sobota, 10 maja 2014

Rozdział 3

 Długie, szkarłatne paznokcie z zaciekłością atakowały kremową klawiaturę designerskiego laptopa w rózowej obudowie. Pod nogami Jekateriny Krupskiej, niegdyś znanej aktorki rosyjskiego filmu i telewizji, teraz zredukowanej do żałosnej roli małżonki oligarchy, palił się grunt. Czas był najwyższy na opracowanie jakiejś strategii ratunkowej.
Jekaterina spojrzała na swoje odbicie w lustrze, wiszącym nad rokokowym biureczkiem przy którym siedziała. Zmarszczki pod oczyma pogłębiały się nieubłaganie, a w kącikach pojawiały się nowe. Nie dało się tego ukryć, Katia Krupska, dawny anioł Petersburga, osiągnęła dojrzały wiek lat czterdziestu czterech. Jeśli miała urodzić swojemu mężowi, temu parszywemu bucowi, Nikicie Fiodorowowi dziecko, musiała jak najszybciej zajść w ciążę.
Kiedy za niego wychodziła, choć budził w niej wstręt, miała nadzieję, że ten potężny magnat zapewni jej spokojne, błogie i przed wszystkim luksusowe życie. Cena wydawała się niewielka, ot, urodzić dziecko płci męskiej. Jekaterina nie miała wtedy pojęcia, że ten rudy wieprz jest jałowy jak... jak obrady Komitetu Centralnego i absolutnie niezdolny do spłodzenia potomka.
A czas nieubłaganie płynął, płodność Jekateriny miała niedługo przekroczyć termin przydatności do użycia, Nikita zaś jął wykazywać coraz wyraźniejsze oznaki zniecierpliwienia. Katia była dostatecznie inteligentna, by wiedzieć, że gdy owo zniecierpliwienie osiągnie apogeum, ją będzie czekać rozwód, równoznaczny w tym wypadku z ruiną finansową, albo jeszcze gorzej, nieszczęśliwy wypadek, a potem wystawny pogrzeb. Żadna z tych opcji nie przypadała jej do gustu.
I wtedy Opatrzność zesłała Jekaterinie szurniętą siostrę Nikity, Alonę Romanową. Była ona sporo starsza od Nikity, z punktu widzenia Krupskiej zatem plasowała się w kategorii wiekowej "stara mumia". Jak na mumie była jednak niezmiernie żywotna, przeraźliwie energiczna, sama prowadziła samochód i do tego nieustannie gadała, a język miała ostry jak brzytwa.
Jekaterina wróciła tego dnia z zakupów, wściekła do nieprzytomności, kilka chwil później zaś przez służących i ochronę przedarła się bezkompromisowo Alona i niczym barwny tajfun, złozony z pastelowego kostiumu i wielkiego kapelusza przybranego kwieciem z jedwabiu, wtargnęła do salonu.
-Witaj złotko, nie będę mówić, że się cieszę z twojego widoku, bo wszystko ma swoje granice, uprzejma nieszczerość też, ale nie martw się ja wpadłam tylko na chwilkę, zostawić książkę dla Ludeczki, mojej siostrzenicy, a co to ty taka skwaszona siedzisz, jakby ci kot w torebkę nasikał? - starsza pani zdołała wymówić to wszystko na jednym oddechu.
- Zdenerwowałam się - odparła kwaśno Jekaterina. - Zamówiłam tydzień temu mój ulubiony puder, ten z macicy perłowej i jeszcze go nie mają.
- Nie pomoże puder, róż, kiedy lico zwiędło już - zaintonowała Alona. - A ty uważaj, kochanieńka, bo ten mój braciszek, świnia podła, już nogami do wyjścia przebiera, za młodszymi się ogląda...
- Wiem - odparła Jekaterina jeszcze kwaśniej.
- To ty tak nie siedź kochana, tylko znajdź jakiegoś kowboja, co cię na oklep poujeżdżać zechce, będzie dziecko, to i Nikusiowi fochy przejdą od razu! No cóż ty tak na mnie patrzysz, myślisz, że ja nie wiem, że ten mój braciszek ślepakami strzela, dużo huku, ale efekt żaden?
Kiedy Jekaterina zastanawiała się co właściwie odpowiedzieć, do salonu zajrzała Ludmiła.
- Ludeczka, kochanie, tę książkę, co o nią prosiłaś ci przywiozłam, o carskich jubilerach, tak, kochana, nikt takiej biżuterii w całej Europie, a nawet na świecie nie miał jak Romanowowie, ale zaraz, gdzie to ja... No widzisz, jaka ja roztrzepana jestem, w samochodzie zostawiłam, chodź to zabierzesz...
Nieustający potok wymowy cichł w miarę jak Ludmiła i Alona Romanowa oddalały się hallem, tymczasem jednak pomysł starszej pani padł na żyzną glebę umysłu Jekateriny i zapuścił tam korzenie. Teraz zaś miał zakwitnąć, by, taką nadzieję miała Krupska, za dziewięć miesięcy wydać upragniony owoc.
Bal, który Nikita postanowił wydać na cześć sportowców z Chelsea, dzień po ich przyjeździe, był dla jego żony jak zrządzenie losu. Teraz mogła bez wysiłku i mnożenia pretekstów dopiąć swego, tylko należało wybrać właściwego osobnika. Dlatego więc Jekaterina Krupska szczegółowo przeglądała w internecie życiorysy czterech piłkarzy.
Lampard... Ciasteczko, schrupałaby go, gdyby dysponowała pełną wolnością, ale do jej celów niezupełnie się nadawał. Spłodził dzieci, owszem, ale dwie córki. Minus. Kawaler i bez partnerki, jeszcze większy minus. Sprawa wymagała dyskrecji, singiel stanowił ryzyko, że coś się wydostanie w świat.
Jekaterina obejrzała następnego kandydata, Petra Cecha, uśmiechając się z aprobatą na widok jego nagiego zdjęcia, wykonanego gdzieś w szatni. Piękny tyłeczek, apetyczne ciało, do tego żonaty i ma syna, oprócz córki. Byłby idealny, gdyby nie emanował taką, wręcz przeraźliwą, solidnością i rzetelnością. Poderwanie tej dwumetrowej czeskiej kolumny wierności wydawało się bliskie niemożliwemu.
David Luiz odpada w przebiegach, nie daj Boże dziecko odziedziczyłoby te murzyńskie loczki i jak ona by to wytłumaczyła mężowi? Poza tym kawaler, bez dziewczyny, do bani.
Życiorys ostatniego z piłkarzy sprawił, że Jekaterinie rozśpiewały się w uszach chóry anielskie. Tak! To jest ten! Idealny! Syna ma, jest żonaty, więc gębą kłapał nie będzie, do tego lubi numerki na boku, zatem dobranie się do jego rozporka nie będzie stanowić problemu, urodą od Fiodorowów za bardzo nie odbiega... Tylko on i żaden inny!
Przyszedł czas na inne decyzje. Jekaterina zatrzasnęła laptopa i otworzyła na oścież swą garderobę.
Co włożyć na ten bal? Jak skusić tego Anglika?
Jak uwieść Johna Terry'ego?
- Wystarczy, zasadniczo, mieć cycki - rzekł leniwie David Luiz, zwisający malowniczo z kanapy, w salonie piłkarskiej kwatery. - I Johnny już leci, jak dzieciak co zobaczył lizaka. Nieskomplikowany z niego gość.
Siedzący w fotelu Cech uśmiechnął się znad kufla z piwem, które było jego jedyną słabością.
- A ty, młody? - zapytał. - Na co ty lecisz?
Loczek zarzucił stopy na wiszącą półeczkę, zwiesił głowę z kanapy i spojrzał na kumpla do góry nogami.
- Właściwie to nie wiem - wyznał. - Jeszcze takiej nie spotkałem, żeby no wiesz.
- No nie wiem? - łagodnie zachęcił Cech, po czym pociągnął z lubością tęgi łyk ulubionego napoju.
- No żeby była moją księżniczką. Taką, żebym był gotów smoki dla niej mordować, czyli no, rozumiesz, metaforycznie - David przybrał gwałtownie pozycję siedzącą, wprawiając półeczkę w kołysanie i zamiatając przy tym efektownie lokami. - Żebym był dla niej gotów na największe poświęcenia!
Tu chwycił kij bilardowy i składając nim się jak kopią, zaszarżował na bar, mający zapewne wyobrażać smoka.
- Mam nadzieję - odezwał się od progu głos niewieści - że pańska wybranka nie będzie musiała mieszkać w wieży. Okropnie trudno je ogrzać, no i te przeciągi...
Loczek zrazu poczerwieniał, niepewny, czy Ludmiła nie mówi serio, wystarczyło jednak tylko jedno spojrzenie na jej roześmiane oczy, by odgadł, że żartowała. Z poważną miną zasalutował jej kijem bilardowym jak mieczem, po czym udzielił odpowiedzi na zadane pytanie.
- Jeśli wieża, to wyłącznie nowoczesna i z klimatyzacją! - rzekł.
- W takim razie zazdroszczę tej, która zdobędzie pana serce - Ludmiła ujęła palcami rąbki swej szarobłękitnej, zwiewnej, letniej sukienki i dygnęła wytwornie. Szaleństwo Loczka było najwyraźniej zaraźliwe.
- Niech pani usiądzie, bardzo proszę - otumanionego ogólną atmosferą Średniowiecza Cecha znienacka odblokowało. Zerwał się gwałtownie z fotela, nieomal oblewając się piwem, po czym zamaszystym gestem wskazał dziewczynie kanapę.
- Dziękuję - odparła Ludmiła, wchodząc w głąb salonu. - Chętnie bym skorzystała z zaproszenia, ale wpadłam tylko na chwilę...
- Ej, leszcze, kto mi zajumał dezodorant?! - wściekły Terry, owinięty wokół bioder ręcznikiem i mokry, wpadł do salonu. Na widok Ludmiły zahamował gwałtownie, poprawił ręcznik i uśmiechnął się szeroko. - Ach, nasz piękny anioł zawitał...
Ludmiła przezornie schowała dłonie za soba, na wypadek, gdyby John znów usiłował je całować.
- Chciałam się upewnić, że panowie pamiętają o dzisiejszym balu i sprawdzić, czy niczego wam nie brakuje - odparła dyplomatycznie.
- Bal - Loczek podrapał się po kudłatej głowie. - Chyba nie wyjąłem smokinga z walizki. Czy tu jest żelazko? - z tymi słowy wypadł z salonu jak rączy jeleń.
- Gdy jest tu pani mamy wszystko, czego nam trzeba - zapewnił Terry, przysuwając się do Ludmiły.
Cofnęłaby się, gdyby mogła, ale za sobą miała opuszczony przez Cecha fotel.
- Terry - bramkarz Chelsea zamruczał ostrzegawczo, jak poirytowany niedźwiedź.
- Wygląda pani jak prawdziwy anioł, prosto z nieb, w tej sukni koloru obłoków - kapitan Chelsea sięgnął po tanie metafory, przysuwając się tak blisko, że Ludmiła się niemal przegięła przez oparcie fotela. - Pani usta muszą smakować jak prawdziwa ambrozja...
- Terry, przeginasz - duża dłoń Cecha spoczęła na barku kapitana. Ten strząsnął ją jak muchę.
- A co tu się, do jasnej cholery, wyprawia? - władczy głos zagrzmiał nagle gniewnym forte w salonie.
W otwartych drzwiach do ogrodu stał Frank Lampard, odziany wyłącznie w kąpielówki, z ciałem lśniącym od wilgoci, co wskazywało niezbicie iż przed chwilą pływał w basenie.
- Nie teraz, Frankie - rzekł Terry nieuważnie, pochylając się nad wygiętą w artystyczny łuk Ludmiłą. - Zajęty jestem, nie widzisz?
Petr Cech wzniósł tylko oczy do niebios, natomiast Lampard zareagował znacznie gwałtowniej. Dwoma susami znalazł się przy Terrym, chwycił go jak szczeniaka za kark i odrzucił tak mocno, że kapitan potoczył się pod stół bilardowy, gubiąc po drodze ręcznik.
- Przepraszam panią najmocniej za tego nachalnego buraka - rzekł Frank, pomagając Ludmile wrócić do pionu. Dziewczyna spojrzała na jego nagi, muskularny tors i spłonęła rumieńcem.
- Nic się... - zaczęła.
- Licz się ze słowami, Lampard! - wrzasnął Terry, zrywając się na równe nogi. - I przestań się wreszcie wpierdalać między wódkę a zakąskę!
- Terry, ręcznik - wycedził Frank.
- Co ręcznik, co kurwa ręcznik? - bulgotał John, uderzając swoją piersią w pierś przyjaciela. - Znajdź se swoją laseczkę, kurwa!
Lampard, z miną morderczą, chwycił kumpla za ramię, wznosząc równocześnie pięść do ciosu, Cech złapał go za nagarstek, Ludmiła krzyknęła, a zza futryny wyjrzała strzecha rozwianych loków i para orzechowych oczu.
- Fraaank, słuchaj no, czy ty byś mógł - Loczek obrzucił zdziwionym wzrokiem grupę zastygłą na środku salonu. - Znaczy jak się skończycie bić, to mógłbyś mi powiedzieć jak się prasuje smoking?
Czteroosobowa grupa Laokoona (z Terrym w roli węża) patrzyła na niego baranim wzrokiem.
- I ten, Johnny, przy damach się nie paraduje z siurkiem na wierzchu - rzekł David pouczająco. I czmychnął.
Gwałtownie spurpurowiały Terry chwycił porzucony ręcznik, zasłonił nim swoje skarby i błyskając białymi, kontrastującymi z opalenizną na reszcie ciała, pośladkami, zwiał pospiesznie z salonu.
- To ja już pójdę - rzekła Ludmiła. - Panowie pamiętają, stroje wieczorowe na dwudziestą!
Zanim Frank zdołał wydusić z siebie jakieś przeprosiny, jej już nie było.
- Petr - rzekł zamiast tego. - Możesz już puścić moją rękę.
- O, przepraszam - bramkarz rozluźnił uchwyt na nadgarstku Franka. - Czy was porąbało? Żrecie się ostatnio z Terrym jak psy. Co w was wstąpiło? Chodzi o tę dziewczynę?
- Po prostu wkurza mnie i tyle! - Lampard energicznym krokiem opuścił pokój.
Cech podniósł kufel z piwem ze stołu, napił się, po czym wzruszył ramionami.
- Dom wariatów - rzekł do pustego salonu.
Jakimś cudem zdążyli wyrobić się na ósmą i wbici w smokingi ze śnieżnobiałymi gorsami, jak cztery pingwiny z Madagaskaru, załadowali się do limuzyny.
Bal odbywał się w samym Carskim Siole, w pozłocistej sali balowej zbudowanej na zamówienie carycy Katarzyny Wielkiej, oraz w przyległej komnacie, w której, zgodnie z najlepszymi dworskimi wzorami z XIX wieku, urządzono bufet, serwujący przekąski zimne i gorące, a także wyborne napoje, od orszady, czyli chłodzącego napoju z migdałów, po szeroki wybór znakomitych wódek.
Gdy piłkarze przybyli, część taneczna się jeszcze nie zaczęła, orkiestra plumkała dyskretnymi dźwiękami, a wysmokingowani panowie i panie w olśniewających toaletach (i z biżuterią za którą można byłoby podreperować znacząco finanse średniej afrykańskiej republiki) roili się przy bufecie, gdzie prym wodził wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, o ciemnych kręconych włosach i zielonych, podkrążonych oczach.
Kelnerzy we frakach krążyli wśród gości, roznosząc szampana, z czego panowie zaraz chętnie skorzystali. Ledwie zdążyli osuszyć swoje kieliszki, gdy służba jęła zapraszać na salę balową. Obok podestu dla orkiestry ustawiono już niewielkie podium, z którego przemawiać miał gospodarz, czyli Nikita Fiodorow.
Kiedy w drzwiach sali balowej pojawiła się Ludmiła, Loczek aż gwizdnął cicho z wrażenia. Dziewczyna ubrana byla w suknię, na pierwszy rzut oka gołębioszarą, jednak mieniącą się delikatne a srebrzyście, na szyi zaś miała naszyjnik z drobnych diamentów, z którego zwisały w formie wisiora w koronkowej, srebrnodiamentowej oprawie, dwa wielkie szafiry, niezwykłej czystości.
- Lampard, widziałeś? - Luiz szturchnął wicekapitana w opięty czarnym smokingiem bok.
Sądząc z zastygłego na twarzy Franka wyrazu cielęcego zachwytu widział, aż nadto wyraźnie.
- Wygląda jak zaklęta księżniczka - rzekł w rozmarzeniu.
Terry nachylił się do ucha Luiza.
- Ale bym ją... odczarował moją różdżką - zachichotał obleśnie, zniżając głos tak, aby Lampard nie dosłyszał.
Jednakże najwyraźniej nie docenił ostrości słuchu swego kumpla, bo Lamps odwrócił się w jego stronę z iście morderczym wyrazem twarzy.
- Zbliż się tylko do niej, to cię tak urządzę, że twojej różdżki cała magia świata nie podniesie - wysyczał.
Loczek na wszelki wypadek zasłonił kapitana własnym ciałem.
- Tylko bez rozlewu krwi, panowie!
- Tak się wystraszyłem, że mi cała krew z dużej głowy zeszła do tej mniejszej. - John mrugnął okiem do przyjaciela. - Od kiedy to zrobił się z ciebie taki pies ogrodnika? Z Rio dzieliłeś się...ekhm...wszystkim.
Frank spojrzał na przyjaciela wzrokiem tak lodowatym, że zmroziłby na nowo całą Syberię i jeszcze starczyłoby na amerykańską Alaskę.
Luiz wywrócił oczyma z ledwością powstrzymując się od walnięcia ulokowaną głową w najbliższą ścianę.
- Ten brunet z błekitno-zielonymi ślepiami, niczym wody Bajkału patrzy na ciebie. - Zoja nachyliła się do ucha Ludy, lekkim skinieniem pokazując jej Franka Lamparda, popijającego złocisty trunek z kryształowej szklaneczki.
- I co z tego, że patrzy? - zapytała zaczepnie Ludmiła.
- Jest szalenie przystojny! Mogłabyś się z nim rozerwać, całe dnie spędzasz w fundacji i firmie twojego skostniałego ojca.
- Taką mam pracę.
- Ale po pracy mogłabyś rzucić się w szerokie ramiona angielskiego dżentelmena!- zachichotała Zoja.
"Rozerwać to ja go mogę na poligonie pod Moskwą" - pomyślała Fiodorowna. "I to całkiem nie w przenośni".
- Pracuję z nim - odparła głośno. - Nie wypada mi się rzucać w jego ramiona.
Rudowłosy, cokolwiek siwiejący mężczyzna, wszedł na postument i zaklaskał w dłonie.
- Przyjaciele! - zaczął. - Ja, Nikita Fiodorow, zaprosiłem was tutaj, aby uczcić godnie nasze dobre dzieło, jakim jest Fundacja Fiodorowa! Dzięki niemu nawet najuboższe dzieci mają szansę na realizację swych marzeń,a kadra piłkarska Rosji wzbogaca się o wciąż nowe talenty!
Burza przypochlebnych oklasków przeleciała przez salę.
- Mamy dzisiaj specjalnych gości z dalekiej Anglii, powitajmy ich zatem serdecznie, tak, aby dobrze zapamiętali matuszkę Rosję! - Fiodorow wskazał dłonią czterech piłkarzy. Goście jęli pospiesznie klaskać i wiwatować. Gospodarz odczekał chwilę, po czym uciszył tłum gestem.
- Chcę wam także zaprezentować moje dwie podpory, a może i kontynuatorów mojego dzieła - rzekł. - Wielkie brawa dla Jurija Fiodorowa...
Zielonooki brunet, który uprzednio wodził rej przy barze, teraz wypiął pierś jak indor.
-...i moej córki Ludmiły.
Wywołana dygnęła skromnie, po czym schowała się w tłum, tymczasem niewysoka starsza pani, spowita w zwoje tafty, z wysadzaną rubinami tiarą, lśniącą dyskretnie pośród siwych loków bezceremonialnie wystąpiła z tłumu.
- I ona robi większość roboty, bo ten twój Jurij tylko się obija, Nikusiu, mó bracie i sekretarki za tyłki łapie, więc te brawa, to Ludmile się należą, a nie temu nierobowi! - oznajmiła pełną piersią.
- Dziękuję, siostrzyczko - odparł oligarcha kwaśno. - Oto moja siostra, Alona Romanowna. A teraz panowie proszą panie! Orkiestra tusz!
Orkiestra zagrała walca, a Lampard, niczym pantera, przeciął miękko salę i wyrósł przed Ludmiłą, gnąc się w eleganckim ukłonie.
- Pragnę przeprosić panią za niefortunne zajście jakiego była pani dzisiaj świadkiem - rzekł uroczyście.
- Nie gniewam się - odparła Ludmiła, nie wiedzieć czemu oniesmielona. Frank Lampard w smokingu wyglądał zupełnie inaczej niż zwykle, prawie jak lord, albo wręcz książę.
- Mogę zatem prosić panią do tańca? - Frank zajrzał wprost w błękitne oczy dziewczyny, która poczuła, że oblewa się żarem. Niczym we śnie podała mu dłoń i pozwoliła powieść się na środek sali. Świat wirował wokół niej, gdy Lampard przyciskał ją do swego silnego, muskularnego ciała, tak, jak w walcu przyciskać trzeba, krew szumiała w uszach i burzyła się w żyłach.
Oboje zapomnieli w tańcu o wszystkim, pragnąc, by ten moment trwał jak najdłużej, by nie musieli się rozdzielać, by mogli patrzeć sobie w oczy i chłonąć ciepło swych ciał przez wieczność.
W tym samym momencie co Lampard, z dwóch przeciwnych kierunków do Ludmiły ruszyli też Jurij i John Terry. Nie dotarli do niej jednak, bo wpadli na siebie z impetem, a zmierzywszy się nawzajem wzrokiem odgadli w sobie samców tego samego gatunku, zatem rywali i gwałtowna, płomienna niechęć rozkwitła między nimi w mgnieniu oka.
- Przepraszam pana bardzo - rzekł Terry przez zaciśnięte szczęki. Pomny ostatnich awantur ze strony Lamparda usilnie starał się pozostać grzeczny. - Czy zechciałby pan ustąpić mi z drogi?
Jurij chętnie wyrżnąłby Anglika w zęby, ale nie mógł, w końcu przyszły teść patrzył.
- To pan wszedł mnie w drogę - odpowiedział zamiast tego, tonem agresywnym. - Może pan się nastąpi?
- Nastąpić to się może krowa w oborze - wysyczał Terry, po czym dodał, żeby było grzeczniej: - Zechce pan mnie przepuścić!
Nie wiadomo jak potoczyłaby się dalej ta wymiana zdań, gdyby w tym momencie między obu panami nie przetarabaniła się jakaś dama o posturze pieca. Odepchnięty przez nia w tłum Jurij stracił wojowniczy zapał, a Johna ktoś delikatnie postukał po ramieniu.
Terry obrócił się i ujrzał drapieżną piękność w szkarłatnej, dość obcisłej sukni, dobitnie eksponującej walory przednie, które były całkiem niemałe.
- Tańczy pan? - wargi piękności, równie szkarłatne jak suknia, rozciągneły się w uśmiechu.
- Oczywiście! - rzekł Terry z radosnym zapałem, chwytając damę w objęcia.
Wkrótce z pilkarskiej czwórki na parkiecie brakowało tylko Loczka, bo wywijał nawet Cech, porwany w tan przez ciotkę Alonę, sięgającą mu mniej więcej do łokcia. David zaś oparł się o framugę jednego z wielkich okien i wiercił wzrokiem w nieznajomej, która zjawiła się wraz z Aloną. Od razu rozpoznał w niej dziewczynę z parku, ale bał się podejść, bo wtedy mogłaby znowu uciec. Poza tym nie umiał tańczyć walca.
Zoja od razu dostrzegła, że jest pod ostrzałem orzechowego spojrzenia Davida Luiza. Coś w nim, a zwłaszcza w jego wielkiej, rozwichrzonej czuprynie, było dziwnie znajomego, jednak nie potrafiła ustalić co właściwie. Nie wiedzieć czemu kiedy patrzyła na te szalone loki, przychodziły jej na myśl róże.
Uśmiechnął się do niej chlopięco i jakby trochę nieśmiało, odpowiedziała więc uśmiechem, po czym, czując że się idiotycznie rumieni, odwróciła się. Kiedy spojrzała znowu, Luiza nie było już pod przeciwległą ścianą, o nie. Trzymając w zębach różę, wyjętą z któregoś z niezliczonych wazonów, dekorujących salę, przemieszczał się tanecznym krokiem, będącym radosną mieszanką samby i disco, między wirującymi parami, zmierzając w jej stronę.
Kiedy dotarł, wyjął różę z ust, błysnął oczyma i zamaszyście podał Zoi kwiat.
- Cześć! - rzekł radośnie. - Chciałem cię poprosić do tańca, no ale ja nie umiem walca, więc ten...
- Ale umiesz się ruszać! - pochwaliła Zoja. - A walc jest prosty, serio.
- Naprawdę? - sprężynki na głowie Davida podskoczyły radośnie.
- Naprawdę - odpowiedziała artystka. - Poczekaj, teraz orkiestra zagra parę slowfoksików dla staruszków, to cię poduczę kroków, a potem poproszę, żeby zagrali jeszcze raz walca. Co ty na to?
- Super! - oznajmił Loczek radośnie.
Walc dobiegł końca. Serce Ludmiły waliło tak mocno, jakby miało zaraz wyskoczyć z piersi i wcale nie był to skutek wysiłku, włożonego w taniec. To był efekt bliskości Franka Lamparda. Nie wiedziała jak to możliwe, ale ten Anglik działał na nią tak, że ona, kobieta zawsze chłodna i opanowana, teraz marzyła tylko o tym, żeby go pocałować, żeby poczuć ogień jego warg na swoich...
A mimo, że muzyka umilkła, Frank nie zwolnił uścisku, wręcz przeciwnie, trzymał Ludmiłę mocno, spoglądając na nią tkliwie, a zarazem ogniście.
- Jest pani taka piękna - wyszeptał. - Te szafiry w pani naszyjniku gasną przy pani oczach jak świeczki przy gwiazdach...
Żar zalał całe ciało Ludmiły. Pragnęła tego mężczyzny jak dotąd zadnego i czuła, że jeśli zaraz przed nim nie ucieknie, zrobi coś głupiego.
Więc uciekła.
- Przepraszam - bąknęła, oblewając się pąsem. Wyplątała się z ramion Lamparda i lawirując wśród gości opuściła salę balową, by pobiec przed siebie korytarzem. Krew pulsowała jej w skroniach, w uszach dudnił bęben, będący w istocie jej sercem, a w głowie panował mętlik.
Korytarz zaprowadził ją do niewielkiej oranżerii, wypełnionej egzotycznymi roślinami, wysrebrzonymi teraz w promieniach zaglądającego przez szyby księżyca. Ludmiła stanęła pod obsypanym różowym kwieciem drzewkiem i ukryła twarz w dłoniach.
- Boże... - jęknęła.
- Pani Ludmiło, czy powiedziałem coś złego?
Odwróciła się gwałtownie. Frank Lampard, szczerze zaniepokojony, stał w drzwiach oranżerii.
- Skąd pan tu...? - zapytała Ludmiła zdumiona.
- Opuściła mnie pani tak nagle, że pozwoliłem sobie za panią pobiec - wyjaśnił. - Nawet panią wołałem, ale chyba mnie pani nie dosłyszała. Czy powiedziałem coś złego? Jeśli tak, przepraszam.
- Nie, był pan bardzo miły - odparła. - To ja... Chyba zrobiło mi się trochę duszno.
- Naprawdę? - zapytał, przysuwając się.
- Naprawdę - Ludmiła zadrżała. - Ale już mi lepiej.
Dotknął delikatnie jej policzka.
- Drży pani, choć jest pani ciepła - szepnął.
- To nie choroba... - odszepnęła Ludmiła. - To przez pana...
- Przeze mnie? - usta Franka zawisły tuż nad wargami Ludmiły.
- Tak...
Musnął wargami jej delikatne, ciepłe usta, potem wpił się w nie, w namiętnym pocałunku, spijając słodycz i wlewając w żyły Ludmiły niepojęty żar.
- Och, Frank - szepnęła cichutko.
- Ciiii - położył palec na jej ustach, po czym znów zaczął całować, namiętnie, zachłannie, a ona oddawała mu pieszczoty z rosnącym zapałem.
Zwinny cień oderwał się z ciemnego kąta na korytarzu i pomknął w kierunku tętniącej gwarem sali balowej. Tu, w Carskim Siole ściany miały oczy i uszy.


_______________________________________________________________________________
Oto leci rozdział trzeci, dość długi, bo się musieliście naczekać. Mam nadzieję, że spodoba wam się kierunek w którym poszły wydarzenia :)
Martina

wtorek, 15 kwietnia 2014

Coś gorącego w klimatach mundialu

Zanim dowiecie się co jeszcze odwinął Terry, czy Lampard uwiódł Ludmiłę ku chwale ojczyzny i czy leśne licho zjadło Zoję, mam dla was trailer zupełnie innego opka. Dzieje się w Brazylii, podczas mundialu, jednym z głównych bohaterów jest Xabi... A w ogóle to sobie popatrzcie, o:


niedziela, 13 kwietnia 2014

Rozdział 2

 Ściana rozgrzanego powietrza uderzyła w twarze piłkarzy, gdy postawili pierwsze kroki na trapie samolotu. Słoneczny blask, odbijał się w całym mnóstwie szkła, metalu i innych lśniących elementów, z jakich składały się terminale na lotnisku Wnukowo, migotał w kadłubach samolotów i błyskał w szybach lotniskowych samochodów.
- O kurwa... - Terry zdzierał z siebie pospiesznie ciepły (i niezmiernie modny) wełniany kardigan. - Dlaczego tu jest tak gorąco?
- Bo jest lato - odparł Cech, jak zwykle rzeczowy i oszczędny w słowach.
- A po co ci ten sweter właściwie? - zapytał Lampard, zakładając ciemne okulary. - Ubrałeś się jak na biegun.
- No właśnie - Luiz sięgnął do paska od spodni kapitana Chelsea. - Pokaż, ciepłe gacie też masz?
- Nie rozbieraj mnie, ludzie patrzą! - warknął Terry, odskakując na bezpieczną odległość.
- A jak nie będą patrzeć, to mogę ci zdjąć portki? - Loczek prychnął śmiechem.
- Jak zmienisz płeć na damską - poinformował go Petr półgębkiem.
Trzej gracze Chelsea zachichotali, Terry jednak nie podzielał rozbawienia kolegów.
- Weźcie się ode mnie - burknął. - Przecież to jest Rosja, tu jest zawsze zimno! I te, białe niedźwiedzie chodzą!
- Gdzie? - Luiz rozejrzał się dookoła, po czym udał, że chce wskoczyć Terry'emu na ręce.
- No po ulicach! - upierał się John.
- Muszę pana rozczarować - rzekł miły, kobiecy głos. - Niestety, niedźwiedzie w Moskwie może pan zobaczyć tylko w zoo.
Odwrócili się jak na komendę w stronę tego głosu i zamarli.
Przed nimi stała piękna blondynka, w eleganckiej, lnianej sukience, której biel lśniła w słońcu niemal anielskim blaskiem. Fale jasnych włosów opadały malowniczo na tę biel, a także ujmowały w ramy urodziwą twarz, w której lśniło dwoje błękitnych oczu, obramowanych gęstymi rzęsami.
"Prawie jak jeziorka w oazie na pustyni" przeleciało Frankowi przez głowę. Aż zdjął okulary, by móc się lepiej przyjrzeć temu zjawisku.
- Ludmiła Fiodorowa - rzekło zjawisko, wyciągając dłoń.
Lampard chciał tę dłoń ucałować, ale ubiegł go Terry, przysysając się do gładkiej skóry nieznajomej, jak amazońska pijawka po półrocznym poście.
- John Terry, kapitan Moskwy - rzekł.
- Jest pan pewien? - zapytała Ludmiła z delikatnym rozbawieniem.
- Co? - zapytał nieuważnie Terry, zajęty studiowaniem jej dekoltu. Lampard delikatnie szturchnął go łokciem w żebra.
- Czy jest pan pewien, że jest pan kapitanem Moskwy? - Ludmiła rozwinęła pytanie, kątem oka patrząc na Franka. Miał piękne oczy, nawet piękniejsze niż na zdjęciach.
- A nie, nie jestem pewien - odparł Terry. - Znaczy nie jestem kapitanem. Znaczy nie Moskwy, jestem kapitanem Chelsea.
Petr Cech chrząknął znacząco.
- A to jest ten, Petr Luiz i David Cech - dodał John nieuważnie, wciąż zafascynowany Ludmiłą. - I ten, jak mu tam, Frankie.
Frank miał dosyć.
- Pani wybaczy naszemu kapitanowi, upał rzucił mu się chyba na mózg - rzekł. Wskazał na Petra. - To jest Petr Cech, obok niego David Luiz, a ja jestem Frank Lampard.
- Bardzo miło mi panów poznać i serdecznie witam na rosyjskiej ziemi - Ludmiła obdarzyła go promiennym uśmiechem.
- Nie będzie żadnej prasy? - David zwisł poufale z ramienia Cecha. - Fleszy, konferencji i innych wrzodów?
Lampard zabił go wzrokiem.
- Nie będzie - odparła rozbawiona Ludmiła. - Pomyśleliśmy, że zechcą panowie najpierw się zapoznać ze swoim apartamentem i naszym pięknym miastem, oraz oczywiście przekąsić co nieco. Konferencja prasowa przewidziana jest na jutro.
- Świetnie! - Luiz odczepił się od Petra i podskoczył jak gumowa piłeczka. - To od czego zaczynamy?
- Od udania się do limuzyny. O bagaże nie muszą się panowie martwić, zostaną dostarczone do waszego apartamentu. Proszę za mną.
Poszli za Ludmiłą. Terminal przywitał ich błogosławionym chłodem, jak również typowym lotniskowym gwarem. Terry specjalnie zostawał z tyłu, żeby móc gapic się bezkarnie na pośladki Ludmiły, co z niewytłumaczalnych powodów drażniło Franka straszliwie. Normalnie przyjmował erotomanię przyjaciela z olimpijskim spokojem, teraz jednak miał ochotę trzasnąć go w dziób.
Nie trzasnął, za to przy wyjściu na parking dla vipów zamknął mu szklane drzwi przed samym nosem. Zagapiony Terry wszedł na nie z całym impetem. Głuche "bonng!" poniosło się w lepkim, letnim powietrzu.
- Co mu się stało? - zapytała Ludmiła z profesjonalną troską, patrząc na Johna, przylepionego do szyby jak glonojad.
- Początki udaru - objaśnił Cech.
- Mózg mu paruje - rzekł smętnie David.
- Niech się pani nie martwi, posiedzi w chłodzie, to mu przejdzie - dodał Frank.
Nic nie mówiąc John Terry odkleił się od szklanych drzwi i dołączył do grupki na parkingu. Milczał kamiennie także w trakcie przejazdu potwornie luksusową limuzyną do apartamentu. Ponieważ zaś Petr Cech z natury był małomówny, ciężar konwersacji spoczął na Franku i Davidzie, chociaż prawdę mówiąc udział Lamparda polegał głównie na temperowaniu Loczka, zasypującego Ludmiłę pytaniami bez chwili wytchnienia. Taki już był ten Luiz, ciekawski, wszędobylski i nieco szurnięty, ale przy tym świetny kumpel, pomyślał Frank. Gdybyż jeszcze nie męczył tak tej cudownej istoty...
Cudowna istota odpowiadała na pytania Davida z niezmąconym spokojem, imponując Lampardowi wiedzą i elokwencją. W piłkarskim światku rzadko spotykało się kobiety z którymi można było porozmawiać, do futbolistów lgnęły raczej te, z którymi dało się robić właściwie tylko jedną czynność, tę uprawianą zazwyczaj w pozycji leżącej.
Apartament okazał się równie luksusowy i wypasiony jak limuzyna. Po przejściu przez hall, w którym czekały już bagaże, wchodziło się do dużego pokoju dziennego, wyposażonego w telewizor o rozmiarach Placu Czerwonego, stół bilardowy oraz bar, za który natychmiast wskoczył Luiz i wetknąwszy sobie za ucho jedną z tych malutkich parasolek do ozdabiania napojów, przyrządził na poczekaniu orzeźwiający, brazylijski koktajl, którego szklankę wręczył także Ludmile.
- Przepis po babci - rzekł z kamienną powagą, jednocześnie mrugając okiem.
Dalszych czworo drzwi prowadziło do czterech sypialni, z kórych każda wyposażona była we własną łazienkę oraz wielkie łoże z baldachimem i na żelaznej, misternie kutej ramie. Terry rzucił się na nie z rozmachem, aż jęknęły sprężyny.
- Miękkie - ocenił, kołysząc się lekko i puszczając oczko do Ludmiły. - Aż chciałoby się je lepiej przetestować, na przykład... z panią.
Frank rzucił Johnowi mordercze spojrzenie, po czym zwrócił się do Fiodorownej.
- Niech pani nie zwraca uwagi na tego idiotę, on zawsze tak - rzekł. - Podrywa wszystko, co się rusza, więc w towarzystwie tak pięknej kobiety jak pani, palma odbija mu już zupełnie.
Ze zdumieniem skonstatował, że na twarzy Ludmiły, nieporuszonej dotąd wszystkimi wybrykami Johna, pojawił się teraz lekki rumieniec.
- Dziękuję za ten miły komplement - rzekła. - Z każdego z pokojów można wyjść na taras i do ogródka, w którym znajduje się basen. W każdym z pokojów znajduje się telefon z zaprogramowanymi niezbędnymi numerami. Mój znajduje się pod cyfrą 1. Kiedy już panowie się rozgoszczą, proszę dać mi znać, a zabiorę panów na zwiedzanie dzielnicy i obiad. Chociaż wedle naszych zwyczajów będzie to kolacja.
Obdarzyła piłkarzy kolejnym promiennym uśmiechem i wyszła, zostawiając za sobą smugę subtelnej woni magnolii.
- Ale dupa - rzekł Terry, wpatrując się tęsknie w drzwi za którymi znikła. - Rżnąłbym jak drwal jodłę...
- Terry, czy ja mam zacząć dosypywać ci bromu do żarcia? - warknął rozeźlony Frank.
- A po co mi brom? - zdziwił się John. - Po tych suplementach naszego doktorka na pewno nie mam niedoborów.
Frank z plaśnięciem wyrżnął się dłonią w czoło, Loczek zaś zachichotał szatańsko.
- Żeby ci kuśka nie stała - wyjaśnił Cech. - Bo jak stoi, to nie myślisz.
- Właśnie - rzekł jadowicie Frank. - Daj tej dziewczynie spokój, ona na ciebie nie leci, poza tym jest tu w pracy. Wyrwiesz dwa tuziny innych, jak będziesz chciał.
John poderwał się z łóżka, wyraźnie obrażony.
- A skąd wiesz, że nie leci? - zapytał. - A może właśnie ma kilo w gaciach na mój widok? Poza tym od kiedy stałeś się takim nudziarzem? Kiedyś sam lubiłeś się rozerwać!
- Ale dorosłem! - wrzasnął Frank. Wypadł wielkimi krokami z sypialni, dopadł do baru i dwoma haustami pochłonął szklenicę koktajlu Loczka. - Mniam, dobre. Ty, David, ty masz takie ukryte talenta, a się nie przyznajesz?
- Jestem tajemniczy - oznajmił Loczek, kryjąc twarz za wielkim liściem doniczkowej rośliny. - I mam wiele twarzy.
Zwiedzanie pierwszego dnia ograniczyło się głównie do zwiedzania Crocus City Mall, centrum handlowego oferującego takie produkty pierwszej potrzeby jak torby i torebki od Vuittona, buty od Blahnika, obłędnie droga biżuteria, luksusowe perfumy i odzież od najmodniejszych i najdroższych projektantów. Obwieszeni torbami panowie odjechali limuzyną, by zostawić nabytki w apartamencie, potem zaś pozwolili się uwieźć Ludmile do restauracji "Woland" na, jak zapowiedziała dziewczyna, skromną rosyjską kolację.
Skromna rosyjska kolacja ogłuszyła piłkarzy ze szczętem. Elegancki maitre d'hotel poprowadził ich wśród nastrojowej muzyki poprzez sale jakby żywcem wyjęte z prozy Czechowa i Dostojewskiego, a oświetlone wyłącznie świecami, do oczekującego na nich stołu. A stół ten uginał się od jedzenia.
Liczne półmiski i talerze zawierały w sobie między innymi dziwne placki, które kelnerka nazywała blinami, podawane z obłędnie gęstą kwaśną śmietaną i cieniutkimi plasterkami wędzonego łososia, górę kawioru, przyrządzonego w jakiś tajemniczy sposób jesiotra, pieczeń z jelenia z prawdziwkami na zimno, a także miseczki zupy o egzotycznej nazwie okroszka. Wszystko wyglądało i pachniało przecudownie, tak, że wszystkim, jak na komendę, zaczęło burczeć w brzuchach.
Lampard rozejrzał się za Ludmiłą, ale jej już nie było, zniknęła gdzieś niczym piękny sen. Westchnął więc i oddał się rozkoszom podniebienia, zwiększanym jeszcze wybornym winem, importowanym z Krymu.
Co było łatwe do przewidzenia Terry zaczął uderzać od razu do kelnerki, ta jednak przytomnie zauważyła, że piłkarz nosi obrączkę i tym ucięła niechciane zaloty.
- Dlaczego ty się nie możesz ustatkować, John? - krymskie wino wywołało u Cecha rzadki atak rozmowności. - Masz żonę, dzieci, a latasz za babami jak pies.
To wywołało perorę ze strony Terry'ego.
- Bo wiecie, wierność jest nudna - wywnętrzniał się między jednym blinem, a drugim. - Ciągle ta sama twarz, te same cycki, ten sam ot...
- Wystarczy, John, już załapaliśmy - Petr spróbował uciąć wynurzenia kapitana.
- Rozumiecie, jak mnie taka kobieta uwodzi, aż chce żebym ja ją, no tego - John wepchnął sobie do ust kawałek jesiotra. - No cho... ummm, pycha. No to jak ja jej mogę powiedzieć "nie"? Nie potrafię odmówić żadnej kobiecie!
- Innymi słowy nie potrafisz zapanować nad własnym fiutem - mruknął kąśliwie Lampard.
- Bo fiut Terry'ego ponosi - rzekł Loczek, oblizując skrzętnie wąsik z kwaśnej śmietany. - Jak dziki mustang. Iiiiihaaa!
- Wszystkich dziewczyn nie zaliczysz, ale próbować warto - rzekł sentencjonalnie Terry, sięgając po grzankę.
- Powinieneś zapisywać te światłe przemyślenia - Frank spojrzał z ukosa na kumpla, sponad widelca załadowanego jeleniną. - A potem opublikować je drukiem.
Luiz zamarł z natchnionym wyrazem twarzy.
- "Droga łóżkowego wojownika" - wygłosił namaszczonym tonem. - Albo nie, "Złote myśli, kuśką pisane"!
Terry zarżał rozgłośnie, klepiąc się z uciechy po udach, natomast Lampard zadławił się z wrażenia kawałkiem mięsa. Machał przez chwilę bezradnie rękami, kaszląc i czując, jak oczy wychodzą mu z głowy, aż wreszcie Petr wyrżnął go litościwie w plecy, przywracając mu tym normalne oddychanie.
- Kurwa, ja się zacznę ubezpieczać na życie przed każdym posiłkiem z wami - wysapał Frank. - Albo niech mi Roman zacznie płacić dodatek za pracę w niebezpiecznych warunkach. Kuśką pisane?!
- Mam kolejną myśl, więc niech który rozepnie rozporek. Uwaga: ciało raz puszczone w ruch, puszcza się cały czas - rzekł Terry smakowicie, równocześnie nakładając sobie kawior na grzankę i taksując tyłek przechodzącej kelnerki. - Gdzie jest to bóstwo, co nas tu przywiozło? Wpadłem na genialny pomysł!
Genialny pomysł Johna okazał się propozycją spędzenia nocy, która jeszcze nie zapadła, ale coraz poważniej zamierzała, bo słońce wisiało już niziutko nad dachami Moskwy, na dyskotece, najlepiej w jakimś modnym klubie.
Ludmiła zabrała ich na ulicę Twerską, leżącą w samym sercu Moskwy, do klubu o nieskomplikowanej nazwie Tema Bar. Chociaż zwykłemu śmiertelnikowi trudno tam załapać się na stolik, na nich oczekiwała już loża. Panowie przysiedli zaledwie na chwilę, wypili po drinku, po czym Terry, kręcąc kuprem na lewo i prawo, podążył na parkiet, za nim zaś w podskokach poleciał Loczek, a niezliczone sprężynki na jego głowie podskakiwały razem z nim. Cech ogarnął jednym spojrzeniem sytuację, dostrzegł maślane oczy wpatrzonego w Ludmiłę Lamparda i z westchnieniem poszedł za kolegami. Tych dwóch czubków nie należało puszczać luzem.
- Pani pracuje w Fundacji Fiodorowa - zagaił Frank, ledwie odnotowawszy nieobecność kolegów. - To przypadkowa zbieżność nazwisk, czy łączy panią coś z założycielem fundacji?
- Najzupełniej nieprzypadkowa - odpowiedziała Ludmiła. - Nikita Fiodorow to mój ojciec.
Frank nastawił uszu.
- Pani ojciec jest miłośnikiem futbolu? - zapytał.
- Niespecjalnie - Ludmiła uśmiechnęła się lekko, wywołując tym nową falę rozmaślenia u Lamparda. - Wierzy jednak, że młodzież trzeba czymś zająć, aby nie zeszła na złą drogę. No i nie wolno marnować talentów.
- A pani? - błękitnozielone oczy Franka spojrzały wprost w niebieskie oczy dziewczyny. Poczuła, że gdzieś w głębi jej ciała rodzi się strumień gorąca.
- Co ja? - zapytała, gubiąc zupełnie wątek.
- Czy lubi pani piłkę nożną?
"To jest klient" pouczyła samą siebie w myślach Ludmiła. "Nie możesz sypiać z klientami, więc przestań się na niego napalać".
- Nie znam się na piłce - odparła chłodno.
- Powinna pani kiedyś pójść na mecz - rzekł Frank rzewnie, nie bardzo wiedząc co mówi. - To niesamowi...
Wrzaski z parkietu i wibrujący w kieszeni telefon przerwały mu w pół zdania. Klnąc w duchu na czym świat stoi Lampard wydłubał aparat i spojrzał na ekran. Nowa wiadomość. Na parkiecie ktoś się kłócił, leciały bujne wiązanki przekleństw rosyjskich i angielskich, piszczała też jakaś kobieta.
SMS był od Cecha, zawierał tylko jedno słowo.
"Terry".
Frank błyskawicznie skojarzył rejwach i wiadomość od Petra. Poderwał się od stolika, przechylił przez barierkę i wyjrzał na parkiet.
Oczywiście. W centrum zamieszania znajdował się jego wieloletni kumpel, awanturujący się z wysokim, barczystym typem, o wygolonej głowie.
- Terry rozrabia, przepraszam - rzucił, startując w kierunku parkietu.
Biegnąc na dół uświadomił sobie, że on tego faceta tak właściwie zna. To był jeden z graczy Spartaka Moskwa, któremu Terry dawno temu przeleciał na jakiejś imprezce dziewczynę. Teraz jego aktualna partnerka, cycata blondynka z szopą tlenionych włosów (tak z połowa była sztuczna), chowała się za jego plecami, Rosjanin zaś wygrażał Terry'emu, bluzgając strugą międzynarodowych przekleństw.
Terry nie pozostawał mu dłużny, a wulgaryzmy, jakie miotał, przyprawiłyby nawet zawodowych żołnierzy o bladość lica. Miał wyraźną ochotę przejść od słów do czynów i przylutować przeciwnikowi, jednak uniemożliwiali mu to Loczek i Cech, mocno trzymający go pod ręce.
- Cisza! - huknął Lampard, niczym starszy sierżant. - John, co tu się dzieje?
- Ten skurwysyn macał moją Vanessę! - ryknął ten ze Spartaka. - Mało ci, chuju, było, żeś moją byłą we wszystkie otwory wyruchał?
- Sama chciała! - odwrzeszczał Terry, szarpiąc się gwałtownie. - W zęby mi te swoje balony pchała!
- Akurat! Patrzcie go! Ja chciałam!- rozwścieczona Vanessa ujadała niczym pekińczyk. - Do kibla szłam, nos przypudrować, a on mnie za tylek złapał, oblech jeden! A jak się odwróciłam, żeby mu w mordę dać, to złapał za cycki!
- John, przeproś panią i wychodzimy - oznajmił Frank przez zęby.
- Za co?! - żachnął się Terry.
- Przeproś, powiedziałem - spojrzenie jakie Lampard posłał przyjacielowi kwalifikowało się w pełni jako broń masowego rażenia.
- Puśćcie mnie - zażądał Terry.
Luiz i Cech uwolnili go z uścisku. John roztarł ramiona, po czym wyciągnął dłoń do Vanessy.
- Przepraszam - rzekł.
Dziewczyna boczyła się przez chwilę, potem ujęła jego dłoń.
- Przeprosiny przyjęte - oznajmiła.
- Świetnie! - ucieszył się Terry i zanim ktokolwiek zdołał go powstrzymać, chwycił Vanessę w objęcia.
- Wot, bliadskij syn, zabieraj łapy z jej tyłka! - ryknął zawodnik Spartaka, startując do Terry'ego. Ten odepchnął od siebie dziewczynę i ruszył na Rosjanina. Byliby się pobili, ale zanim do tego doszło, biała, zwinna postać znalazła się znienacka między nimi i dwoma zwinnymi ruchami oraz jednym kopniakiem powaliła Moskwianina. Terry zaś nadział się na pięść Lamparda i krwawiąc z nosa spłynął na podłogę.
- Frank? - jęknął rozżalony. - No co ty, kurwa?
Ludmiła tymczasem postawiła nogę na leżącym Rosjaninie i powiedziała mu parę słów w języku ojczystym, od których pobladł jak płótno. Podniósł się bardzo pospiesznie z parkietu, ujął Vanessę za łokieć i wywlókł z sali, niemal biegnąc. Tłumek, dotąd skupiony wokół zwaśnionych piłkarzy, teraz zafalował i się rozproszył.
- Nieźle załatwiłaś tego gościa - stwierdził Frank, patrząc na Ludmiłę z podziwem. - Trenowałaś coś?
- Taekwondo - odpowiedziała. Zarumieniona, z włosami w nieładzie, wyglądała, zdaniem Lamparda, jak nimfa, nawet w trupim oświetleniu dyskoteki. - Nikt się nie dowie o tym incydencie, ale musicie lepiej pilnować tego idiotę - wskazała ruchem głowy Terry'ego, który już wstał i właśnie tamował krwotok z nosa serwetkami, przyniesionymi przez uczynnego Loczka. - No i sami nie rozrabiajcie.
- Ja tam się wychylał nie będę. Wolę ci nie podskakiwać, bo jesteś straszna - Luiz udał, że chowa się za Cechem. - A Petr jest zawsze grzeczny.
- To fo, bawiby zie dalej? - zapytał Terry.
- Nie, zwijamy się stąd - oznajmił Lampard. - I żadnych, kurwa, więcej dyskotek.
Podróż do apartamentu w Rublowce minęła w nastroju minorowym. Frank miał straszliwą ochotę, by porozmawiać z Ludmiłą, ale ona wisiała przez całą drogę na telefonie, sprzątając bałagan, którego narobili w klubie, kiedy zaś przyjechali do apartamentu nie dała się namówić na kawę, ani żaden inny napój i pojechała zaraz do siebie.
Oczywiście, tłumaczył sobie starannie Frank, jego zainteresowanie Ludmiłą wynikało z pobudek czysto patriotycznych. On wcale na nią nie leciał, nie miał ochoty dotknąć jej włosów, ani tej gładkiej, białej skóry, co to, to nie. On tylko chciał się zbliżyć do Fiodorowa, a Ludmiła była przecież jego córką. Frank Lampard robił to wszystko dla Anglii!
- Jesteś chujem, tyle ci powiem - oznajmił Terry, rzucając się na kanapę w salonie. - Musiałeś mnie walnąć w ryja? Będę miał jutro pizdy pod oczyma!
- Ja jestem chujem? Ja? - podminowany i nie wiedzieć czemu nieszczęśliwy Frank nie wytrzymał. - A kto, kurwa, narobil wiochy w dyskotece? Ja? Ja macałem tę cycatellę po dupie na oczach jej chłopa?
- Daj spokój, Frank - zainterweniował Cech. - Jutro pogadacie.
- Czy ja sobie kawałka dupy zmacać nie mogę? - zbulwersował się Terry. - O co ci właściwie chodzi?
- A musiałeś to robić przy jej facecie? Musiałeś, w ogóle, robić to z zajętą laską? Wolnych nie było? - Lampard wybuchł jak mina typu Claymore. - I dlaczego, do kurwy nędzy, znowu muszę świecić przez ciebie oczyma? Co chwilę coś odpierdalasz, a ja potem muszę się za ciebie tłumaczyć!
- Kiedy musiałeś się za mnie tłumaczyć? - wrzasnął John, czerwieniejąc jak pomidor. - No kiedy?
- Kłótnia małżeńska w toku - mruknął Loczek do Petra.
- No - odparł Petr. - Mogą talerze latać.
- Nie pamiętasz? To ja ci, kurwa, odświeżę pamięć! - Frank przyskoczył do kumpla z zaciśniętymi pięściami. - Jak nazwałeś brata Rio pierdoloną czarną pizdą! A ja, kurwa, potem, nie wiedziałem, jak wyjaśnić Rio, dlaczego kumpluję się z pieprzonym, rasistowskim bucem! I tak jest, kurwa, cały czas!
To rzekłszy Lampard wyszedł z salonu i pomaszerował do swej sypialni, ostentacyjnie zatrzaskując za sobą drzwi.
- Obraź się, obraź! - wrzasnął za nim Terry. - Królewna Pizdolona!
Zerwał się z kanapy, sapnął i sam poszedł spać, również trzaskając przy tym drzwiami.
- No to będą ciche dni - podsumował Cech. - Idę spać. Ty też powinieneś, młody.
- Jakoś nie mam ochoty - rzekł Luiz, szperając za barem. - Ale dobranoc ci, Peterku.
- Dobranoc.
David rozłożył się na kanapie z paczką żelków i zaczął skakać po kanałach, z nadzieją, że znajdzie coś ciekawego. Telewizja okazała się boleśnie nudna, a napompowane silikonem i innymi wypełniaczami kobiety, z reality show na który przypadkiem trafił, były wręcz przerażające. Wyłączył telewizor i zamknął oczy.
Z uchylonych drzwi na taras płynęły do niego aromaty letniej nocy. Woń rozgrzanej ziemi, zapach świeżo skoszonej trawy, wody i słaby aromat jakichś kwiatów. David przeciągnął się i spojrzał na zegarek.
- Wpół do drugiej w nocy - stwierdził. - Idealna pora na mały spacerek!
Wyszedł do ogrodu, pochodził między rabatkami i stwierdził, że chętnie poszedłby dalej. Nie zaprzątał sobie głowy szukaniem furtki, pokonanie płotu nie stanowiło przeciez problemu dla człowieka tak wysportowanego jak on. Zeskoczył na trawę po drugiej stronie ogrodzenia, odetchnął pełną piersią, po czym pomaszerował cichymi i wymarłymi o tej porze ulicami Rublowki. Jedna była podobna do drugiej, wszystkie wiły się tak samo pośród gęstych żywopłotów, osłaniających luksusowe rezydencje.
Maszerował tak, nucąc cicho pod nosem i podskakując od czasu do czasu, aż wreszcie jego oczy dostrzegły upragnioną odmianę. Przed nim bowiem znajdowała się brama, z misternych, żelaznych wywijasów, wiodąca do parku. David przeszedł przez nią i zagłębił się w mrok pod drzewami. Było tu tajemniczo i bajkowo, a świecące latarnie jakimś sposobem tę całą tajemniczość jeszcze powiększały. Przez chwilę miał wrażenie, że trafi do jakiegoś zaklętego zamczyska, w którym spać będzie piękna księżniczka, a on ją zbudzi czułym pocałunkiem. Albo łaskotaniem pod brodą.
Jasny żwir, jakim wysypane były alejki, chrzęścił pod jego stopami. Gdzieś w koronie któregoś z drzew odezwał się zaspany puszczyk. Na polance, porośniętej trawą, wyglądającą w mroku jak ciemny plusz, stała sobie pergola, po której pięła się obsypana gęsto kwiatami pnąca róża. Wyglądała jak idealne miejsce na spoczynek, przynajmniej zdaniem Loczka.
- Znam ze snu, twe usta i oczy twoje znam - zanucił, moszcząc się pod pergolą różaną tak, żeby móc obserwować przeświecające między gałęziami gwiazdy. Kiaty pachniały odurzająco i David sam nawet nie wiedział, kiedy zasnął, snem kamiennym.
Rumiany brzask powlókł właśnie niebiosa na wschodzie, gdy Zoja dotarła do parku. Lubiła skracać sobie tędy drogę do swojego, niezwykle skromnego jak na warunki Rublowki, domu. Spędziła całkiem przyjemną noc, najpierw na kolacji z marszandem, który koniecznie chciał wystawiać jej obrazy w USA, potem zaś biegając z aparatem fotograficznym, spoczywającym teraz w futerale, który obijał jej biodro, po Rublowce nocą i strzelając zdjęcia. Fotografia była jej hobby od dawna i pozwalała jej umysłowi odpocząć od malarskich wizji, które tłoczyły się w nim dniem i nocą.
- Znam ze snu twe usta i oczy twoje znam - śpiewała, tańcząc po alejkach, a zwiewna, jasnozielona sukienka falowała wokół jej szczupłych nóg. - Jak we śnie tę samą masz postać, nawet uśmiech ten sam, Zawsze tylko śnie, Niech wreszcie ten sen nie będzie snem, Proszę zostań tu, Nie wracaj do snu, Na jawie mi mów, Jak w każdym ze snów, Że ko...
Pod pergolą, wyzłoconą pierwszymi promieniami słońca coś zaszeleściło.
- ...cham cię - dokończyła Zoja pospiesznie i niemelodyjnie.
Wśród róż coś ziewnęło i na światło dzienne wychynęła ni to głowa, ni to strzecha, natkana gęsto drobnymi gałązkami, suchymi liśćmi i kawałkami kory.
- Jezus Mario, licho leśne! - wrzasnęła Zoja, której przypomniały się wszystkie straszne opowieści o niegrzecznych dzieciach porywanych przez licho, jakimi ongiś raczyła ją babcia. - Paszło precz!
I podkasując kieckę, rzuciła się do panicznej ucieczki. David zdołał jeszcze zobaczyć, jak dziewczyna przeskakuje nad klombem pelargonii z wdziękiem gazeli i znika za zasłoną bujnej zieleni.
- Ale dlaczego uciekłaś? - zapytał smutnie, wyjmując z włosów zeschły liść.
___________________________________________________________________________
Jest drugi rozdział, mam nadzieję, że wam się spodoba. Panowie się, jak widać, rozgościli w Rosji i kto wie co z tego wyniknie...


"No dlaczego ona uciekła?" zastanawia się David Luiz.

Martina



poniedziałek, 24 marca 2014

Rozdział 1



Wprawne dłonie masażystki usuwały z mięsni Ludmiły znużenie wywołane długim dniem w pracy, po części spędzonym z Jurijem Fiodorowem. Ojciec Ludmiły, właściciel Fundacji w końcu, sam osobiście przydzielił jej, jako współpracownika przy obsłudze i organizacji pobytu piłkarzy Chelsea w Moskwie,właśnie Jurija, licząc, że może wreszcie zdoła on zdobyć względy jego opornej córki.
Zdobycie rzeczonych względów było, zdaniem Nikity Dawidowicza, absolutnie konieczne, celem uratowania rodu Fiodorowów od zagłady. Pierwsza żona Nikity wydała na świat tylko córkę, Ludmiłę, ku jawnemu niezadowoleniu męża, oczekującego męskiego potomka, potem zaś małżeństwo jęło się rozpadać w astronomicznym tempie i Fiodorow uznał, że taka kobieta nie jest godna, by urodzić jego następcę.
Lata później poznał i poślubił drugą żonę, tu jednak wszelkie próby prokreacji skończyły się fiaskiem. Małżonka się przebadała od góry do dołu, do tego samego nakłaniając Nikitę, on jednak odmówił z krzykiem, bo przecież to niemożliwe, żeby taki mężczyzna jak on miał jakieś problemy z płodnością. W końcu jurność Nikity Fiodorowa była sławna wśród moskiewskich dziwek!
Widząc jednak, że się starzeje, a upragniony potomek płci męskiej się nie pojawia, począł Fiodorow upatrywać rozwiązania swoich problemów w synu swego kuzyna, Juriju, krzepkim, zdrowym, a tak płodnym, że nie było roku, żeby się jakaś nie musiała przez niego skrobać. Gdyby zatem ten mężczyzna, krew z krwi Fiodorowów, poślubił Ludmiłę, przetrwanie rodu byłoby gwarantowane. Wezwał przeto Nikita Jurija przed swe oblicze i przeprowadził z nim męską rozmowę, o czym później z całą szczerością poinformował córkę. W końcu jedyne, co mógł z nią zrobić, to dobrze wydać za mąż, stwierdził. Do niczego innego, jako kobieta, zdatna nie była.
Jurij propozycję przyjął gorliwie, ponieważ potrzeby finansowe miał duże, a w zamian za poślubienie Ludmiły jej ojciec obiecał mu spory kawał rodzinnego imperium biznesowego, całą resztę zaś po narodzinach ich syna. Niestety, na drodze do realizacji tego pięknego planu stała jedna przeszkoda.
Ludmiła.
Zaprosił ją do gabinetu, wyłuszczyl cały plan, ale ona, zamiast docenić jego mądrość, wybuchła straszliwym gniewem.
- Czy tobie się wydaje, że jestem jałówką na targu? - krzyknęła.
Nikita wzruszył ramionami, kołysząc się przy tym w fotelu.
- No tak jakby - odparł. - Jesteś kobietą.
Ludmiła oparła się obiema dłońmi o blat ojcowskiego biurka, po czym spojrzała rodzicielowi głęboko w oczy.
- Informuję cię uprzejmie, że kobiet, sprzedających się za pieniądze, powinieneś szukać w burdelu - wysyczała. - Ja natomiast wyjdę za mąż, za tego, za kogo będę chciała, jeśli w ogóle. Rozumiesz? I prędzej wyrwę sobie jajniki własnymi rękami, niż urodzę temu bucefałowi, Jurijowi, cokolwiek!
Ojciec uśmiechnął się tylko pobłażliwie, zrzucając zapewne jej gniew na karb kobiecych fochów.
- Pogadamy jak ci przejdzie - rzekł.
Nie przeszło jej. Nie mogłoby, Jurij Fiodorow bowiem był absolutnym bucem, głęboko przeświadczonym o wyższości mężczyzn nad kobietami i głośno owo przeświadczenie wyrażającym. Uważał, na przykład, pracę Ludmiły, za fanaberię rozkapryszonej damulki.
- Jak się z tobą ożenię, będziesz siedziała w domu - oznajmił kiedyś, w przypływie niepohamowanej szczerości. - Przecież wy, kobiety, macie takie słabe móżdżki, za słabe, żeby ogarniać bardziej skomplikowane rzeczy. Gdzież im do męskiego, potężnego umysłu!
Ludmiła miała ochotę wyrżnąć go w gębę, jednak działo się to na oficjalnym bankiecie, więc nie mogła sobie na to pozwolić. Spojrzała zatem na dorodną postać siedzącego obok kuzyna, opiętą piekielnie drogim, białym smokingiem, potem na bogato zastawiony stół, na kokilki z zupą, parujące przed biesiadnikami i błyskawicznie uknuła plan straszliwej zemsty.
- Przepraszam bardzo - rzekła, wstając z krzesła. Podniosła się jednak jakoś tak niezdarnie, że zmiotła łokciem stojącą przed Jurijem kokilkę ze stołu. Piękny, czerwony strumień kremu z pieczonych buraków ćwikłowych chlusnął na nieskazitelną biel smokingu i zalał krocze Jurija, a temperaturę miał wysoką, taką, jak mieć powinien.
Z rykiem, godnym rozwścieczonego orka, kuzyn zerwał się od stołu.
- Ojej, przepraszam - rzekła smutnie Ludmiła. - Taka ze mnie niezdara...
- Co jest, Fiodorow? - zarechotał złośliwie któryś z dostojników, nie przepadający za poszkodowanym. - Okresu dostałeś?
Cały stół ryknął homeryckim śmiechem, aż zadrżały szyby w oknach sali.
Jurij przerwał na moment troskliwe osuszanie swego, ociekającego czerwienią, krocza serwetką, zrobił się śliwkowy na twarzy, po czym sromotnie uciekł z sali.
Niestety, nie obraził się na nią za to, milionowa fortuna Fiodorowów stanowiła zbyt mocną pokusę, chociaż przez dłuższy czas unikał siadania obok Ludmiły na wszelkich przyjęciach.
Dzisiaj za to musiała spędzić z nim cały dzień, planując szczekóły pobytu piłkarzy w Rosji, wybierając apartament, w którym mieli zamieszkać, oraz dopinając na ostatni guzik wszystkie inne niezbędne szczegóły. Goście mieli przecież przyjechać już za dwa tygodnie, a wszystko musiało być na tip-top.
Jurij był jej w tym użyteczny całkiem tak samo, jak wrzód na dupie. Rzucał bez ustanku głupimi komentarzami, gapił się w dekolt Ludmiły, albo na jej tyłek, zależnie od tego czym była odwrócona w jego stronę i zrzucał ustawicznie coś ze stołu, próbując zajrzeć pod jej spódnicę.
Kiedy po raz kolejny rozsypał na podłodze papiery, Ludmiła nie wytrzymała.
- O ile mi wiadomo, to z delirium tremens leży się w szpitalu, a nie pracuje - rzekła zgryźliwie.
- A kto ma delirium? - zdziwił się Jurij.
Ludmiła pomyślała bardzo źle o intelekcie swego kuzyna, po czym udzieliła mi odpowiedzi.
- Ty. Ręce ci drżą, stękasz, pocisz się, czerwieniejesz na gębie i ślinisz gorzej niż bernardyn. Który raz już upuszczasz te papiery?
- Taki niezręczny jestem - wymamrotał Jurij.
- Ja nie mam czasu na te gierki - oznajmiła stanowczo Ludmiła. - Albo zaczniesz się zachowywać jak człowiek dorosły i profesjonalista, albo wypad stąd. Mam robotę, a ty mi przeszkadzasz.
Jurij uporządkował starannie papiery i usiadł z dłońmi na stole, jak grzeczny uczeń.
- To co mamy do zrobienia? - zapytał.
- Jeszcze trzeba im znaleźć jakiegoś przewodnika - odparła Ludmiła. - Kogoś, kto zna angielski i pokaże im Moskwę.
- Po co? - zdziwił się Jurij. - Na pewno interesują ich tylko dupy i knajpy, a to to im każdy facet pokaże.
Ludmiła zwalczyła w sobie chęć walnięcia głową w najbliższą ścianę.
- Dupę im pokaże? - zapytała zgryźliwie. - Swoją? Może lepiej nie.
- Oj tam, znajdzie się kogoś, zwiedzać dużo nie będą - po kuzynie jej uwaga spłynęła kompletnie. - Przecież to prymitywy są!
- Znasz ich, że tak mówisz? - spojrzenie dziewczyny spoczęło na plakacie, reklamującym spotkanie z piłkarzami, leżącym na stole. Cztery widniejące na nim twarze nawet jej się podobały. - Nie wyglądają na prymitywów, a ten - postukała palcem w Lamparda - jest nawet przystojny.
- Przystojny? - Jurij się naburmuszył. - Wiesz co, ja się nimi zajmę, osobiście! Będziesz sobie siedziała w biurze, piła kawkę i nawet ich nie obejrzysz!
Zerwał się z krzesła.
- Tak, to świetny pomysł, po co ci kontakty z takimi typami! - zakrzyknął.
Duch przekory natychmiast ocknął się w Ludmile i wystartował z własną propozycją.
- Wiesz, co, to naprawdę świetny pomysł - oznajmiła. Jurij nadął się z dumy. - Ale troszeczkę go zmodyfikujemy.
- Tak? - zapytał ostrożnie Jurij.
- Otóż, kochany kuzynku, to ty będziesz siedział i pił kawkę, a przy okazji nadzorował całą imprezę, a ja będę oprowadzać naszych gości. Pawołoczkina ci pomoże w biurze.
Fiodorow drgnął, jakby chciał uciec, na twarzy zaś mignęła mu panika. Pawołoczkina była siłą fachową najwyższej klasy, trzymającą biura fundacji żelazną ręką, była jednak także damą po pięćdziesiątce, z ambicją wyglądania o dwadzieścia lat młodziej i niepokojącą słabością do Jurija, która to słabość objawiała się głównie całkowicie przypadkowym wpadaniem w ramiona jej obiektu, jak również podtykaniem mu pod nos dekoltu, wypełnionego biustem, który niezbyt dobrze znosił lata walki z grawitacją.
- Ale... jesteś pewna? - zapytał słabo.
- Absolutnie - Ludmiła przysunęła sobie laptop. - Zaraz siebie dopiszę gdzie trzeba... O. I już, załatwione.
Bolesny grymas w jakim Fiodorow odsłonił zęby miał być zapewne uśmiechem. Ludmiła stwierdziła, że jest gotowa polubić tych cholernych piłkarzy, o ile uda się jej dzięki nim sponiewierać tego kretyna jeszcze trochę.
Czterech graczy Chelsea siedziało w piękną lipcową noc na tarasie jednej z ekskluzywnych, londyńskich restauracji, wychodzącym na połyskujące w ciemnościach wody Tamizy. Lekki, ciepły wiaterek wiał szczęśliwie w stronę rzeki, oszczędzając biesiadnikom aromatów podgrzanych upałem, a niezbyt czystych wód.
Panowie celebrowali powrót z mistrzostw świata w Brazylii. Petr Cech wprawdzie pojechał tam w celach wyłącznie turystycznych, a Terry i Lampard skończyli udział w turnieju na fazie grupowej, za to drużyna Loczka, czyli Brazylia, wygrała całą imprezę, a zatem świeży laur na jego skroni wymagał dogłębnego uczczenia.
Po wymianie wrażeń z Mundialu (Luiz, opowiadając, odtańczył wokół stolika coś w rodzaju tańca plemiennego) i oplotkowaniu kolegów, rozmowa zeszła na temat ich delegacji do Rosji.
- Słuchajcie - rzekł David, nawijając w zamyśleniu jeden z loków na palec. - A właściwie to jacy są ci Rosjanie?
Petr wzruszył ramionami.
- Jak to ludzie - odparł. - Różni są.
- A mają tam ładne laski? - zainteresował się Terry. - No wiecie, po raz pierwszy tam posiedzę przez chwilę, bez trenera nad głową.
- Mają - odparł Petr.
- Polacy mają ładniejsze -stwierdził Lampard. - Ale nieprzystępne. Winka, panowie?
Cała trójka skinęła zgodnie głowami, Frank zatem uzupełnił poziom napojów w kieliszkach.
- Polacy - wzdrygnął się Terry. - Piłem kiedyś z Borucem i Wasilewskim. Kurwa, następnego dnia myślałem, że zdechnę!
- No co ja słyszę, kiedy to było? - niemal obraził się Lampard. - Chlałeś z nimi beze mnie?
- Oho, w stare, dobre małżeństwo wkradła się zazdrość - David Luiz zastrzygł teatralnie brwiami.
- Ty, zaraz oberwiesz w merynosa - zasugerował Terry. - Frankie, to nie tak jak myślisz! Ty wtedy na antybiotykach leciałeś, to co, miałem cię zaprosić, żebyś cierpiał?
Loczek złapał się operowym gestem za pierś, wywracając przy tym oczyma.
- To byłby dramat egzysssstencjalny - rzekł z namaszczeniem. Cech uśmiechnął się nad talerzem.
- Nawet pary z gęby nie puściłeś - rzekł Frank z urazą.
- Oj, no, przepraszam - sumitował się Terry. - Ale nie masz czego żałować, znaczy fajni z nich kolesie, ale, w mordę, ten ból następnego ranka...
Na szczęście dla Franka jego poranek po nie okazał się tak traumatyczny. Owszem, noc była cięzka, ale nie z powodu jego opilstwa, tylko dlatego, że siadła klimatyzacja, a Angila wciąż tkwiła w szponach iście afrykańskich upałów, jakich nie tylko najstarsi ludzie, ale i najstarsze budowle na Wyspach nie pamiętały. Administracja budynku obiecała fachowca, ale ten jechał chyba ślimakiem wyścigowym, bo nie zdążył dotrzeć na miejsce przez trzy dni.
Frank obudził się spocony i poirytowany, do tego również cokolwiek spragniony. Napił się wody mineralnej, włączył ekspres do kawy i wskoczył pod prysznic. Obiecał sobie zadzwonić do administracji zaraz po wyjściu z łazienki, kiedy już złagodnieje, nie chciał bowiem mieć na sumieniu ofiar śmiertelnych. Kończył właśnie spłukiwać z siebie pianę, gdy przez szum wody przedarł się dźwięk gongu przy drzwiach.
Wiedziony nadzieją, iż jest to upragniony fachowiec, Lampard wyskoczył spod prysznica jak stał, w biegu łapiąc z łóżka prześcieradło. Owinięty nim jak togą otworzył drzwi i ledwie powstrzymał cisnący mu się na usta jęk zawodu.
W progu stało dwóch facetów, ubranych, mimo skwaru, w czarne garnitury. Frank spojrzał w dwie pary lśniących okularów przeciwsłonecznych i pomyślał, że widzi dwóch agentów Smithów z "Matrix".
- Pan Lampard? - zapytał Smith Pierwszy.
- Tak, a o co chodzi? - zapytał Frank.
Zamiast udzielic odpowiedzi, obaj Smithowie jak na komendę złapali Lamparda za ramiona i pociągnęli ku sobie. Szarpnął się, usiłując przylać któremukolwiek w mordę, poczuł dziwne ukłucie w szyję... i odpłynął.
Pierwszym, co ujrzał, kiedy wrócił do siebie i otworzył oczy, był bardzo ozdobny plafon, na bardzo ozdobnym i obfitujacym w złocenia suficie. Z jego prawej strony znajdowało się zaś oparcie kanapy, niewątpliwie zabytkowej, obitej jedwabiem w róże. Przemknęło mu przez głowę, że trafił na bandytów o luksusowych upodobaniach, więc może oszczędzą mu tortur.
Potem spojrzał w Lewo i zbaraniał.
Na dwóch fotelach, naprzeciw kanapy, obitych identyczną materią w róże, siedzieli premier David Cameron i minister spraw wewnętrznych Theresa May, przyglądając mu się z wyraźną troską.
- Mam halucynacje! - jęknął Lampard, zrywając się na równe nogi.
Śledzący go wzrok pani minister powędrował ku górze, potem zaś opadł dziwnie nisko i Frank uświadomił sobie, że jest odziany jedynie w prześcieradło, które pod wpływem gwałtownego ruchu obsunęło mu się nieco z bioder. Złapał kurczowo tkaninę i zakrył się starannie, po czym usiadł sztywno na kanapie.
- Witamy, panie Lampard - rzekł ktoś trzeci.
Z cienia wysunął się nieco łysiejący mężczyzna w średnim wieku i podszedł do malowniczej grupy, ulokowanej wokół kanapy.
- Nie ma pan halucynacji - rzekł. - To jest premier Cameron, a to pani minister May.
- A pan? - zapytał Lampard ostro. - I dlaczego porwano mnie z mojego domu?
- Jeśli chodzi o to kim jestem, musi pan się zadowolić moim pseudonimem - odparł nieznajomy spokojnie. - Nazywam się H. Co się zaś tyczy pańskiego stroju i sposobu przybycia tutaj... no cóż. Agenci MI5 nie zrozumieli chyba moich instrukcji. Przepraszam za ich niefortunną decyzję sprowadzenia pana tutaj w takim stroju.
- Pan H pracuje dla rządu Jej Królewskiej Mości - wtrącił się premier. - Wciągnięcie pana w tę sprawę było jego pomysłem, który ja nie do końca aprobuję.
- Panie premierze! - w głosie minister zabrzmiała przygana. - Dobrze pan wie, że nie mamy innego wyboru!
- Ja mam wybór - przypomniał Lampard chłodno. - Mogę mianowicie wstać i wyjść, co uczynię, jeśli się nie dowiem o co tu chodzi.
- W prześcieradle? - zapytał cierpko premier.
- A czemu nie? - odparł Frank zaczepnie. - Mogę nawet bez.
Cameron zrobił minę rozjechanej żaby, natomiast May przeciągnęła palcem za kołnierzykiem białej bluzki, starannie omijając Franka Lamparda wzrokiem, końcówki jej uszu zaś płonęły czerwienią niczym ostrzegawcze diody.
- Chodzi o jajka - rzekł wreszcie premier z ociąganiem.
Lampard wytrzeszczył oczy.
- O co, przepraszam? - zapytał ze zdumieniem, przekonany, że coś źle usłyszał.
- O jajka - mruknął premier.
Pani minister ukryła twarz w dłoniach, natomiast H włączył się na powrót do rozmowy.
- Pan premier pójdzie teraz odpocząć - rzekł. - Rozumie pan, panie Lampard, że myślenie jest bardzo wyczerpującą czynnością dla kogoś, kto nie jest do tego przyzwyczajony. Pani minister, niech pani będzie łaskawa odprowadzić szefa rządu na piętro, tam się nim zajmą.
Premier Cameron rzucił H spojrzenie o sile kilku megaton, jednak nie powiedział ani słowa. Zamiast tego podniósł się i wyszedł, trzaskając drzwiami, za nim podreptała zaś minister May.
H nacisnął guzik interkomu na biurku.
- Pani Hudson, dwie kawy - rzekł. - Bez śmietanki. Obie.
Spojrzał na Lamparda, który wprawdzie niewiele rozumiał z zaistniałej sytuacji, ale coraz lepiej się bawił.
- Wiem, że nie zdążył pan wypić swojej porannej kawy - H wykonał twarzą gimnastykę, mającą być zapewne uśmiechem.
- A skąd pan to wie? - zapytał zaciekawiony Frank.
- Och, ja wiem wszystko, co chcę wiedzieć - odparł spokojnie H. - Przejdźmy jednak do rzeczy. Premier częściowo miał rację, w tej sprawie chodzi o jajka, ale dość specyficznego i bardzo cennego rodzaju.
W głowie Franka wybuchło niczym raca skojarzenie.
- Faberge?
Twarz H ponownie wykonała gimnastykę.
- Widzę, że właściwie oceniłem pański intelekt i wiedzę - rzekł. - Tak, jaja Faberge, stworzone przez słynną rosyjską firmę jubilerską, na zamówienie carów Rosji. Pierwsze takie jajo powstało w roku tysiąc osiemset osiemdziesiątym piątym, ale to nie o nie chodzi.
Rumiana kobieta w średnim wieku wpłynęła bezszelestnie do gabinetu i postawiła na stoliku przed kanapą tacę z dwiema filiżankami kawy i cukiernicą.
- Dziękuję, pani Hudson - rzekł H, odprowadzając ją spojrzeniem do drzwi. - Wszystkich jaj jest pięćdziesiąt cztery. Osiem z nich zaginęło po rewolucji październikowej. Jedno zostało wywiezione na zachód, w latach 60 sprzedano je w USA, a całkiem niedawno pojawiło się na aukcji u nas, w Zjednoczonym Królestwie.
- Ale siedmiu pozostałych przecież nie odnaleziono - zauważył Lampard.
H skinął głową.
- Zgadza się. Widzi pan, po rewolucji klejnoty carskiej rodziny zostały wywiezione z Petersburga do Moskwy. Tam, na polecenie Trockiego, Anton Faberge skatalogował całą kolekcję, fotografując każdy klejnot, z jakiegoś jednak powodu w tym katalogu nie ma siedmiu interesujących nas jaj, choć wiemy, że wywieziono je z Petersburga w tym samym czasie i tym samym transportem. Również na wystawie, urządzonej przez bolszewików w 1925 owe jaja były nieobecne. Cała ta kolekcja biżuterii zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach, niech pan sobie to wyobrazi, osiem, lub dziewięć skrzyń klejnotów... plus oczywiście siedem jaj Faberge.
- Romantyczne - stwierdził Frank, z lubością popijając kawę, która, musiał przyznać, była wyborna. - Niemniej jednak nie widzę tu jeszcze odpowiedzi na pytanie co w tym wszystkim robię ja.
- Dojdziemy do tego - odparł H. Zwilżył gardło kawą, po czym kontynuował. - Oczywiście, od czasu do czasu wypływały na aukcjach jakieś drobiazgi...
- Tiara księżnej Marlborough? - podsunął Frank. Jego była dziewczyna, Christine, miała kota na tle biżuterii i potrafiła o niej gadać godzinami, pokazując mu zdjęcia co piękniejszych egzemplarzy. Księżna Gladys i jej tiara jakoś utkwiły mu w pamięci.
- Należała pierwotnie do rodziny carskiej, ale nie była częścią skarbu, o którym mówię - odparł H. - Ten skarb leżał nienaruszony, być może zapomniany, przez lata. Jednakże najwyraźniej został odnaleziony, ponieważ ostatnio proponowano kilkakrotnie, różnym bogatym osobom, nabycie jednego z siedmiu zaginionych jaj Faberge, jak również innych klejnotów z carskiej kolekcji. Drogą komedii błędów i pomyłek, którą MI6 nazywa żmudnym śledztwem, ustalono, że owym tajemniczym oferentem jest niejaki Nikita Fiodorow, rosyjski oligarcha, nie on jednak posiada te klejnoty. To zaledwie pośrednik. Prawdziwym sprzedającym jest Władimir Putin.
- Putin? Nie sądzę, żeby akurat jemu brakowało pieniędzy - Lampard pokręcił głową.
- A jednak - rzekł H poważnie. - Otóż widzi pan, Rosja prowadzi głęboko tajne badania nad... pewnym rodzajem broni, tak to określmy. Są to jednak badania szalenie kosztowne, a ekonomia Rosji nie wygląda tak cudownie, jak się nam to maluje, Putin nie może sobie pozwolić na wyjęcie dwustu milionów dolarów z kasy państwa, bo zdestabilizowałby sobie z kretesem równowagę finansową. Sam nie jest w stanie wyłożyć takiej kwoty, więc próbuje innych metod. A że kolekcja jest kradziona, legalna jej sprzedaż jest niemożliwa, stąd sprzedawanie chyłkiem, za pomocą starego przyjaciela Fiodorowa. I tu się zaczyna pańska rola.
- Mianowicie jaka? - brwi Lamparda uniosły się z zaciekawieniem.
- Otóż pewien idiota spalił nam siatkę wywiadowczą budowaną wokół Fiodorowa. Pan jest człowiekiem bogatym, znacznie bogatszym niż to prezentują media. Byłoby pana stać na kupno jednego jaja Faberge. Ponadto jest pan dostatecznie inteligentny, żeby nie spieprzyć całej akcji.
- Rozumiem - Frank spojrzał na H, zaplatając ramiona na swej nagiej piersi. - Potrzeba wam autentycznie bogatego człowieka, bo jeśli Fiodorow nie jest idiotą, sprawdza potencjalnych kupców. Przebieraniec zostałby zdemaskowany w pięć minut. Co mam zrobić, sprawdzić, gdzie on trzyma te klejnoty?
Tym razem gimnastyka twarzy H zaowocowała grymasem do złudzenia przypominającym prawdziwy uśmiech.
- Właśnie tak, panie Lampard - rzekł. - Właśnie tak.
- Dobrze - Frank popił jeszcze kawy. - A właściwie dlaczego miałbym to zrobić?
- Nie będę wygłaszał mów o obowiązku patriotycznym, jeśli tego się pan spodziewa - odparł H. - Niech pan jednak dobrze zrozumie, Ukraina nie syci apetytów Putina w najmniejszym stopniu, a owe badania mogą dać mu do ręki potworną moc. Niech pan sobie wyobrazi co by było, gdyby w roku 1939 fizycy na usługach Hitlera zdołali skonstruować bombę atomową.
Lampard sobie wyobraził i nie potrafił opanować dreszczu zgrozy.
- Teraz jesteśmy w podobnej sytuacji, a dopóki nie zlokalizujemy tego ośrodka badawczego, możemy tylko przeszkadzać w badaniach ile się da. Braki finansowe mogą je bardzo spowolnić, musimy zatem ukraść te klejnoty i oddać w ręce spadkobierców prawowitych właścicieli.
- No dobrze - wizje atomówki w rękach nazistów nie chciały zejść z oczu wyobraźni Franka. - Przekonał mnie pan, wchodzę w to.
Wyciągnął dłoń do H, ten ją uścisnął z właściwym sobie kamiennym spokojem.
- Musi pan być jednak gotów na wszelkie poświęcenia, o narażeniu życia nie wspomnę - rzekł. - Być może będzie musiał pan kogoś uwieść, to niezwykle skuteczna metoda pozyskiwania informacji.
- Uwieść? I może jeszcze przelecieć?
- Jeśli zajdzie taka konieczność, przeleci pan nawet Putina.
- Putin nie jest w moim typie - odparł spokojnie Lampard
- To zamknie pan oczy i będzie myślał o Anglii! - oznajmił H dobitnie.
- No trudno - westchnął Frank. - Czy to już koniec tej rozmowy? Chciałbym wreszcie włożyć majtki.
Podsłuchująca z ukrytego pomieszczenia szefowa MI6 odetchnęła z ulgą.
_______________________________________________________________________________
Oddaję w wasze ręce rozdział pierwszy, z nadzieją, że się spodoba i dziękuję za wszystkie komentarze, które znakomicie wpływają na moje natchnienie ;)


A w bonusie Lampard i Loczek robią "Jaa pójdę górą, jaaa pójdę górą, a ty doooliiinąąąą!"

Martina