bonusu zapodaję Lamparda. Futro na klacie included!


"Pójdź w me ramiona!"
Martina

środa, 2 lipca 2014

Rozdział 5

 Ogród pławił się w leniwym upale, takim, jakie bywają tylko w lipcowe popołudnia. Zgrzane pszczoły niemrawo zbierały pyłek z rozgrzanych w pełnym słońcu kwiatów, a ich bzyczenie, nie wiedzieć czemu, potęgowało jeszcze gorąco. Nieopodal, na trawniku, zraszacz wytrwale zraszał wszystko dookoła, a do srebrnych kropel wylatującej z niego wody ciągnęły licznie duże motyle o czarnych, opalizujących niebiesko skrzydłach.
Jeden z nich przysiadł na brzegu porzuconej w trawie szklanki, wysysając ze środka ostatnie krople słodkiego płynu. Rozłożył skrzydła, które tutaj, w cieniu kolorowego hamaka, wyglądały na zupełnie czarne, spił ostatnią porcję płynnej słodyczy, podfrunął i przysiadł na ciemnych lokach śpiącej w nim dziewczyny.
Zoja mruknęła coś i przekręciła się na bok. Motyl odleciał, artystka zaś zapadła w słodki sen. Malowała do szóstej rano jak szalona, potem pospała trzy godziny, by wyczołgać się w końcu z łóżka i udać się do jednej z moskiewskich knajp, na spotkanie z pewną artystką sztuk wokalnych, której po znajomości zgodziła się kiedyś zaprojektować okładkę płyty. Zaraz potem bardzo tego pożałowała, gdyż artystka okazała sie osobą kapryśną i fanaberyjną w stopniu wręcz bezgranicznym, odrzucającą wszystkie kolejne projekty i czepiającą się zupełnych dupereli. Na dzisiejszym spotkaniu stawiła się z całą listą zastrzeżeń i Zoja sama nie wiedziała, jakim cudem udało jej się nie nakazać artystce by wsadziła sobie tę listę w końcowy odcinek przewodu pokarmowego.
Na domiar złego wokalistka przywlekła ze sobą swojego znajomka, niejakiego Stefana Psikutę, aktora, do którego zwracała się, nie wiadomo czemu, per "Steve". Nawet przystojny był, brunet, ciemne oczy, ale niestety kretyn jakich mało. Zapłonął do Zoi jakimś dziwnym afektem, od pierwszego wejrzenia w jej dekolt, trzeba przyznać, że hojnie wyposażony przez Matkę Naturę i przylepił się do niej jak łajno do zelówki.
- Widzę w pani prawdziwe piękno artystycznej duszy! - rzekł. - My, artyści, za piękni dla naszych zaściankowych ojczyzn...
- Osobiście jestem internacjonalna - odparła Zoja pobłażliwie. - I wcale nie czuję się za piękna, ani nic w tym stylu.
- Ona jest, wiesz, Steve - artystka sztuk wokalnych szukała czegoś we własnej torebce. - Twoją rodaczką. Jej matka jest Polką, czy coś.
Psikuta zamarł, przybierając wyraz twarzy żaby z zatwardzeniem.
- Och, rodaczka, to cudowne! A gdzie pani mieszka na stałe?
- Tu - odparła kwaśno Zoja. Patetyczny Stefan działał jej coraz bardziej na nerwy, ponadto była niewyspana.
- To ja was zostawię na chwilkę - wokalistka poderwała się od stołu, nie wyjmując ręki z torebki.- Wy sobie tu gadajcie, a ja przypudruję nosek.
Zoja znała wokalistkę dostatecznie dobrze, żeby wiedzieć, że owym pudrem będzie zapewne kokaina. Za bardzo jej to nie obchodziło, irytował ją natomiast fakt, że pozostawiono ją na pastwę tego kretyna, Stefana.
- Polska nas nie doceniła! Wygnała nas! Artyści potrafią odczytywać swoje pragnienia bez słów. Połączyła nas matka Rosja! - rzekł teraz w uniesieniu.
Zoja spojrzała na niego, jakby wyrastała mu druga głowa.
- Ja nigdy nie mieszkałam w Polsce na stałe, więc nie rozumiem dlaczego mieliby mnie doceniać? Nie czuje się wygnana, rodzice mojego ojca cały czas mieszkają w Legnicy i dobrze się mają. Co do rozumienia się bez słów, to wybaczy pan ale chyba nadaje pan w języku, którego ja zupełnie nie odczytuję.
- Nie mów tak! Jesteśmy jak dwie połówki, jednego astralnego ciała! - Psikuta sięgnął po dłoń Zoi, chcąc się do niej przyssać. Malarka z całą stanowczością schowała kończynę za plecami, po czym zgarnęła ze stołu listę zastrzeżeń.
- Proszę jej powiedzieć, że przerobię projekt, ale to będzie ostatni raz - rzuciła do Psikuty.
- Niech pani nie odchodzi! Aniele! Bogini!
Zoja oddaliła się biegiem.
Wróciwszy do domu zrobiła sobie wielką szklankę koktajlu truskawkowego, przebrała sie w swobodną, płócienną sukienkę i walnęła się w hamaku. Kołysząc się lekko odpływała powoli w krainę Morfeusza.
Przeciągnęła się rozkosznie i nagle poczuła pod dłonią czyjeś włosy, wielką szopę sztywnych loków. Hamak nagle przestał być hamakiem, za to zrobił się znacznie większy, a obok Zoi ktoś leżał.
Czuła wyraźnie obok siebie czyjąś nagą pierś, niezaprzeczalnie męską i muskularną, czyjaś ręka obejmowała ją w pasie, a czyjś oddech poruszał jej włosami i łaskotał skórę.
Obróciła się na brzuch i ujrzała łagodnie uśmiechniętą, piegowatą twarz Davida Luiza.
"Co ty tu, u licha robisz?" - pomyślała.
"Wpadłem na chwilę" - odparło jej w głowie, głosem Loczka.
Zoja wytrzeszczyła oczy, David zaś uśmiechnął się szeroko.
"Możemy mówić bez otwierania ust." - powiedział w myślach Zoi. - "Fajnie, nie?"
"Zajebiście!" - odmyślała Zoja.
"No. I teraz mi już nie uciekniesz" - odpowiedział Loczek, wciąż telepatycznie.
"Jakoś nie mam ochoty" - odpowiedziała, kładąc głowę na jego piersi.
Leżeli tak przez chwilę, zawieszeni we śnie i przytuleni.
"A tego... A spotkałabyś się ze mną, no wiesz... naprawdę?" - głos Loczka dźwięczący w jej myślach, brzmiał teraz nieśmiale.
Zoja oparła brodę na jego piersi i spojrzała w orzechowozielonkawe oczy Davida.
"Bo wiesz... Ja jestem licho leśne, a ty czarownica. Powinniśmy się trzymać razem." - ciągnął.
Malarka uśmiechnęła się.
" Jeszcze nigdy nie byłam na randce z lichem. Masz czas dzisiaj o szóstej?"
"Mam duuuuużo czasu."
"To bądź w parku, tam gdzie mnie wtedy wystraszyłeś, cudaku."
"Będę" - David znowu się uśmiechnął. Potem zaczął nucić. "Znam ze snu..."
Przeraźliwy jazgot elektronicznej melodyjki wdarł się w senną rzeczywistość z niepohamowaną brutalnością. Loczek rozłożył dlonie w przepraszającym geście i zniknął.
Wściekła Zoja poderwała się tak energicznie, że wyleciała z hamaka na ziemię. Leżący na ogrodowym stoliku telefon dzwonił jak oszalały.
- Czego?! - wrzasnęła artystka do słuchawki. - No czego mi taki sen przerywasz, lamusie niepociumany?!
- Ja tylko chciałam przedstawić pani naszą wyjątkową ofertę - bąknął nieśmiało damski głos.
- O ile nie dajecie w promocji Davida Luiza, to nie biorę!
- Nie, tego to my raczej nie mamy...
Zoja rozłączyła się i padła na leżak.
Po nadludzko pracowitym przedpołudniu i wczesnym popołudniu, wypełnionymi bez reszty konferencją prasową, podpisywaniem niezliczonych koszulek, piłek i kajecików, pokazową gierką z podopiecznymi fundacji oraz sesją zdjęciową, podczas której jupitery nieomal ugotowały piłkarzy żywcem, bo w studio siadła klimatyzacja, panowie zażywali relaksu. Cech okopał się w swojej sypialni i przypiąwszy się do laptopa, konferował przez skype z rodziną. Frank Lampard obowiązkom rodzicielskim się nie oddawał, bo wiedział, że jego była, wraz z dziewczynkami, jest na wczasach na Florydzie i akurat oglądają delfiny w oceanarium. Wyciągnął się zatem na leżaku, przy basenie, oczy osłonił ciemnymi szkłami i wystawił swe odziane jedynie w kąpielówki ciało na słoneczne promienie, od czasu do czasu pociągając ze szklanki koktajl Loczka.
Autor napoju dryfował beztrosko po basenie, wyciągnięty na dmuchanym materacu i podobnie rozdziany jak Frank.
- Znam ze snu... - zamruczał, uśmiechając się błogo.
- Ty patrz - cień rzucony przez Terry'ego odciął Franka od słonecznego blasku. - Loczkowi odbija. Śpiewa przez sen.
Frank otworzył leniwie jedno oko i spojrzał na kumpla ponad szkłami okularów.
- Odcim mi - mruknął, nieświadomie używając słówka stosowanego przez jego babkę.
- Że co ci mam? - zdziwił się John.
- Odcim mi - powtórzył cierpliwie Frank. - Znaczy przesuń się, bo słońce zasłaniasz.
- Wiem! - Terry zamarł znienacka jak posąg, wznosząc w górę palec. - Zaraz trochę ożywię młodego.
Szatańsko chichocząc zniknął w mieszkaniu, skąd zaraz wrócił z wielką szklanką wody z lodem. Frank uniósł okulary na czoło i obserwował rozwój wydarzeń.
Terry tymczasem podkradł się do basenu, po czym szerokim zamachem wychlusnął zawartość szklanki na brzuch Davida.
- Pobudka! - ryknął.
Potraktowany znienacka lodowatą cieczą Loczek wrzasnął cienko, wierzgnął, machnął rękami i zleciał z materaca, połykając po drodze sporą porcję wody. Po chwili wypłynął na powierzchnię, plując, parskając i odgarniając z oczu zasłonę mokrych włosów.
- Który mi to zrobił? - zapytał.
- A jak myślisz? - odpowiedział pytaniem Frank, śmiejąc się i ruchem głowy wskazując Terry'ego. Ten, siedząc na brzegu basenu rżał rozgłośnie i trzymał się oburącz za brzuch.
- O nie mogę... ahaha! Ale miałeś minę, Luiz, nie mogę! - kwiczał. - Frankie, trzeba było to filmować!
David spróbował złapać go za kostkę, ale John był szybszy.
- Nie ma tak, Loczuś - sapnął. - Nie dasz rady mnie wrzucić do wody.
- Ale ja dam! - Frank znienacka zmaterializował się za jego plecami i dał mu tęgiego dubla.
Terry poleciał do basenu głową naprzód, a krótki okrzyk, który wydał, rychło przerodził się w bulgot.
- I co, Johnny, chłodniej? - wyszczerzył się Frank.
- O wiele - odparł Terry, zgarniając mokrą grzywkę z czoła.
- Zapraszamy do nas! - David chwycił Lamparda za rękę i pociągnął.
Z rozgłośnym pluskiem Frank Lampard pogrążył się w odmętach, miną wcale nie przypominając Jamesa Bonda.
Przez chwilę trzej dorośli i poważni piłkarze... no dobrze, dwaj poważni piłkarze plus Loczek, pluskali się i chlapali nawzajem jak wycieczka z przedszkola, wśród śmiechów i radosnych wrzasków.
Po jakimś czasie jednak z basenu wyleźli, bo jak się okazało wszyscy mieli plany na popołudnie.
- A ty coś się tak zestroił? - zapytał zdziwiony Frank Johna, który, odziany w niebieską koszulę i najmodniejsze dżinsy, przeglądał się w lustrze nad barem, z namaszczeniem wcierając we włosy żel.
- Kate mnie zaprosiła - odparł z szerokim uśmiechem.
- Jaka Kate?
- No Jekaterina - odparł Terry. - Nie patrz tak na mnie, Frankie, będzie szybki numerek i do domu. Takie życie w naszej branży, jeden weekend, pięć melanży. Poza tym...
John odwrócił się i otaksował przyjaciela bacznym spojrzeniem.
- Poza tym skoro ja jestem zestrojony, to co powiedzieć o tobie? - podjął. - Kremowy lekki garniturek z najwyższej klasy lnianej tkaniny, pastelowy krawacik i designerska koszula. Jednym słowem odstawiłeś się jak szczur na otwarcie kanału. Niech zgadnę, zaklęta księżniczka Ludmiła zaprosiła cię do swojego kasztelu?
Zdradziecki rumieniec wypełzł na oblicze Lamparda.
- Do swojej ciotki - rzekł właściciel oblicza. - Ona jest księżną, jej mężem był Romanow, nie mogę iść do niej na herbatę ubrany jak cieć!
- To jeszcze zainwestuj w kwiatki - Loczek swoim zwyczajem zjawił się w salonie zupełnie znienacka. - Bukiecik dla cioteczki i dla Ludmiły, to zrobi dobre wrażenie.
- O proszę, wełniasty jaki oblatany w sawuarwiwrach - pochwalił Terry.
- Wiesz, że to dobry pomysł? - ucieszył się Frank. - Zapytam szofera o kwiaciarnię.
- No i git majonez - oznajmił łaskawie Terry. - Młody, powiedz Petrowi, jak skończy kląskać do żony, żeby zadzwonił do Mou i złożył sprawozdanie. Ten cep od rana mnie męczy o maila, albo coś.
- Ale ja wychodzę - rzekł niewinnie David.
Frank i John jak na komendę zlustrowali go starannie spojrzeniem, od trampek w pokaźnym rozmiarze, przez dżinsowe szorty i t-shirt z kolorowym nadrukiem, aż po rozczochraną jak zwykle strzechę loków.
- Ty też masz jakieś tego... - zaczął ostrożnie Terry. - Międzypłciowe spotkanie na szczycie?
- Ja sobie idę na spacerek - odparł Loczek, wciąż wyglądając jak wcielenie niewinności.
Punktualnie o piątej dwadzieścia pięć dostarczona przez Fundację limuzyna zajechała przed elegancką willę ciotki Alony. Szacowna cioteczka, przystrojona w ukwiecony kapelusz o szerokim rondzie, mimo wieku prezentowała sobą tajfun energii, na widok Lamparda eksplodując słowami jak wulkan lawą.
- Och, młody człowieku, jakie piękne te goździki są i uwielbiam ich zapach, mój mąż kochany zawsze mnie obdarowywał goździkami na naszą rocznicę, no i zawsze to miła odmiana po tych wszystkich banalnych różach, nie sądzisz Ludeczko? A coś ty taka czerwona, jak te kwiaty, ja wiem, że skwar dzisiaj straszny, ale klimatyzacja u mnie całkiem dobra - perorowała, prowadząc ich na salony. - Lokaj wstawi te kwiatuszki do wazonu, boby jeszcze zwiędły, a wy siadajcie, herbata zaraz będzie!
Herbata, ku zaskoczeniu Franka, podana została na sposób turecki, w małych pękatych szklaneczkach, z krawędziami ozdobionymi srebrnymi arabeskami. Cukier, w kawałkach, znajdował się w niezmiernie ozdobnym srebrnym naczyniu z przykrywką. Przekąski jednak na szczęście tureckie nie były, Alona zaserwowała mnóstwo wymyślnych malutkich kanapeczek, kolorowych jak pawi ogon, oraz wytrawne angielskie herbatniki. Lampard, który za słodyczami nie przepadał, cóż dopiero za potwornie słodkimi przysmakami z Turcji, odetchnął z ulgą.
- Ja to widzisz, chłopcze, lubię sobie baklavy pojeść, albo rachatłukum, z moim Sieriożą często jeździliśmy do Turcji, ale ty mi jakoś nie wyglądałeś na takiego co by zniósł tyle cukru, więc wymyśliłam co innego, zresztą i Ludeczka nie przepada za takimi frykasami, ona to by prędzej ogórka małosolnego wolała...
Lampard spojrzał na Ludmiłę niemal ze wzruszeniem. Sam by wolał małosolnego, których jedzenia nauczył go Petr Cech. Jego żona każdego lata przygotowywała niezliczone słoje tej zielonej, mile chrzęszczącej w zębach ambrozji.
- Małosolne są dobre - rzekł tkliwie Frank. - Zwłaszcza teraz, latem...
- Ale zimą też, jak się otworzy taki słój, to prawie jak wspomnienie lata... - rozmarzyła się Ludmiła, odpowiadając mu wdzięcznym spojrzeniem.
Przez kulinaria rozmowa zeszła na transport ("bo ostrygi, kochani moi, strasznie szybko nieświeże się robią i migusiem je trzeba wieźć znad morza, a przechowywać za długo nie da się, ale jak się razem wybierzecie do Paryża to ja wam dam adres takiej knajpki, gdzie serwują najlepsze ostrygi na świecie, a jaki wigor po tym cżłowiek w alkowie ma, to nie uwierzycie!"), a z transportu na motoryzację. Kiedy Frank wyznał nieco wstydliwie, że fascynuje się starymi samochodami, Ludmiła aż podskoczyła.
- Ciociu, musisz koniecznie pokazać Frankowi swoją kolekcję! - oznajmiła
- A to chodźcie! - cioteczka z energią poderwała się z kanapy. - Zaraz wam pokażę, bo mój Sierioża szybkie samochody lubił, wiecie, jeden znaczki kolekcjonuje, inny monety, no a Sieriożeńka mój samochody, to mi trochę ciekawostek po nim zostało, a on to jeszcze i po ojcu swoim coś tam dostał...
Tak perorując cioteczka sunęła drobnym, wytwornym, acz nieśłychanie szybkim kroczkiem przez ogród, za nią zaś Frank, odplątując co jakiś czas zwiewne, letnie szaty Ludmiły z róż.
- Gdybym pamiętała o cioci zamiłowaniu do róż, włożyłabym coś innego - rzekła dziewczyna smętnie, odczepiając rąbek sukienki od krzaka.
- Ja pomogę! - Frank przyklęknął na jedno kolano.
- Pobrudzisz sobie garnitur - mruknęła Ludmiła. - Ten cioci czarnoziem zostawia plamy nie do sprania.
- Trudno - Lampard uśmiechnął się. - Bycie rycerzem ma swoją cenę.
- No chodźcie, tu chodźcie, Frank, mlodzieńcze, musisz otworzyć te drzwi, bo ja sama nie dam rady, one męskiej ręki wymagają, ciężkie takie! - nawoływała ciotka Alona.
- Oczywiście, proszę pani - Lampard odplątał sprawnie Ludmiłę z róży. Razem przedarli się do eleganckiego białego pawilonu, zwieńczonego czerwonym dachem.
Dwuskrzydlowe drzwi ustąpiły pod rękami Lampsa z lekkim skrzypnięciem. Słoneczny blask zagrał na lśniących karoseriach, chromowanych detalach oraz idealnie czystych szybach stojących w dwóch rzędach samochodów.
- Przecież to są perły - rzekł nabożnie Frank spoglądając na motoryzacyjne cacka. Dotknął delikatnie lśniącej, czarnej karoserii stojącego najbliżej samochodu. - To jest BMW 328...
-... wyprodukowane w 1938 roku - dodała swobodnie Ludmiła.
Szczęka Lamparda niemalże uderzyła o betonową posadzkę garażu.
- Ty się znasz na samochodach? - zapytał w osłupieniu.
- Myslisz, że tylko chłopcy lubią takie zabawki? - zaśmiała się. - Chodź, pokażę ci moje ulubione auto.
Pociągnęła go za rękę w głąb pomieszczenia, ku kabrioletowi o eleganckiej kremowej karoserii i opływowej linii. Tapicerka, w kolorze głębokiej czerwieni, wyglądała jak nowa, a całość lśniła i uwodziła, całkiem tak samo jak oczy Ludmiły.
- Jaguar XK140, dropback - oznajmiła uroczystym głosem dziewczyna. - Rocznik 55.
- Wyglądasz przecudownie na tle tego samochodu - wyrwało się Frankowi z głębi serca.
- Bo to przecudowna dziewczyna jest, mój drogi i biada temu, kto by ją skrzywdził - nieco zapomniana przez nich ciotka wyłoniła się z cienia. - Chybabym posiekała takiego na drobne kawałeczki i skarmiła moje rybki, bo ja wiesz, kochany piranie hoduję, ale to tam w oranżerii w akwarium, ale czy ty byś nie chciał się z Ludeczką przejechać?
- A on jeździ? - zdumiał się Frank.
- No oczywiście, po cóż błby mi niesprawny samochód? - zdumiała się teraz ciotka Alona. - Idź no tam na koniec, tam taka szafeczka jest, w niej kluczyki, łatwo znajdziesz, bo wszystkie podpisane, to ty sobie wyjedziesz, a my z Ludeczką poczekamy na ciebie na podjeździe...
- Dobrze, prosze pani - Lampard wbił się zręcznie w przerwę na oddech, jaką zrobiła Alona.
Kiedy wyszły na żwirowy podjazd przed garażem, ciotka poklepała Ludmiłę po ręce i westchnęła.
- Zawsze jak widzę przystojnego młodziana w eleganckim samochodzie przypomina mi się Sieroża. Był jak ten jego Aston Martin, ciężko się go prowadziło! Jeździliśmy tak ze sobą pięćdziesiąt lat!
- Gratuluję!- uśmiechnęła się Luda.
- A ciebie złotko nie korci, żeby sprawdzić co ten angielski dżentelmen ma pod maską? Ja bym go wzięła na jazdę próbną!
- Ale ciociu - Ludmiłę zatkało. - Co właściwie masz na myśli?
- Już ty dobrze wiesz, kochana, ja jestem stara, ale nie zapomniałam jeszcze jak to być młodym! - ciotka uśmiechnęła się spod ronda kapelusza. - Widzę, że on ci się podoba i ty jemu też. I to jeszcze jak! Gdyby był koniem, toby do ciebie rżał, kochana!
- Nie mogę - Ludmiła pokręciła głową. - To są sprawy zawodowe...
Cioteczka roześmiała się perliście.
- Oj, złotko, jak ty mało wiesz o życiu, jak się człowiek zakocha, to nic mu nie przeszkodzi, żadne tam biznesy! No ale już jedzie, wsiadaj, kochana i baw się dobrze!
Kremowy Jaguar z cichym pomrukiem zatrzymał się przed nimi. Lampard, pełnym galanterii ruchem otworzył Ludzie drzwiczki, dziewczyna zaś z wdziękiem zasiadła na fotelu pasażera.
Po chwili znikli już wśród zieleni na podjeździe. Cioteczka spojrzała za nimi i westchnęła.
- Będzie z tego miłość, czuję to w kościach - oznajmiła na głos. - Tylko trzeba dopilnować, żeby nikt temu młodzieńcowi szyków nie popsuł, ale już moja w tym głowa. Nikt nie przechytrzy Alony Romanowej!
Kiedy Frank i Luda hulali Jaguarem po podmoskiewskich drogach, a John Terry odawał się bardzo intensywnym rozkoszom cielesnym w VIProomie restauracji "Owl & Friends", Zoja, zerkając na zegarek, wybiegała właśnie z domu.
Było za dziesięć szósta.
To na pewno był sen i jego tam wcale nie będzie, przekonywała Zoja usilnie samą siebie. To tylko spacerek dla zdrowia, nic więcej! Przejdzie się po parku, potem wróci do domu, zadzwoni do Ludki, zrobi herbatę i będzie malować. Tak, to świetny plan na wieczór.
Wbrew jednak własnym myślom pędziła do parku z dzikim pośpiechem, jakby za spóźnienie groziła jej jakaś straszliwa kara. Przez bramę parku przeleciała kłusem, a kolejne alejki pokonywała wręcz galopem, mijając slalomem ławki i skacząc nad klombami.
Pergola, obsypana różami i wyzłocona słońcem, wyglądała wręcz bajkowo, niestety nikogo nie było przy niej widać. Zoja poczuła, jak zalewa ją gorzkie rozczarowanie. Czego ona właściwie się spodziewała?
Nie zdążyła odpowiedzieć sobie na to pytanie, gdyż nad szpalerem pelargonii, odgradzających alejkę od trawnika, na którym stała pergola, ukazały się dwie bose stopy, którymi ktoś leżący na brzuchu wesoło wymachiwał.
- Hej tam! - rzuciła Zoja, nieco drżącym głosem.
Chmura orzechowych loków wyłoniła się zza pelargonii, a spod chmury spojrzała na Zoję para ciemnych oczu.
- Przyszłaś - ni to stwierdził, ni to zapytał David.
- No dobrze - odparła Zoja przełażąc nad szpalerem kwiecia. - Ale skąd ty się tu wziąłeś?
Loczek przewrócił się na bok i podparł ręką głowę.
- Wpadłem na chwilę - rzekł.
I mrugnął jednym okiem.
Zoję zatkało. Bez słowa klapnęła obok Loczka.
- Zobacz jaki piękny - David wskazał palcem na coś w trawie.
Zoja wytrzeszczyła oczy. Po źdźble chodził niewielki żuczek, w pięknym odcieniu ciemnej zieleni, mieniącej się złotem i błękitem.
- Ojej - malarka aż otworzyła buzię. - Jak klejnocik!
- No - zgodził się stoper.
Przez chwilę obserwowali żuczka w zgodnym milczeniu.
- Pokażesz mi Moskwę? - zapytał nagle David. - Chciałbym zobaczyć ten turnikiet, na którym Anuszka rozlała olej.
Zoja roześmiała się.
- Nie ma go już - odpowiedziała. - Ale Patriarsze Prudy wciąż są. Chodź! *
Wyszli na alejkę i chwycili się za ręce, po czym nucąc coś, odeszli cienistym tunelem drzew.
Terry wracał z Moskwy cały zadowoloniutki. Tak zadowoloniutki, że wjechawszy do Rublowki wysiadł z limuzyny, oświadczywszy, że resztę drogi przejdzie pieszo. Miał ochotę zażyć trochę ruchu, chociaż aktywności fizycznej mu ostatnio nie brakowało.
Uśmiechnął się jak kot po śmietanie.
Oj nie brakowało, nie, ta Jekaterina była szalenie pomysłową kobietą. Niewiele miał tak kreatywnych kochanek, z takim libido i takim talentem, wspartym do tego niemałym doświadczeniem. Doświadczenie seksualne Terry zaliczał akurat do zalet. Dziewice i nie mające pojęcia o seksie gąski były zwyczajnie nudne. A ta kobieta, no istny dynamit!
Pogwizdując sobie wędrował ulicą, planując już resztę wieczoru. Piwko, te koktajle Loczka, coś z grilla - do tego się zasadzi Lamparda, który był mistrzem rusztu, i maraton rżnięcia w FIFA. Ogra się wszystkich jak należy, ale będzie ubaw! No i może pociągnie chłopaków za języki. Terry był cynikiem, nie romantykiem, ale nie idiotą, dobrze widział, że ci dwaj, Loczek i Frank, wzięli na oko te laseczki. Niezłe były, przyznał w duchu Terry, skręcając w boczną uliczkę, ta czarnula za którą lata Luiz ma cycki, że ho ho, sam by chętnie zmacał, ale młody narwany jest, mógłby mordę obić, więc lepiej nie. No trudno. Wystarczy, że mu Frank przyłożył.
John zatrzymał się kilkadziesiąt metrów od bramy. W sumie, przyznał sam przed sobą, trochę z tą Ludmiłą przesadził, nie powinien był do niej startować, skoro wziął ją na celownik Frankie. Żony i partnerki innych kumpli nie stanowiły dla Terry'ego tabu, ale kobiet związanych z Lampardem nie tykał. Frank był jego najlepszym kumplem, nie raz go z gówna wyciągał i na nikim John tak polegac nie mógł jak na nim.
Gdzieś z tyłu, na skrzyżowaniu, zamruczał silnik samochodu. Zajęty składaniem wewnętrznej szczerej samokrytyki Terry zszedł odruchowo na chodnik, nie poświęcając zjawisku większej uwagi.
Był kilknaście kroków od bramy, gdy nagle warkot przybrał na sile. Terry obejrzał się i ujrzał czarną wołgę z przyciemnianymi szybami, pędzącą wprost na niego.
Instynkt sportowca zadziałał bezbłędnie. Zanim samochód go porządnie sięgnął, John zdołał uskoczyć w bok, nurkując w gęstym żywopłocie. Opony czarnej wołgi wizgnęły niespokojnie na asfalcie.
Terry bez namysłu wbił się w tunel między krzewami a ogrodzeniem i popędził na czworakach w stronę bramy. Wyskakując z żywopłotu wpadł prosto w objęcia zaniepokojonego Petra.
- Co jest? - zapytał zwięźle bramkarz.
- Jakiś kretyn usiłował mnie przejechać - wyjaśnił Terry. - O, nawraca, chodu!
Wbili się pospiesznie za furtkę i przez kraty patrzyli jak czarna wołga odjeżdża.
- Wypadek? - zapytał Cech.
- Chuja tam - mruknął Terry.
- Do domu - zaordynował Petr, któremu włączyła się boiskowa charyzma. Z tym nie było dyskusji.- Trzeba cię opatrzyć.
- Nic mi nie jest! - zdziwił się John.
W błękitnych oczach Cecha odmalowało się politowanie.
- Wyglądasz, jakbyś wpadł do beczki z kotami.
Czarna wołga z nieco podrapanym przednim błotnikiem zatrzymała się późnym wieczorem przed kamienicą w centrum Moskwy. Niewiele osób wiedziało, że na jej najwyższym piętrze znajdowała się luksusowa garsoniera, należąca do Jurija Fiodorowa.
Z samochodu wysiadł szczupły mężczyzna, ubrany, mimo panującego upału, w czarny garnitur i białą koszulę. Pod szyją, zamiast zwykłego krawata miał jednak fantazyjną kokardę, w stylu tych, które nosili dziewiętnastowieczni dandysi. Twarz owego człowieka, biała, gładka, z kształtnymi różowymi ustami i wielkimi bladoniebieskimi oczyma, do tego otoczona jasnymi lokami, zwiodła już niejednego, każąc mniemać, że jej właściciel jest zupełnie niegroźny i zniewieściały. Dopiero wejrzenie w owe wielkie oczy burzyło owo pierwsze wrażenie i to burzyło je do fundamentów. Wejrzenie nieznajomego bowiem było zimne i pozbawione emocji właściwych ludziom.
Szczupły blondyn wjechał na najwyższe piętro, po czym zamiast zapukać do zamkniętych drzwi mieszkania, otworzył je bezszelestnie wyjętym z kieszeni wytrychem.
Jurij Fiodorow, odziany jedynie w rozchełstany szlafrok, siedział na kanapie, włochate odnóża ulokowawszy na kawowym stoliku, obok wielkiego, czarnego laptopa. Nawet nie usłyszał wejścia bladookiego nieznajomego, więc gdy ten wyrósł przed nim znienacka, Fiodorow niemal zleciał z kanapy.
- Kurwa, Czajew, czy ty nie możesz wchodzić jak zwykli ludzie? - ryknął, łapiąc się za serce. - Prawie na zawał odkorkowałem!
Blondyn przekrzywił głowę, jakby oglądał jakiś przedziwny okaz ziemskiej fauny.
- Zadanie wykonane - rzekł.
- Dobra - mruknął Fiodorow. - Teraz mnie popamięta, angielski palantunio. Niech se nie myśli, że może mi podskakiwać!
- To wszystko? - Czajew wyraźnie nie był zainteresowany problemami Jurija.
- Nie. Masz nowe zadanie - Jurij okręcił laptopa ekranem w stronę blondyna. - Jego. Jej nie ruszaj.
Na monitorze świeciło wykonane teleobiektywem zdjęcie kremowego Jaguara, stojącego nad rzeką. W samochodzie siedziały dwie osoby różnej płci, bardzo intensywnie się całujące.
- Frank Lampard - rzekł Czajew bez zaskoczenia. - Zepsuje pan interesy Nikicie. Chce mu opylić jakieś biżuty. Prezentacja dziś wieczór.
- Mam gdzieś interesy tego starego knura - warknął Jurij. - Lampard ma zniknąć. Rozumiemy się?
- Najzupełniej - odparł Czajew. Na jego ustach zaigrał słaby uśmiech, a w oczach mignęło coś takiego, że Jurijowi po plecach przeleciał zimny dreszcz.
Bo Iwan Czajew, płatny morderca, uwielbiał swoją pracę.

* Loczek i Zoja są wielbicielami powieści "Mistrz i Małgorzata" Bułhakowa. Miejsca o których mówią wystąpiły w tej właśnie książce.

______________________________________________________________________________

Poprzedni rozdział był dosyć krótki, ten więc będzie długaśny i z góry przepraszam wszystkie fanki Lamparda, ale Loczek porwał mi to opowiadanie i nie chce oddać. A jak tu negocjować z takim rozbrajającym gościem?


No same widzicie - nie da się!

Martina